Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pastwienia się nad wszystkiem. Ale Prusacy bodaj jeszcze gorsi.
— Rzeczpospolita niby gliniany garnek między walącemi się ścianami.
— Przetrzyma, mości Kaczanowski. Nie zmogą jej nawet moce piekielne.
— I w takich ciężkich opresyach jeszcze nigdy nie bywała.
— Dawno te jegry tak paradują po ulicach? — zwrócił się Zaręba do Hłaski.
— Od rozpoczęcia sejmu. Asystują przecież posiedzeniom, strzegą sejmujące stany od złych przypadków. Mirowscy i gwardya litewska pełnią służbę tylko przy królu i kancelaryach, a i to bez bagnetów i ostrych nabojów — targnął gniewnie wąsy i zacisnął dłoń na głowni pałasza. — A niańczą nas po swojemu, niewoląc pieszczotami do uległości. Siedemnastego lipca, kiedy to brano na deliberacye projekt aliansowego traktatu, a czemu się całą duszą sprzeciwiała garść poczciwych, widziałem, jak zataczano harmaty i rychtowano je na zamek, jak kanoniery stawały z zapalonymi lontami, jak Rautenfeld rozpierał się przy królu a jegry nastawionymi bagnetami wyciskali arbitrów z izby! Na własne oczy widziałem.
— Można się było na ić hańby i wściekłości na całe życie — szepnął Zaręba.
— Starczy tego na wieki i dla całych pokoleń! A teraz sza, mości panowie.
Stanęli przed piętrową kamienicą, w której był