Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kwaterze? Każę wydać, byście nie wyrzekali na Bernardynów, jako was przywiedli do głodu. Hm! konfident pana Oboźnego! — mruczał, głośno pochlipując z misy i zezował na kosa, który wskoczył na stół i czając się, rychtował dziób ku kawałkom sera, pływającego w polewce.
— I kiedyż ma się zacząć?... A obwieś jeden! — wrzasnął na ptaka, uciekającego ze serem w dziobie. Pogroził mu łyżką.
— O tem wie tylko Rada — odparł cicho Zaręba, spoglądajęc nieufnie na braciszka, cmokającego ku pochowanym ptakom.
— Czegóż trzeszczysz oczy, niby kot na gorącym popiele? — huknął na niego przeor. — Przynieś wody dla ptaszków! — A gdy braciszek wyszedł, rzekł:
— To mój wiernik. Chociaż przezpieczniej o takich zamysłach nie mówić i przy najpewniejszych. Nie będę waszmości brał na spytki. Moja służba ojczyźnie w tem, aby słuchać i robić, co mi rozkażą. Chcę ci teraz, aniele mój złoty, dać człowieka, który, wedle mojego rozumienia, może się przydać. Na oko nic szczególnego, zwykły Bernardyn, ale człowiek po prostu czyste złoto. Głowa otwarta, zna języki, na żołnierce też się rozumie A ochotny i zdatny do wszystkiego. Prawda, lubi czasem pociągać z gąsiorka, lecz przy tem cale nie leniwy do pracy, ni do służby Bożej.
— Czy aby dobry do sekretu?
— Głowę stawię za niego.
— Kiedy tak, rad się z nim zapoznam.