Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczebiotem radosnym przysiadały mu na głowie, ramionach i gdzie się mogły czepić.
— Cicho, hołoto! Cicho! — krzyczał, opędzając się czerwoną chustką, czem wywołał jeszcze większe wrzaski. — Co ja mam z tem tałałajstwem! Mnoży się, że niech Bóg broni! — narzekał, wycierając spoconą, tłustą twarz. Cicho mi, hultaje! Zrób-no z niemi porządek! — zwrócił się do pucołowatego braciszka.
Rozległo się złowrogie krakanie tak udane, aż Zaręba się obejrzał, a ptaki jakby się zapadły pod ziemię.
— To im dał bobu! — zaśmiał się przeor, opadając w głęboki fotel przed dymiącą misą, pełną piwnej polewki, gęsto zabielanej. — A możebyś wraszmość napił się kawy? A może tak po żołniersku, kieliszek i wędlinki? Bardzo proszę, aniele mój złoty! Z łaski Boskiej mamy jakie takie zapasiki. Józef, skocz-no do kredencerza, cymbale jeden, w mig... Wprawdzie to dzisiaj piątek...
— Bóg zapłać, ale towarzysze czekają na mnie ze śniadaniem.
— Jeszcze chrapią, aż się rozlega — wtrącił mniszek, chowając twarz za przeora
— Imć Hłaskę znam oddawna. Poczciwie mu patrzy z oczu, ale to niemały zbereźnik i łasy na cnotę, niby kot na szperkę. Nie widzi mi się...
— Przyjaciel Prozora i człowiek duszą całą oddany ojczyźnie...
— Prawda, że to bije od niego jakowąś senatorską dostojnością. Prawda. Może wam czego potrzeba na