Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był szczerze zdziwiony.
Nowakowski zbył wyniosłym uśmieszkiem tę prostaczą nieświadomość.
— Nie przerywaj... Potem pani Platerowa pokazała plecy generałowej Duninowej, pani Narbutowa hrabinę Camelli nazwała awanturnicą. Słyszało wiele osób. A zadzierżysta jejmościanka Dziekońska zwymyślała na pełnej sali jakiegoś oficyerka, który w tańcu coś nieprzystojnego zmajstrował. I jakby tego było jeszcze za mało, piękna Luhlli straciła ogromnej ceny sznur pereł i wśród takich okoliczności, że znowu się to musi oprzeć o Sieversa. Wątpliwe jednak, czy je odzyska.
— Odnajdą się gdzieś nad Wołgą i wśród jakichś rodzinnych pamiątek!
— I srebro stołowe pokradziono z altan! Cukiernik, który je był, wypożyczywszy, zwiózł z Warszawy, zakłada grube pretensye do marszałka. Zaś w końcu popite hultajstwo z Bośniakami porznęło srodze kozaków, z czego powstał niemały tumult. Summa summarum: bigos, animozye, żale i obrazy powszechne!
— Nie miała baba kłopotu — wyprawiła bal! — śmiał się Zaręba.
— Były wyższe racye i marszałek musiał to zrobić, nie szczędząc ekspensów.
— Różnie mówiono, kto je ponosi...
— Niegodziwe obmowy! Kogo one szczędzą? — westchnął boleśnie. — Doszło do tego, że tacy, jak Skarżyński, Mikorski i drudzy ich kamraci, już publicznie szkalują nawet dygnitarzów o branie jurgieltów. Kłam-