Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale się spiesz z zaciągami. Za Niemnem, pod Tyzenhauzowską karczmą co dnia warczą bębny, gorzałka się leje i werbownicy jawnie uprawiają swój proceder. Wczoraj nawet widziałem, jak ze sto chłopa pędzili kozacy do swojego obozu. Aż straszno było patrzeć. Mówiono mi, że werbują i dla króla pruskiego. Grodno stało się jarmarkiem mięsa żołnierskiego; kupuje, kto chce, i wywozi, niby tuczne barany.
— Kto werbuje w zabranych województwach?
— Kopeć i Wyszkowski. Wkrótce ich tu zobaczysz. Komunikacye z nimi zna Grosmani w Wilnie. Masz kogo sposobnego do werbowania?
— Przyjechał kapitan Kaczanowski. Właśnie śpi na mojej kwaterze.
— Znam go. Tęgi zabijaka i frant na cztery nogi kuty. Koloryzuje i maści nie gorzej księcia Panie Kochanku. Tylko culagi udzielaj mu skąpe, bo z niego srogi gracz i hulaka.
— Zalecono, bym mu dawał pod cyfrą i na każdą głowę i konia z osobna.
— On i dyabła wyprowadzi w pole. Prawdziwy Mirowszczyk, hultaj, obwieś, kostera i szczera dusza żołnierska. Pozdrów go odemnie. Ale, nie poznałeś na balu księcia Cycyanowa?
— Pierwszy raz słyszę o takim.
— Asystował wciąż pięknej szambelanowej.
— Nizki, dziobaty i jakby z zapleśniałemi oczyma. Pamiętam.
— Musisz się z nim zapoznać. On prawie domowy szambelanowej.