Ostatni sejm Rzeczypospolitej/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

Podniósł się radosny pisk, jazgotanie piesków i dwie białe rączki wyciągnęły się na powitanie.
— Pan Sewer! Nareszcie! No, no! — wykrzykiwała śliczna blondynka.
— Sługa panny pułkownikówny — odparł tym samym tonem, usiłując być swobodnym i szarmanckim. — A panna Terenia zawsze, jak jutrzenka.
Ale panna Terenia porwała pieski na ręce, odstąpiła nieco i mierząc go roziskrzonym wzrokiem, jęła z groźną minką strofować:
— To taka subordynacya? to dopiero dzisiaj staje się na apel, to trzeba ściągać ordynansami, to milsze ultajenie się Bóg wie z kim, niźli my? Już panu za to Iza zapłaci dobre lenungi!
Zaręba, uśmiechnął się tak smutnie, że panienka nagłe się zaniepokoiła.
— A może pan chory? — spytała cichutko. — Prawda, taki pan mizerny i blady! Co panu jest? — spięła się na palce, zazierając mu w oczy.
— Zdrów jestem, dziękuję. Czy pani szambelanowa w domu? — wyrzekł chłodno, ledwie już pokrywając niecierpliwość oczekiwania.
Panna Terenia dotknięta jego tonem, spojrzała wyniośle.
— Proszę wziąć miejsce. Pani szambelanowa zaraz przyjdzie. — Ceremonialnym gestem wskazała krzesło i przyciskając do piersi warczące pieski, stanęła schmurzona pod oknem, ale z tym dąsem na różowej twarzyczce, pełnej dołków, przytajonych uśmieszków i figlarności, była jeszcze śliczniejsza.
Główka w złotych puklach, przepiętych błękitnawą wstęgą, wielkie niebieskie oczy o złotawych rzęsach, krótki nosek z różowymi chrapkami, lśniące zęby, malinowe wargi, toczona biała szyja, koronkowy szal na ramionach, spięty pod piersiami koralową broszą, krótka jasna sukienka w niebieskie paski, białe pończoszki z haftowanymi klinkami i białe ciżemki, malowane w stokrocie, czyniły ją podobną do saskiej figurynki. Ruchliwa była przytem, jak wiewiórka, trzpiot i słynna śmieszka, więc i teraz, chociaż zadąsana, takie robiła minki, że musiał się odezwać.
— Za cóż ta sroga niełaska, mościa panno?
Parsknęła śmiechem i przyskoczywszy do niego, trzepała zapalczywie:
— Bo waść nie dba ni o mnie, ni o Izę, ni o pułkownika, ni o nic na świecie.
— Właśniem chciał pytać o kozienickie nowiny.
— Nowiny? Mam narzeczonego — wyrzuciła, namiętnie całując pieski.
— Jakiejże maści? — żartował. — Pamiętam, jak panna Terenia szalała za karoszami, potem przyszły cisawe, więc może teraz kolej na szpaki...
— Co mi tam konie! Wolę swojego Marcina.
— Niech mnie kule biją, jeśli znam takiej maści cuganta.
— Waszmość nawet przyjaciół zapomina.
— Przyjaciół! Czyżby to miał być Marcin Zakrzewski? Tak? No, toście się dobrali do maści, pstrogłowej z czubkami — śmiał się, ale mu nie w smak poszła ta nowina. — Więc skoro panna Terenia przechodzi do gwardyi, to chyba komendę Königowskich ułanów obejmie panna Klarcia! Toż musi być lament między porucznikami? Gdzież się aktualnie podziewa Marcin?
— Ma dzisiaj służbę na zamku przy Królu Jegomości.
Tą wiadomością ucieszył się szczerze i dodał nieco żartobliwie:
— Winszuję pannie Tereni awansu.
Wstał, aby wyjrzeć do ogrodu.
— A waszmość się ze mnie śmieje.
Zastąpiła mu drogę.
— A ja się właśnie bardzo cieszę — odparł żywo i dla złagodzenia pocałował ją w rękę. — Tylko zaproście mnie na wesele.
— Czekaj tatka latka, jak kobyłkę wilcy zjedzą — wybuchnęła rozżalonym głosem. — Jegomość podkomorzy napisał Marcinowi, że możemy jeszcze poczekać.
— Bo i możecie, takie żółtodzioby, trzeba wam dodać dyrektora.
— A jabym chciała jak najprędzej kwaterować w Warszawie — wyznała się szczerze, usadzając pieski na klawicymbale. — Mam już po uszy Kozienic i tych wyranżerowanych szkap pułkowych, z któremi muszę grywać w maryasza. Przecież ostatniej zimy nie tańczyłam ani razu! Ale wy, mości pieskowie, z ogniem, z ogniem! — chichotała, łupiąc psiemi nogami po klawiaturze. — Dopiero na Wielkanoc, jak przechodzili z Radomia huzarzy, nasza mamzel, która mą pomiędzy nimi ślicznego kuzynka, namówiła papę, żeby dać dla nich bal, ale byłoby spaliło na panewce, bo burgrabia nie chciał pozwolić sali w pałacu.
— I dobrze zrobił — rzekł stanowczo, otwierając okno.
Z ogrodu buchnęło ciepło, przejęte zapachami kwiatów i radosne ćwierkanie ptactwa.
— I tak mamzel postawiła na swojem. Pan Stokowski zajął fabrykę, kazał ją umaić świerczyną, papa dał kapelę i tańczyliśmy do rana.
— Z huzarami? Godni kawalerowie!
— Był przecież cały nasz kor: papa rozporządził i musieli. Zabawa poszła cudnie, bo tylko jeden pan Sieklucki zrobił burdę huzarom, za co posiedział na odwachu. I dobrze mu tak, niech zabawy drugim nie psuje. Bibi! Mimi! — rzuciła się ze śmiechem za pieskami, które się jej wyrwały, z piskiem szukając schronienia pod kanapą.
Wyciągnęła je dopiero przy pomocy Sewera.
— Mimi jest ultajka, a Bibi obrzydły morderz! — karciła, obrzucając skomlące psiaki ognistymi pocałunkami. — Terazby waćpan nie poznał Kozienic! Już broni nie robią, fabryki zamknięte, a fabrykanci rozpędzeni na cztery wiatry, nawet kafenkauz Dorotki nie istnieje. Niema już balików, majówek, ni tańcujących wieczorków, bo młodzież nie pokazuje się w naszym domu nawet dla ornamentu.
— Snadź im zbyt często podawano czarną polewkę.
— Jak Bozię kocham, ani jeden się nie oświadczał — zapewniała żarliwie. — To nie to, tylko założyli sokie klop i tam przesiadywali, tam czynili jakoweś kryjome zebrania, jakoweś przysięgi, aż zwrócono uwagę papy i musiał ichmościów wziąć na mundsztuk.
— Kto to być może? — przerwał jej, wskazując w ogród, na jakiegoś pana w białym kitlu i z gołą głową, który, wspierając się na lasce i odpoczywając co chwila, spacerował w cienistej alei, pociętej słonecznymi progami; chłopak liberyjny, z czerwonym szalem na ręku, chodził za nim trop w trop.
— Szambelan Rudski. Waćpan nie zna męża Izy?
— Peregrynuje, jakby dla konkokcyi żołądka. — Przyglądał się z ciekawością.
— Doktór Lafontaine mówi, że szambelan choruje z imaginacyi, ale mnie się zdaje, bo mu się nóżki fajtają, jakby zgubił kopyta. Radziłam Izie, żeby go kazała przekuć — buchnęła śmiechem.
— Na nic, kopyta musi mieć zdarte do żywego mięsa — śmiał się również, tylko z jakąś gorzką przyjemnością. — Mocno posunięty jegomość...
— Służył jeszcze »w białych rakach«. Papa powiedział — chichotała już, jak szalona.
— Czcigodna pamiątka po Sasach i człowieczek wielce osobliwy.
— Ale ja go uwielbiam. Dobry i taki wyrozumiały. Przekona się waćpan.
— Już mniemam, że musi zadawać lubczyk, skoro panny tak lgną do niego.
Panna Terenia, pojąwszy intencyę, szepnęła poważnie:
— Przecież ją zniewolono! Ona jest bardzo nieszczęśliwa, okropnie.
Miał na ustach jakieś gorzkie słowa, lecz spojrzawszy na jej posmutniałą twarzyczkę, pomiarkował i tylko westchnął.
— Iza waćpana bardzo żałuje, ja wiem wszystko — szeptała tajemniczo.
Zarębę ścisnął nagle bolesny skurcz, że porwał się z miejsca i oglądając się za kapeluszem, mówił bezładnie:
— Muszę odejść... panna Terenia powie, że czekałem... przyjdę jutro...
Terenią stanęła wylękniona, nie rozumiejąc, co mu się stało.
Ale w tejże chwili weszła do salonu Iza.
Przywitali się w milczeniu, zatapiając w sobie badawcze oczy.
Panna Terenia zajęła się układaniem niby porozrzucanych nut, strzygąc przytem oczkami, a ze drżeniem wyczekując jakichś słów gorących lub wybuchów, ale nie mogąc już dłużej znieść milczenia, wykrzyknęła:
— Czy państwo gracie w mruczka? — i uderzyła w śmiech.
Szambelanowa rzuciła jej wdzięczne spojrzenia i swobodnie, z czarującym uśmiechem, rozpoczęła rozmowę o różnych bieżących materyach, nie wspominając ani słówkiem o balu. Była nawet dzisiaj cudniejsza, niźli wtedy, cudniejsza nad pomyślenie; nikłe obłoczki rumieńców przesuwały się niekiedy po jej twarzy, niekiedy orzechowe oczy lśniły złotemi skrami, a nabrzmiałe krwią usta dyszały straszliwym czarem. I doskonale panowała nad sobą, niczem nie zdradzając, jak wiele ją kosztuje ten udany spokój, tylko chwilami mgliły się jej oczy przelotnym cieniem i przygasały uśmiechy; zaś niekiedy podnosiła się bezwiednie i szła wziąć parę akordów na klawecynie, lub wychylała się do ogrodu, ale dojrzawszy męża, powracała do dawnego tonu rozmowy.
Zaręba czuwał, niby na wedecie, i bacznie śledził każde jej słowo i każde poruszenie, a z powinną grzecznością odpowiadając na pytania, nawet niekiedy, aby złowić jej uśmiech, błyskał dowcipem i próbował wzruszać opowiadaniem przygód wojennych. I dopinał celu, pojąc się cichym tryumfem. A jednak ani jeden powiew przeszłości nie zmącił tej udanej harmonii, ni jedna aluzya nie prysnęła z warg płonących, bo chociaż całe piekło wrzało mu w duszy, był wobec niej takim, jakim być sobie zamierzył: powściągliwym i w miarę chłodnym.
Rozmawiali przeto, jak ludzie pozornie sobie obcy i niemal obojętni. Ale męczyła ich ta gra pusta i coraz częściej przychodziły długie pauzy i nagłe milczenia, w których jej oczy strzelały błyskawicami, usta drgały czemś niewypowiedzianem, a z piersi darły się krótkie, szybkie westchnienia, on zaś przez te mgnienia już nie hamował swojej natury i, jakby padając przed nią na kolana, brał ją w objęcia oszalałemi z tęsknoty rękoma.
Cóż, kiedy jakieś skomlenie pieska czy głos z ogrodu rozwiewał upalne koszmary, rzeczywistość z naigrawaniem patrzyła im w oczy i znowu szedł ugrzeczniony dyskurs, a francuskie słowa brzęczały składnie, wymuszenie i galantuomnie, aż panna Terenia, ostatecznie tem znudzona, palnęła prosto z mostu:
— Siedzą i wygadują jakby na teatrze — zaczęła wyrabiać przedrzeźniające miny. — Oui, madame! Non monsieur! Tu śmieszek, tam perskie oko, ówdzie mach-mach wachlarzem, indziej buzie w ciup, a czułe spojrzenie. Ślicznie gracie, ale ja wam aplauzować nie będę, bo mnie ta heca już setnie znudziła. Bibi! Mimi! hajda, pogonimy sobie kotki w ogrodzie! Ha! ha! ha! — zanosiła się śmiechem, spostrzegłszy ich pomieszanie.
Szambelanowa napięła gniewnie brwi, a Sewer powstał przykro dotknięty.
— Nie odchodź, Tereniu. To prawdziwe enfant terrible!
— Pora już na mnie... czekają... a może ci przeszkadzam.
— Jeszcze chwilę, proszę cię! Ma wstąpić po mnie hrabina Camelli, pojedziemy do ambasadora na obiad, jaki wyprawia dla dam i biskupów, z racyi imienia Maryi Teodorówny, następczyni tronu. On miewa zabawne pomysły.
— Właśnie skręca na most powóz księcia biskupa Massalskiego — wrzeszczała Terenia, wychylając się z okna na ulicę — i cały zapchany kwiatami.
— Wiezie dla Sieversa. Dziwnie to poetyczna i czuła natura: przepada za śpiewem i kwiatami, a szczególniejszą pasyę ma do róż. Wszyscy też starają się dogadzać tej słabości, że kto tylko posiada jakąś odmianę, chętnie mu posyła. Księżna Radziwiłłowa ofiarowała mu wspaniałą kolekcyę. Rozczulające, nieprawdaż?
— I godne uwielbienia — wyrzekł, nie mogąc skryć drwiącego uśmiechu.
— Sam król sprowadza dla niego goździki aż z Holandyi. Nawet mój ojciec, jak wiesz, nie skory do expensów, a przysłał mu z Góry jakieś osobliwości.
— Kiedyż wuj przyjeżdża?
— Obiecał się w tych dniach, już wszystko nagotowane na jego przyjazd. Bardzo się kłopocze twoim losem — dodała przyjaźnie.
— Poszedłem za jego życzeniem i pragnę odrobić dawne głupstwa — przyznał się, opowiadając zarazem o swoich zamiarach powrotu pod chorągiew.
— A jakby się nie udało, to ci ojciec obmyśli jakowąś funkcyę zaszczytną — zapewniała, przejmując się gorąco jego sprawami.
— Gdzież aktualnie pani kasztelanowa? Jakże ze zdrowiem?
— Niedobrze, bo, jak zawsze, w plentach za swoim urojonym idolem! Doktorzy mniemają, jako to są zwykłe roxolany. Przyjeżdża z ojcem.
— Baczność, wali tutaj książęcy postillon d’amour — wrzasnęła panna Terenia.
Jakoż drzwi się otwarły i liberyjny wniósł na srebrnej tacy prześliczny bukiet, list i puzdereczko sadzone drogimi kamieniami.
Szambelanowa porwała się gniewnie, cała w ponsach.
— Oddaj temu, który przyniósł! Precz! — krzyknęła bez namysłu, odwracając się do Sewera, który się cofnął dyskretnie pod okno.
Terenia rzuciła się do niej z jakąś gorącą instancyą. Odsunęła ją niechętnie i tak groźnie spojrzała na lokaja, że wyniósł się pospiesznie.
— Mam do ciebie prośbę — głos jej zabrzmiał bardzo serdecznie.
Był usposobiony tak radośnie, iż z góry wszystko obiecał.
Szło o to, aby pojechał z niemi jutro na piknik, za miasto.
— Z przyjemnością, ale kto aranżuje, bo nie znam tutaj prawie nikogo.
— Młodzież, a głównie von Blum, wielbiciel Tereni.
— Iza... jeszcze pan Sewer pomyśli, że to prawda.
— I powiem Marcinowi — drażnił ją — niech was nie spuszcza z oczu.
— Marcin z nami nie będzie, musi jechać z królem do Poniemunia.
— Tem gorzej dla panny Tereni, gdyż ja go zastąpię w obserwacyach.
— A ja się waćpana nic a nic nie boję — śmiała, się, goniąc po salonie za pieskami. — Marcin tylko mnie uwierzy.
Lokaj zameldował hetmanową Ożarowską i hrabinę Camelli.
— Już mnie niema! Nie cierpię italiańskiego skrzeka! W nogi, pieski!
I Sewer chciał wyjść, ale wstrzymała go szambelanowa.
— Pozostań chwilę, poznasz dwie piękne damy.
Nim zdążył wziąć postanowienie, weszły panie, a już od progu hrabina Camelli wołała zadyszana:
— Przywożę ci, szambelanowo, wspaniałe, nowiny! — Oczy miała rozgorzałe, twarz zgorączkowaną i głos wibrujący od wzruszenia. — Marat zabity! Moguncya poddała się królowi pruskiemu! — rzucała z patosem i zawiesiwszy głos, dodała po pauzie: — Rewolucya dostała śmiertelny cios.
Szambelanowa pokazała się, jakby niewiele ważąc te wiadomości.
— Moja droga hrabino — uprzedzała Ożarowska — nie wszyscy się tem tak przejmują.
— Ależ... to musi być ważne... istotnie nie bardzo się na tem rozumiem. Mój brat cioteczny, Sewer Zaręba — przedstawiła go zakłopotana.
— Ale pana to musi obchodzić? — zwróciła się do niego hrabina.
Skłonił się na potwierdzenie i słuchał z niezmiernem zajęciem, ona zaś, rada ze słuchacza, rozpowiadała coraz żywiej, nie szczędząc gestów, min i spojrzeń ognistych.
Szambelanowa z panią Ożarowską usunęły się nieco na stronę, zajęte lustracyą swoich strojów i jakimiś szeptami.
— Hrabia Morelli, mój kuzyn, szambelan królewski, dostał rano extra pocztę — objaśniła na wstępie hrabina. — Mamy przeto wieści z najpewniejszego źródła. Byłam już w kościele dziękować Bogu za te chwile radosne. Ale chociaż wiadomości autentyczne, ja zaledwie mogę uwierzyć, jako naprawdę ten podły morderca królów, ten nieprzyjaciel Boga i rodzaju ludzkiego, ten szatan wcielony, nie żyje. Zabiła go jakaś Charlotte Corday. Bóg ją najwidoczniej wybrał za narzędzie swojej sprawiedliwości. Muszę napisać do Paryża, żeby mi przysłano kopersztych tej nowej Dziewicy Orleańskiej! — wołała z emfazą, podnosząc w górę oczy. — I prawie w jednym czasie wypędzono z Moguncyi francuskich rebelizantów. Król pruski tryumfuje. Jakże się z tego muszą cieszyć ci biedni wygnani książęta! Nareszcie dobra sprawa bierze górę. Już podobno klubistom mogunckim wytrzepują kije pruskie maximy jakobińskie. Nie pojmuję tylko, dla jakich racyi wypuszczono rewolucyjne wojska z miasta? Trzeba im było wyprawić chrzest republikański w Renie! — zaśmiała się mściwie i czarne jej oczy zamigotały niby sztylety. — Te szczęśliwe początki przygaszą ferwor i waszym exulantom w Dreźnie i klubistom w Warszawie.
— Ależ pani hrabina ma niezmierną eksperyencyę spraw politycznych! — wykrzyknął z udaną atencyą.
— Powtarzam, czego mnie kuzyn nauczy — odpowiedziała skromnie, przerzucając się do drobiazgów życia grodzieńskiego i chwaląc nad miarę polską gościnność, oświecenie piękność kobiet i galanckość mężczyzn; wyniosła przy tej okazyi wielkoduszność króla, jego niezwykły umysł i szlachetność.
Nie negował jej w niczem, a tylko tu i owdzie przy zdarzonej sposobności wyznawał się być zasad uświęconych i wrogiem wszelkiego nowatorstwa.
Hrabina z coraz żywszą przyjemnością brała go na spytki, obrzucając przy tem powłóczystemi spojrzeniami, gdyż kawaler wydał się jej cale układnym i urodziwym. Popielaty blondyn, o włosach przyciętych à la Titus i orlej twarzy, wysoki, w barach w miarę rozrosły, w stanie smukły, wyraz miał wyniosły, ruchy sprężyste, głos melodyjny i szafirowe oczy o długich czarnych rzęsach i brwiach, przecinających białe czoło groźnym łukiem.
Odpowiadał z wyszukaną, górną grzecznością, lecz patrzał hardo i przenikliwie. Przystrojony był przytem wedle najnowszego wzoru, we frak wiśniowy, wielce ogoniasty, z krótką talią i kołnierzem płasko wywiniętym; na szyi miał białą chustę w błękitne grochy, tak suto owiniętą, że sięgała do pół brody, kamizelę bladobłękitną, zahaftowaną złotymi pasami kwiatków, spodnie paljowe, obcisłe do kostek i pantofle bez sprzączek; laskę ze złotą gałką trzymał w ręku, dwie dewizki od zegarków dzwoniły przy każdym ruchu pękiem pieczątek, uwieszonych na cienkich łańcuszkach.
Pani Ożarowska, słuchająca już od pewnego czasu jego wynurzeń, naraz odezwała się z pobłażliwym uśmiechem:
— Czy waszmość zawsze nosi barwy szambelanowej?
— Prawda, to szczególne — szepnęła hrabina, wodząc oczyma po obojgu.
— Tylko dziwny zbieg okoliczności!
Okrył się rumieńcem, jak panna.
Panie zaczęły się śmiać, bo istotnie szambelanowa miała suknię tej samej barwy, co i jego frak, tylko jakby pokropioną złotym rzucikiem i katankę błękitną w złote paski, obrzuconą koronkami.
— Szczególny zbieg okoliczności! — powtórzyła ironicznie Ożarowska.
Sewer, aby przerwać kłopotliwą sytuacyę, spytał o pannę Terenię.
— Właśnie mamczy szambelanowi. Spojrzyjcie, aspekt zgoła niezrównany — zaśmiewała się Iza, wskazując przez okno w ogród.
W cienistej alei, pobryzganej jaskrawymi płatami słońca, stał szambelan z ustami szeroko otwartemi, a Terenia, wspinając się na palcach, wlewała mu łyżeczką jakiś medykament.
Posypały się śmiechy i bardzo trywialne uwagi dam, czem niemile dotknięty Zaręba jął się zabierać do wyjścia.
— Gdzież panu tak pilno? — szepnęła hrabina, przytrzymując mu dłoń.
— Na sejm. Muszę się stawić przed porą, żeby mnie wpuszczono.
— Nic tam ciekawego: wrzaski zelantów i nieco pruskiej wasserzupki.
— Hetman będzie znowu dzisiaj przemawiał za opatrzeniem wojska. Nie wiem tylko, czy rozprawy będą przy arbitrach?
— Boże, jak mnie już nudzą te sejmy, polityki, traktaty i te wszystkie kabały! — jęknęła ze szczerem obrzydzeniem szambelanowa. — Nuda poprostu śmiertelna!
— A czyż Grodno mało jeszcze szaleje? Wszak tutaj ciągle święto i balowanie — wystąpił dosyć porywczo, lecz dojrzawszy w jej oczach niechęć, spochmurniał i ledwie się zdobył na podziękowanie Ożarowskiej, która go zaprosiła na swoje asamble i w końcu łaskawie ostrzegła:
— Baw się waćpan, a kazania pozostaw tetrykom.
— I nie zapominaj o jutrzejszym pikniku — dodała szambelanowa.
Wyszedł na ulicę, pełen sprzecznych uczuć i myśli, jakie mu nasunęła wizyta i zasłyszane wiadomości, zwłaszcza upadek Moguncyi, a króla pruskiego aktualny tryumf przejmował go żałością i frasunkiem.
— A piękną panią wszystko nudzi — myślał niekiedy ze smutkiem i gniewem.
Dzień był upalny. Grodno pławiło się w słonecznej pożodze, w kłębach kurzawy i nieustającego zgiełku, bowiem w ulicach panował ruch znaczny; zwłaszcza na Głównej, wiodącej z Horodnicy ku Niemnowi, na Zamkowej, w Rynku i ku Bernardynom aż wrzało od gęstwy ludzkiej, powozów i koni.
Pod przysadzistemi domostwami, na wązkich kładkach i kamieniach, tu i owdzie porzucanych w porę deszczów, ciągnęły mnogie, różnobarwne roje, cisnące się trwożnie do ścian i parkanów, gdyż co chwila waliły ulicami jakieś ogniste czwórki, cwałowali konni, i maszerowały zbrojne ronty, wlekły się kopiaste wozy furażów lub szły truchcikiem kozackie szpice.
A w miarę zbliżania się czwartej godziny, na którą było naznaczone posiedzenie sejmowe, ruch i zgiełk jeszcze się potęgował; już się pokazywały czerwononiebieskie karoce, zaprzężone w angielskie dryblasy, pokryte uprzężą nabijaną srebrem i z czerwonymi żokiejami na kozłach; niekiedy, ku ogólnemu podziwowi, zakolebała się na pasach jakaś arka starożytna, wyszklona i złocista, niby feretron, w szóstkę izabelowatych smoków, z liberyą w perukach, uwieszoną z tyłu i z konnym laufrem na przodzie. To przelatywały jak wicher, dwukolne karyolki, we czwórkę na szpic, przybraną rzęsiście w trzęsidła miedziane, pióra i siatki, powożone przez oficyerów, którzy, stojąc niby w rydwanach, poganiali z furyą, aż koniom grały wątroby i wszystko przed nimi uciekało.
Niekiedy pędził jakiś znaczny generał w eskorcie dragonów, tratujących wszystko po drodze. Śmigały zielone, pakowne ekstrapoczty, czyniące sobie rum chrapliwymi głosami trąbek. Przeciągały też kawalkady dość tłumne dam i kawalerów z chmarą zielonych strzelców na bokach i czerwonych mastalerzów. Czasem zaturkotała po wyboistym bruku żółta proboszczowa bryka z dobrodziejem w białym kitlu i słomianym kapeluszu, lub człapały ciągi chłopskich mierzynków przy drabkach i wasągach, powstrzymywane na każdym kroku, spychane na boki, wylękłe i często gęsto kropione batami, jeśli nie nazbyt spiesznie ustępowały z drogi.
Nie mniejszy był i ruch pieszy. Stronami ulic przepływały wartkie, hałaśliwe potoki przeróżnych kontuszów, rogatywek, fraków, kurt wojskowych, kitlów płóciennych i modnych, szpiczastych kapeluszów, nie brakowało i obszarpanych świtek, ni mnisich głów golonych, ni liberyjnych barw, ni cudzoziemskich strojów ciągnących oczy, ani też lśniących, czarnych jupic i lisich czap żydowskich.
Gęsto się też w tłumach fertały czółkowe jejmoście, rzęsiste, przysiadkowate mieszczki, jakieś asińdźki w kornetach, jakieś wyfiokowane wolentaryuszki, zamiatające oczyma, zaś przystrojone świątecznie żydówki zalegały bramy i progi domostw; nie dojrzał tylko pomiędzy tem pospólstwem znaczniejszych dam, które pokazywały się na mieście jeno w pojazdach i przy asyście.
Nie obyło się też i bez dziadów, bo co róg ulicy, co jakaś figura, to wyciągały się skomlące wołania lub rzępoliły ślepce, wtórując sobie proszalnemi pieśniami. Że jakoby ogromny jarmark zalał całe miasto, taki był wszędzie zgiełk, ścisk i nieprzeliczone ciżby.
Grodno bowiem było niewielkie i zaledwie liczące cztery tysiące osiadłych mieszkańców, ale z racyi zjazdów sejmowych zostało poprostu zapchane. Nie było już domu, ni stodoły, ni najlichszego budynku, gdzieby nie kwaterowali ludzie. Doszło do tego, że po sadach klecono na prędce szałasy z gałęzi i desek dla pomieszczenia koni, powozów i służby, a gdzie się również gnieździli różni chudeusze i profesyanci. Zaś w ulicach nieco szerszych i płacach, jak pod Jezuitami, w Rynku i na Zamkowej, powstało drugie miasto, złożone z przeróżnych jatek, bud, kramów przenośnych i namiotów, w których kupczyli handlarze wszelakich nacyi: opasłe Niemce, moskiewscy brodacze, smagli Ormianie, rudzi Angielczykowie, Persy w barwistych hałatach i skośnoocy Tatarzy z Kazania, nie biorąc już pod cyfrę żydowskich rojów ani swojaków, pościąganych z Wilna, Lublina i Warszawy. Nie dopuszczono tylko Francuzów, podejrzanych o emisaryuszostwo jakobińskich pism i zasad, jak się wyznała generalność, z poduszczenia Sieversa, w odmownym responsie.
Pozwolono jedynie zjechać na porę sejmu słynnej Le Doux z Warszawy, ze swojemi modami a głośnym z urody fraucymerem pomocnic. Przed jej kwaterą, w ulicy pod Farą, całe dni wystawały pojazdy dam co najznaczniejszych, a pod oknami aż się roiło od kawalerów, zapuszczających żórawia do ślicznych Francuzek. A że i w sąsiednich domach, prawie w każdem oknie, widniały fertyczne kapeluszniczki, haftarki, zamesznice i modniarki, więc i przed niemi młodzież, zwłaszcza wojskowa, wciąż odprawowała stójki a promenady. Nie obywało się przeto bez awantur, które często opierały się aż o Sieversa, gdyż oficyerków przetrzepywano expedite i przy lada okazyi.
Dalej znów olbrzymie złote grona oznaczały winiarzy, buty dzierżone w niedźwiedzich łapach — szewców, koła — stelmachów, pęki złotej przędzy — pasamoników, misternie wyplecione z końskiego włosia warkocze — fryzyerów, srogie z blachy szablice — płatnerzów i rusznikarzy; gdzie znów łyskały w słońcu cyrulickie talerze i srebrne nożyce krawietów, gdzie rozkładały się za szybami lub na opuszczonych klapach modne cuda, płacone na wagę złota. Były nawet księgarnie: Jachowicza i Bielskiego, a w bramie pałacu Radziwiłłowskiego — starego Borucha. U Bielskiego, w domu Lubeckich, prócz ksiąg cnotliwych, broszur i mów sejmowych, przedawano angielskie kopersztychy, zeszłego króla francuskiego konterfekt, saską porcelanę, nasiona koniczyny holenderskiej, a także maść na urodę, oraz niezawodne leki na bolenie zębów.
Było wszystkiego i na każdym kroku tyle, że Zaręba, zbywszy się w tym rozgardyaszu swoich dumań, z podziwieniem patrzał na to morze ludzi, powozów i koni, przewalające się z hukiem w ciasnych, krętych uliczkach, wśród nędznych domostw miasta, nad którem tylko tu i owdzie wynosiły się pałace, grupy drzew odwiecznych i bielały strzeliste mury i wieże kościołów.
Oszałamiał go ten ruch i nieustający gwar, że szedł już coraz wolniej i na rogu Zamkowej przystanął, bowiem pod kaffenhauzem strażowała kupa frantów w modnych, różnobarwnych frakach, w szpiczastych kapeluszach, z brodami pochowanemi jakby w białe chomąta chustek i z laskami w rękach. Na czele stał Woyna, rzucając raz po raz jakieś słówka, od których wybuchały głośne szmermele śmiechów. Młodzież zabawiała się lustracyą promenujących pojazdami, nie szczędząc przytem nikomu przycinków, jadowitych konceptów ni nawet braw rzęsistych. Gadali jeden przez drugiego, a co komu tylko ślina przyniosła.
— Prezentuj broń! Podkomorzyna! — komenderował Woyna. — Patrzcie, jak obmiata ślepiami Korsaka! Za mały i nóżki mu się już plączą.
— Starożytna Reszkówna! Codzień komunia i raz w rok kąpiołka!
— Wołłowiczówna! W straży czterech hajduków i ciotka kanoniczka, chociaż nikt na tę podziobaną cnotkę nie nastaje.
— Korsaczek, schowaj się w krzaczek, bo twój dyrektor cię szuka.
— Ekscypuję sobie — zamruczał groźnie nikły młodzieńczyk w kawowym fraczku.
— Chapeaux bas, mości panowie! zbliża się majestat z wąsami, stuletnia wypróbowana cnota i milion złotych rocznej prowenty, Ogińska!
— Uwielbiam majestat i przysiągłbym respektować jej cnotę, byle mi dała tę resztę.
Z powodu tłoku na skręcie ulic, powozy szły stępa, więc młodzież już nieco ciszej, ale tem zuchwałej podrwiwała.
— Skirmontówna reguły ma pono śliczne, ale zęby jakby ze starej klawiatury.
— Cycyanow z jakimś rudzielcem promenuje!
— Zaczarowana księżniczka. Widziałem ją na hecy, chodzącą po linie. Prześliczna, lecz imaginujecie sobie, jak te jej białości zrysuje książęca nahajka! Przecież tę biedną Józię ledwie Viryon wykurował!
— Powiem wam tej księżniczki księgę rodzaju: kniaź wygrał ją dzisiaj w nocy w stu dukatach od Ankwicza; Ankwicz wczoraj od Diwowa; Diwow onegdaj...
— Nie kończ, Woyna, bo się w końcu pokaże, jako księżniczka ma imię Rojza i można ją kupować po dukacie u Fajgi w Rynku.
— Salwujcie się, płotki: Szczuki, Żabowie i Karpie przepływają.
— Coś gęsto tego narybku. Ha! ha! a za niemi brzęczą Komary!
— Respekt, waszmościowie: cześnikówny Raczkowskie, cud w cztery osoby! Brawo!
I jakby na teatrum zaklaskali rzęsiście, pochylając głowy przed czwórką ślicznych panien, jadących z siwą, dostojną matroną.
— Kossakowskie nochale i brodawki! — wołał Korsak, lecz reszta jakby oniemiała wobec głośnego nazwiska, zaś ktoś prędko powiedział:
— Coś nie widać naszych bogiń ani matador...
— Na ambasadorskim obiedzie służą za wety dla nuncyusza i biskupów.
— Jełowicka! Ma pozór relikwiarza, unoszonego żywcem do nieba.
— Aż trzy rozwódki z tym kulasem Karwowskim! Nec Hercules contra plures.
— Moszkowska i Zielińska! Nie znam tylko tej trzeciej, pulchnej blondyny.
— To właśnie najprzedniejszy kanar, zmieniła już trzech mężów, z kopę kochanków, a dziwnym trafem dzieci ma podobne do pocztmistrzów na Warszawskim trakcie.
— Lubi wojaże z trębaczami. Ja znam i taką okoliczność, że chłopak nie tylko był podobny do kapelana, lecz urodził się już z franciszkańską tonsurą i w habicie.
— Nowakowska w tak czułej dyspozycyi serca, jakby z nowym ami.
— Ona ma stałych, przemienia tylko porę i godziny, bo dla mężowskiej polityki musi ich mieć ze wszystkich fakcyi, z dodatkiem oficyerów ościennych potencyi.
— Patrzcie, Wańkowicz w komitywie ze starościną. To coś nowego!
— Mogłaż pozostać nieczułą, kiedy on wczoraj wygrał parę tysięcy?
Przycichli, bo od Mostowej buchnęły przejmujące świsty fajfrów i grzmot tarabanów; tłum się nagle zakotłował i parł pod ściany i w sienie, powozy zjeżdżały na boki, gdyż środkiem ulicy waliły jegry, niby zielony mur, najeżony błyszczącymi bagnetami, rypały mocno, twardo i aż ziemia dudniała pod nogami, zaś na przedzie ogromny drab, pstro przybrany, wywijał pozłocistą lachą z lalką na końcu, obwieszoną wstęgami a dzwoneczkami, podrzucał ją w górę i łapał, aż huknął jakąś hulaszczą piosenką i puścił się wściekłego trepaka; zawtórowały mu przeraźliwe świsty, wycia, piski, tarabany i piszczałki, a kilku gemeinów runęło za nim w prysiudy, nie przerywając pochodu. Podniósł się dziki wrzask śpiewających głosów, jakby świsty siekących rózeg, jęki a zarazem i chichoty baraszkowań i bujnej, niepowstrzymanej ochoty.
— Idą na Zamek zaciągać kordony! — pierwszy Woyna przerwał milczenie.
Nikt się jednak nie kwapił z rozmową; młodzież stała zwarzona, spozierając dziwnie mętnie na przechodzące wojsko, jakby wraz z kurzawą, jaka się podnosiła za nimi, rozpościerał się w duszach posępny obłok zgryzot przytajonych.
— Powiem wam coś wielce uciesznego — zaczął znów Woyna — o szlachcicu, który się zwał Guzik, pochował dwie żony, a sobie taki wykoncypował nagrobek:
»Co dzisiaj mnie — jutro będzie z wami.
Tu leży Guzik, między pętelkami«.
Lecz nie zdoławszy nikogo rozśmieszyć, przystąpił do Zaręby, którego był właśnie dojrzał w tłumie, i razem poszli ku Zamkowi.
— Zostawiłem twojemu famulusowi okrągłe tysiąc dukatów; tyle wypadło na ciebie z wygranej. Ale pożyczkę zatrzymałem na dalszą grę, zgoda?
— Kiedy cię nie zdradziła fortuna, próbujmy szczęścia dalej — odparł, uradowany z wygranej i opowiedział wiadomości, zasłyszane od hrabiny Camelli.
— Jej można zawierzyć — zaszeptał Woyna — ona zna każdą tajną pocztę królewską: może ją wie od Sieversa, gdyż dziad w niej srodze rozmiłowany, a może i od Buchholtza, z którym także jest w konfidencyi. To ptaszek! Nie kręci się ona tutaj bez kozery i tylko dla czarowania swoim zwodniczym szczebiotem...
— Z tego konkluzya, że dama rączki macza w politycznych kabałach. Teraz pojmuję, skąd wie o wszystkiem, co się u nas dzieje i dlaczego się tak ucieszyła ze śmierci Marata i upadku Moguncyi! Ale jakiej stronie ona służy?
— Są poszlaki, że nasłał ją Zubow do szpiegowania Sieversa, ja zaś mniemam, iż naprawdę służy tylko za angielskie złoto. Pitt płaci koalicyę przeciwko Francyi, ale nie spuszcza z oka lubych socyuszów! Cudna gra?
— Wiem jedno, upadek Moguncyi to nasza klęska, bo tryumfujący król pruski obróci się teraz cały przeciwko nam. A śmierć Marata cios to dla ludzkości.
— Mniemam, że ulga: obmierzły to był chłeptacz krwie ludzkiej i demagog.
— Ale też był jedynym w rewolucyi, który śmiał!
— Ożenić Ludwiczka z Mamsel Guillotin. Cóż, kiedy małżeństwo bezpłodne.
— To się wkrótce pokaże! — wyrzekł Zaręba z tajemniczym uśmiechem, czem dotknięty Woyna wziął go pod ramię i zaszeptał rozdrażnionym głosem:
— Więc i wy śmiejcie! Mnie już nudzą wasze pierścienie, trójkąty, katechizmy i słowa, otwierające spiskowe Sezamy. Byłaby pora uderzyć działaniem.
— Stanie się i to. A każde wielkie zamierzenie musi przywdziać maskę i mieć swój rytuał dla wtajemniczonych. Należysz do nas? — spytał już otwarcie.
— Należę tylko do siebie — odparł wyniośle.
Zmieszał się Zaręba, żałując słów, poprzednio wymówionych.
— Co po psie w kościele, kiedy pacierza nie mówi — dodał Woyna po chwili ze śmiechem. — Komu ochota łba nadstawiać, nie przeszkadzam, ja wolę faraona i butelki. Bachusowym wolentaryuszem uczyniła mnie natura i temu się nie sprzeciwię.
— Wiesz o naszych znakach i nie należysz do koła! — trwożył się Zaręba.
— Wiem i daję ci parol honoru, iż przed pierwszym tobą wyznałem...
Weszli na plac Zamkowy, zapchany już powozami, służbą i żołnierstwem; na środku, pod kępą drzew olbrzymich, stały armaty, pokryte zielonemi płachtami z pod których wysuwały się śpiżowe paszcze, przyrychtowane na Zamek. Żołnierze, w zielonych, opiętych kurtach i lśniących, czarnych szkopkach, z karabinami przy nodze, zamykali kordonami wyloty ulic, nie dopuszczając na plac pospólstwa, reszta biwakowała przy jaszczykach i furgonach za armatami, lub wartowała przy moście i nad zamkowemi fosami.
— Alianckie konkluzye dla zelantów — rzucił Zaręba, wskazując armaty.
— Tylko dla dobra Rzeczypospolitej i sejmujących Stanów spokojności — drwił Woyna, kłaniając się co chwila dygnitarzom i posłom, jadącym na sejm.
Zamek wznosił się na wysokim brzegu Niemnowym, spiętrzony jeszcze wieżyczkami, mansardowymi dachami, kopułą kaplicy i posągami nad głównym frontonem; od strony miasta obiegała go przepaścista fosa wybrzeżona rzędem smukłych topoli, przez którą był przerzucony murowany, szeroki most z balustradami, zdobnemi w marmurowe wazy i amory. Kamienna, wyniosła brama, zakończona alegorycznemi grupami z barwionej porcelany i o zaworach misternie kutych w żelazie i herbach suto złoconych, prowadziła na wielki dziedziniec, obstawiony gmachami przeróżnej struktury, a świeżo na porę sejmu odnowionymi.
Wielka amarantowa chorągiew z Orłem i Pogonią łomotała nad bramą, jako znak królewskiej obecności i sejmowania Najjaśniejszych Stanów.
Król Jegomość kwaterował bowiem na Zamku z rodziną, nielicznym dworem i kancelaryami. Tylko przyboczne oddziały gwardyi koronnej i litewskiej wraz z »wiwatową artyleryą«, jak ją przezywali kpiarze mieściły się w ruderach, położonych na strzał pistoletowy od zamku.
Na zamku również były obie izby sejmowe.
Wszystko zaś obsadzały gęste kordony jegrów pod wodzą co najprzedniejszych oficyerów, czyniących takie awantaże, że, ilekroć zajeżdżał pod most jakowyś dygnitarz, zrywał się ostry głos komendy, grzmiały tarabany i prezentowano broń.
— Nie szczędzą im parady! — szepnął Zaręba po szumnem przyjęciu Ożarowskiego.
— Oni trzema sposoby niewolą: złotem, zdradą i głaskaniem — a każdy skuteczny.
— Czyżby i Nowakowski posłował? — zdziwił się na widok dawnego towarzysza, wysiadającego przed mostem, w nowym kontuszu wojewódzkim.
— Igelström go naznaczył, a wybrały dukaty — objaśniał sarkastycznie Woyna. — Persona to można, żarliwy pacyfikator i jedyny do wszelakich kompromisów, przeto imieniem sejmu w ciągłych delegacyach do Buchholtza i Sieversa. I tak zaciekły w posługach ojczyźnie, że już zgoła nie zważa — w rublach mu płacą lenungi czy też talerami.
— Znam go już z famy i wiem, co trzymać o jego poczciwości.
Przeszli most i minąwszy bramę, przystanęli pod sejmowym krużgankiem, u wywartych podwoi do wielkiej sieni, pełnej już gwarów i ludzi. Przy drzwiach, wiodących do izby sejmowej i różnych bokówek, gdzie mieściły się kancelarye, trzymała dzisiaj straż gwardya koronna, lecz z karabinami bez bagnetów i pustymi lederwerkami.
— Idzie łomżyński Katon, krzywousty Skarżyński. Zapoznam was ze sobą, niech ci pocyceronuje, bo ja nie mam smaku na oratorskie koszałki-opałki.
Skarżyński, mąż znany z eksperyencyi w materyach państwowych, wielkiej wymowy i żarliwego patryotyzmu, przywitał się z Woyną kordyalnie, a Zarębie powiedział o dawnej znajomości z jego ojcem, ale nim miał czas rozgadać się obszerniej, ogarnęło go paru nadchodzących posłów, pociągając w róg sieni, gdzie był zastawiony stół z zimnemi daniami, ponieważ często posiedzenia przeciągały się do późnej nocy.
Niezrażony tem Zaręba poszedł za nim, przystając nieco na stronie.
— Kogóż tak admirujesz? — ozwał się Nowakowski, niespodziewanie stając przy nim.
Wskazał oczyma zebranych dokoła Skarżyńskiego.
— Godna kompania — skrzywił się wzgardliwie, odwodząc go pod okno. — Mazurskie hetki, pętelki. Nawet nie imaginujesz, kogo widzisz: toć są owi żarliwi zelanci, o których smutna fama rozgłasza się już po Rzeczypospolitej.
— Pierwszy raz w życiu ich widzę — odparł bardzo żywo.
— To wiedz-że, jako ten łysy pijaczyna z miną wygłodniałego kauzyperdy, to Krasnodębski-Liwski; obok niego przyczaja się najwścieklejszy szczekacz sejmowy, Mikorski-Wyszogrodzki; przy nim dmie się zaściankowy Cyceron, Szydłowski-Ciechanowski; zaś to paniątko w wyszarzanej kontusinie i konopnych rapciach przy karabeli, to Ciemniewski-Różański, zaciekły Jakobin, który w Izbie ośmielił się urągać samemu Majestatowi; zaś ten pod ścianą, wysoki, szpakowaty, odęty pychą — Skarzyński-Łomżyński, przezwany krzywoustym i jakby już napiętnowany przez samą naturę za oszczercze sądy i wyniosłość; ostatni, wysoki, czarny, z twarzą ostrą, jak brzeszczot i haczykowatym nosem — Kimbar-Upicki, godny Sicińskiego przeklętej pamięci następca — wyliczał z taką nienawiścią, że już chwilami brakowało mu oddechu i ceglasty rumieniec pstrzył mu piegowate jagody. — Kompania jeszcze nie w pełnym komplecie, ale summa-summarum warchoły to obmierzłe, sejmikowi szczekacze, zakute łby i fakcyoniści. Muszę cię też oświecić, jako wszyscy zostali wybrani na sejm za moskiewskie pieniądze — zaszeptał ciszej jeszcze i zjadliwiej — a prócz tego, niejednego z nich Igelström musiał ekwipować i dawać strawne na drogę do Grodna. Za to wszystkich, którzy nie dzielą ich zasad, mają i głoszą zdrajcami. Pospólstwa ich estymuje, bo się wystawiają Katonami, biorą pozór Koryolanów, ale gdyby nie nasze zabiegi, jużby za przyczyną tych krzykaczów dawno sejm rozpędzono na cztery wiatry. Na szczęście, są jeszcze prawdziwi patryoci — rozgadywał się, nie omieszkując przytem wystawiać swoich wielkich zasług w służbie powszechności.
Zaręba nierad był wielce z tej publicznej konfidencyi, zwłaszcza, iż Skarżyński rzucał na niego podejrzliwe spojrzenia, lecz Igelströmowy socyusz, wyczerpawszy materyę de publicis, rzucał się z ferworem na intymności z życia znaczniejszych person sejmowych, wywłócząc je na jaśnię ze szczególną przyjemnością.
— Ciekawe to sprawy, ale ja się w tem nie lubuję — przerwał mu zniecierpliwiony.
Nowakowski uśmiechnął się pobłażliwie i szepnął znacząco:
— Ale kto je ma w garści, ten w potrzebie może komu nacisnąć taką wstydliwie utajoną bolączkę i powiedzie, jakby na powrózku.
— Pewnie, że takie arcana znaczą wiele w różnych kabałach.
Spojrzał na zegarek.
— Czekamy na biskupów, pojechali na obiad do Sieversa — uprzedził.
— Nie pilno im na posiedzenie. Chciałbym się przysłuchać deliberacyom.
— Poprowadzę cię na galerye. Myślę, jako dzisiaj marszałek nie wygna arbitrów.
Powiódł go wązkimi schodami i przez kręte korytarze, rozjaśnione gdzieniegdzie rurkową łojówką, zatkniętą w kandelabr, przybity do ściany.
— Suplikę już ci wykoncypowałem, tylko ją podpisać i złożyć w kancelaryi. Cóż, nie rozważałeś mojej rady? — rzucił od niechcenia.
— Spróbuję pierwej szczęścia u króla — odparł wymijająco.
— Jak chcesz. Wczoraj znowu dwóch kadetów, z dawnych freikurów, dostało od Cycyanowa kapitańskie szlufy i sute opatrzenie. Gdybyś zwrócił się do niego, prośba miałaby jak najlepszy skutek.
— To mnie z nim zapoznaj — zawołał pod wpływem jakiejś nowej myśli.
— Z miłą chęcią. Nawet się doskonale składa, bo ma być dzisiaj u mnie, więc po posiedzeniu zabiorę cię do siebie na wieczerzę. Nie imaginujesz nawet, jaki to człowiek światły i nam przychylny, a przytem prawa ręka Sieversa...
— Tem szczerzej przyjdzie mi go admirować — odparł, ściskając mu dłoń, ale po jego wyjściu odetchnął z prawdziwą ulgą i jął się rozglądać po sejmie.
Izba sejmowa była bardzo wysoka, długa i o białych ścianach, pociętych wysokiemi oknami, a przeto dająca pozór jakby nawy kościelnej, tylko z wielką modestyą urządzonej; podnosił jeszcze to podobieństwo beczkowaty sufit, pomalowany w błękitnawe rozety, od którego zwieszały się na pozłocistych łańcuchach cztery mosiężne pająki, na pięćdziesiąt świec woskowych każdy, i portrety królów w strojach koronacyjnych, wiszące pomiędzy oknami.
Dębowa galerya, wsparta na słupach pożyłkowanych na pstry marmur, obiegała izbę z trzech stron, zaś w ścianie szczytowej, w półkolistem wgłębieniu, misternie wyrobionem w kształt muszli, o złotem malowanych dzwonach i ornamentach, było wzniesienie, wykryte czerwonem suknem, gdzie stało wysokie, pozłociste krzesło królewskie.
Naprzeciw, w drugim końcu izby, a również na podwyższeniu, tylko nieco niższem i pokrytem zielono, był stół marszałka sejmowego, sekretarzy i miejsca skryptorów, spisujących przemówienia. Zaś z boków izby i przez całą jej długość ciągnęły się ławy poselskie, obciągnięte zieloną trypą i z pulpitami na seksterny i kałamarze, w pośrodku leżało szerokie, wolne przejście, a pod ścianami, w cieniu galeryi, szły ciasne przesmyki do drzwi wyjściowych, przy których czuwała służba sejmowa.
W muszli za pozłocistem krzesłem, taiły się drzwi, przysłonięte czerwoną materyą, a nad niemi bielało owalne okienko, którem pono dość często przysłuchiwał się deliberacyom Sievers, ukryty za kartunową firanką.
Galerye były już do cna zatłoczone i Zaręba z niemałym podziwem przyglądał się publice, nigdy bowiem nie widział takiej w miejscach obrad ni na żadnych asamblach. Było to zbiegowisko przeróżnego pospólstwa, jakie się tylko spotykało na hecach, w kościele lub na kontraktach; a pomiędzy nimi przewijały się jakieś lisie, przyczajone głowy, silnie strzygące uszami, jakieś połatane habity i ascetyczne twarze, jacyś wynędzniali ludzie w wytartych kurtach wojskowych i jakieś draby o twarzach zbójów. Nie brakowało też dam, chrupiących cukry, ni moskiewskich oficyerów w przebraniach, ni różnobarwnej liberyi, czyniącej głośne uwagi o swoich panach i ludzi wszelakiej kondycyi.
Przeto gwar panował już niemały; kilkudziesięciu posłów rozmawiało w ławach i przejściu inni przy stole marszałkowskim czytali półgłosem dyaryusz ostatniego posiedzenia i raptularze bieżących materyi, a wciąż jeszcze nadchodzili nowi, witani przez galerye szmerem uznania, czasem złośliwym chichotem, a niekiedy takiem dosadnem przezwiskiem, że buchał ogólny śmiech i tupania. Wtedy z jakiegoś kąta huczał basowy głos:
— Mości panowie, uciszyć się! Mości panowie!
To wołał gruby Roch, starszy nad służbą sejmową i tłukł lachą w podłogę, ale nie przyciszył zuchwałej gawiedzi, a tylko na siebie ściągnął wyzwiska i kpiny.
— Rrrochu! Rrrochu! Rrrochu, żrej dużo a kadź po trrrochu! — zagruchali ku powszechnej uciesze jacyś żartownisie, naśladując synogarlice.
Ale co najszczerzej zdumiało Zarębę, to widok podkomorzyny Grabowskiej.
Siedziała w środkowej galeryi, nad stołem marszałkowskim, cała w czerni, z wachlarzem w ręku i murzynkiem przy boku, który ją nieustannie wachlował, gdyż w izbie było gorąco.
Dojrzała go również, natarczywie przyzywając do siebie.
Wyraził głębokie zdumienie z tego spotkania, na co chełpliwie rzekła:
— Nie opuściłam ani jednego posiedzenia. Spytaj się drabantów, ile razy mnie stąd wypędzali. Marszałek ni ci sejmowi matacze nie lubią, żeby im patrzeć w karty i za lada przyczyną gonią arbitrów. Siadaj waść bliżej, bym się mogła wesprzeć w potrzebie. Nie jednam tutaj na rezydencyi: na prawo siedzi cudna Jula Potocka z synaczkami, a obok niej ta starożytna kwocha Ogińska. Jest również i pani kasztelanowa Platerowa z tą omszałą Badeniówną od Brygidek. Często też wysiaduje marszałkowa Cieńska ze swoim ślicznym fraucymerem. Żarliwe to patryotki! — Ściszyła nagle głos i przysłaniając twarz wachlarzem, zaszeptała mu do ucha: — Spostponowałeś mnie na balu, ale już ci tego nie pamiętam, nie rób tylko waszmość cnotliwego Józefa, bom nie Putyfara — roześmiała się cicho.
— Zaprawdę musiałbym nie mieć oczu — odpalił z miejsca, ogarniając ją napastliwemi oczyma, bo mu zaimponowała rezolutnością i urodą.
— Ja nadewszystko przekładam żołnierzy — szepnęła miodnym głosem. — Woyna, chociaż ma język kąśliwy, ale zdał mi poczciwie relacyę o waszmości.
— Woyna lubi wszystko troić dla żartów lub gwoli własnej uciesze.
— Modestya zawżdy przystoi grzecznemu kawalerowi. Co się tak waćpan rozglądasz?
— Zdała się widzieć znajoma twarz w ciżbie i gdzieś mi się zapodziała.
— Czy nie Zakrzewskiego, porucznika, bo właśnie spoziera ku nam?
— Zna go pani podkomorzyna?
— Nawet są między nami dalekie koneksye, z których mu wypadam jakąś ciotką i z tej racyi trzymam nad nim opiekę. Ale hultai mi się wisus i nie słucha.
— Za to przed narzeczoną musi znać mores.
Poruszyła się gwałtownie i skrywając spłonioną twarz wachlarzem, rzekła:
— Wyznawał mi się z tem, ale nie pamiętam — głos miała zdławiony.
— Königówna, ojciec pułkownikuje królewskim ułanom w Kozienicach.
— Ach, to ta smarkata z różowym pyszczkiem! — zapanowała wreszcie nad sobą i ciągnęła drwiąco: — Marcin chyba weźmie za nią na wiano ułański bęben i starą terlicę. Wybór nieszczególny.
— Nie znam jego sentymentów, ale, nie obwijając w bawełnę, myślę, jako z tego małżeństwa będą nici — mówił, nie dając baczenia na jej wzburzenie.
Milczała, pogrążona w jakiemś ciężkiem pasowaniu się ze sobą.
— Horrendalne publicum — szepnęła, podnosząc rozsrożone oczy na Zakrzewskiego, który był się wychynął z ciżby i nagle dał w niej nurka.
— I plebs zaczyna się już animować ojczystemi sprawami — ostrożnie zauważył.
— Że tylko gdzieś, niby migdał w pierniku, widny w tem pospólstwie jakiś urodzony. Naturalnie, socyeta przykrzy sobie sejmowe deliberacye, przekłada ambasadorskie obrady i asamble z gamratkami. Co im znaczy ojczyzna! — Gorycz brzmiała w jej głosie i pełne usta drgały tłumionem cierpieniem.
Patrzył i nie pojmował tej gwałtownej przemiany, rozumiejąc ją uczynioną dla jakowegoś pozoru. Nie brał więc tego zbyt głęboko.
Przypudrowała spoconą twarz i orzeźwiwszy się wonnościami, wbiła w niego palące, dziwnie lube oczy i zaszeptała z naciskiem:
— Waszmość tu bawi imieniem skonfederowanych pułków?
Wytrzymał spojrzenie, pokazując tylko twarz zdumioną nad miarę.
— Niech się chłopuś nie trwoży, sekretu nie wydzieram — wsparła się na nim pieszczotliwie. — Jasiński już mi coś napomykał, więc jeśli zajdzie okoliczność, gotowam się i ja ważyć na wszystko. Ale pod waćpanową komendą — dodała czulej.
— Na Boga, tutaj pełno długich uszów, może indziej — błagał wystraszony.
— To nie ezekajże waszmość ceremonialnej inwitacyi a przychodź do mnie, kiedy tylko zapragniesz. Zawsze będę ci rada.
Jakiś zegar zaczął wybijać piątą i na ławach powstały nagłe rumory.
— Król idzie! uciszyć się, mości panowie, Król! — zagrzmiał huczący bas Rocha.
Stała się wyczekująca cisza i wszystkie oczy zawisły na czerwonych zasłonach.
Jakoż drzwi otwarły się szeroko, gwardyacy stanęli po bokach z karabinami u nogi. Król ukazał się w progu, a za nim następowało dwóch kadetów w paradnych strojach, strusich pióropuszach i z obnażonemi szpadami.
Król szedł wolno, powłócząc ociężałemi oczyma po chylących się kornie przed Majestatem; głowę miał całą w siwych, utrefionych puklach, twarz białą, jakby nieco obrzękłą, nos wielce foremny, wargi uczerwienione i postać dorodną.
Był przybrany w codzienny mundur granatowy z czerwonymi obszlegami, białe pantaliony, pończochy i trzewiki ze złotemi sprzączkami. Koronkowe żaboty burzyły mu się na piersiach, jakby pianą, połyskującą dyamentowemi spięciami, a przez białą kamizelę szła skośnie czerwona, orderowa wstęga; lewą rękę wspierał na złotej rękojeści szpady, a w prawej trzymał rękawiczki.
Miał chód jakby lękliwy i niepewny, spojrzenia badające, a w każdem poruszeniu czujną dbałość o swoją prezencyę i majestat.
Zasiadł swobodnie na wyzłoconem krześle. Kadeci, pochowawszy szpady, przystanęli z boku, sekretarz przyniósł czerwoną tekę, od której kluczyk król nosił przy dewizce, a lokaj położył przy nim na stoliku chustkę i tabakierkę.
Pierwsi przystąpili biskupi, jeszcze czerwoni po niedawnych libacyach u Sieversa, z jakiemiś relacyami, przyczem Massalski tak się krztusił od śmiechu, aż mu drygała sutanna na tłustych bokach, zaś Kossakowski uśmiechał się kwaskowato, wodząc znudzonym wzrokiem po izbie.
Wielki kanclerz oraz marszałkowie, koronny, litewski i sejmowy, stanęli nieco na stronie, wyczekując swojej kolei.
Posłowie wzięli swoje miejsca, ściszone zaś galerye jakby skamieniały, że nad balustradami czerniały nieruchome, spiętrzone groble głów i oczów, trwożnie wpatrzonych w senatorów i króla.
Zaręba miał go naprzeciw i orlemi oczyma wpijał się w niego, jakby usiłując zedrzeć tę dobroduszną i mamiącą maskę oblicza i zajrzeć do wnętrza duszy, lecz widział tylko jego zwiędły uśmiech, jakby zrodzony z oschłej próżni serca, mętne, wyuczone spojrzenia i sztucznie przybrany pozór dostojności.
— Trup człowieczy, pomalowany na króla! — myślał, rozdrażniony jego widokiem. — Żywa kukła! Rycerz, rozumiejący tylko kapitulacye! Hetman narodu, jurgieltowany przez jego śmiertelnych wrogów! król gamratek! — szeptał w nim coraz potężniejszy głos straszliwego wstydu i żalów bezbrzeżnych. — Koroną ci zapłacili za pozwolenie pierwszego rozbioru, a czemże ci teraz zapłacą, rakarzu, czem? — wołał do niego ranami swej duszy i wraz stanęły mu w pamięci wszystkie nieszczęścia i krzywdy narodu, wszystka hańba i poniżenie, jakby te poćwiertowane części Rzeczypospolitej, spływające żywą krwią, przemówiły w nim teraz wielkim głosem, który mu przeszywał serce mieczami rozdzierających skarg, że porwał go straszliwy gniew i nie mogąc już znieść okropnej zgryzoty, zagadał gorączkowo do podkomorzyny:
— Widziałem jak królewska głowa leciała z pod noża gilotyny, a kat ją pochwycił za włosy i pokazywał ludowi.
Był prawie siny ze wzburzenia.
— Co waćpanu się stało? Możeś chory? — pytała przerażona, nie pojmując zgoła jego słów bezładnych, ni dziko rozgorzałych oczu.
— Wyjdźmy na powietrze, upał musi waści uderzać do głowy — kłopotała się poczciwie jego stanem, rzeźwiąc jakiemiś solami.
Uspokoił się nieco, ale wyjść nie chciał i po chwili znowu się pogrążył w otchłań żrących dumań. Przegarniał zimnemi oczyma głowy senatorów, posłów i dygnitarzów, niektóre ważył długo, inne jakby odkładał na stronę, ale w większość bił ciężkiem, jak topór katowski, słowem: winien!
I rzucał je w myśli do kosza, ociekające krwią, na białe trociny.
Naraz trysnęła w nim jakaś myśl oślepiająca, niby błyskawica:
»Wszyscy są winni«!
Jakby grom uderzył w niego, ale nie ugiął się pod ciosem i myślał nieubłaganie:
— Wszędzie ruina, zgniłość, prywata; wszędzie zatracenie i ostateczna zaguba. Grzęzawisko wiecznej hańby, występków i podłości! Przekleństwo dzieciom, zaprzedającym w kajdany matkę rodzoną, przekleństwo!
Ale przypadł jakby na kolana przed zakrytem obliczem doli nieubłaganej i zażebrał całą głębią zbolałej i miłującej duszy o ratunek.
Na galeryach wraz zaszemrały jakieś szepty i tam poniosły się jego smutne oczy, między wynędzniałe twarze, rozczochane łby, grube rysy i prostackie postacie pospólstwa. Ważył się przez chwilę nad niemi, jak orzeł, nim uderzy na stado, lecz porwał mu duszę jakiś wicher i poniósł na nieogarnione obszary, na wsie i miasta, pomiędzy mrowiące się rzesze, wdeptane w ziemię przemocą i wiecznie głodujące, wiecznie krzywdzone i wiecznie niewolne, a zaledwie kształtem plemieniu ludzkiemu podobne.
— Do broni! Do broni! — huczał głosem, nabrzmiałym rozpaczą.
I z trwogą oczekiwał na odzew, czy posłyszą? czy zrozumieją? czy zechcą?
Wszak tylko domem niewoli jest im ta ginąca ojczyzna!
Mogąż dawać żywoty na zratowanie kajdan i przemocy?
— Waszmość się uwziąłeś, aby mnie trwożyć posępnością — żaliła się podkomorzyna, zazierając mu czule w oczy.
— Naszły mnie takowe imaginacye, że nie mogę sobie dać rady.
— Trzeba się z nich wyspowiadać, ja waćpanu nie poskąpię rozgrzeszenia.
Nie przyszło już do wyznań ni czułych absolucyi, gdyż właśnie marszałek sejmowy, Bieliński, trzykrotnem uderzeniem laską otworzył posiedzenie i czyniąc zadość regulaminowi, a głównie Sieversowym nakazom, zwrócił się surowo do arbitrów, zalegających galerye.
— Mości państwo, proszę na ustęp!
A chociaż i gruby Roch w niebieskiej kapocie ze złotymi szamerunkami, postukując laską okutą srebrem, powtarzał groźnie toż samo, nikt się nie kwapił.
Tęgoborski, sekretarz sejmowy, odczytał doniosłym głosem raptularz spraw, aktualnie idących na deliberacye.
Zaraz po nim marszałek zagaił sesyę od wprowadzenia materyi pruskiej; o plenipotencyę dla delegacyi, traktować mającej z Buchholtzem, jeśli takową chcą mieć Stany czytaną, zapytywał.
— Nie! Precz z plenipotencyą! Nie potrzeba! Nie pozwolim! Nie chcemy!
Podniosły się gwałtowne protesty z ław poselskich, a galerye skwapliwie zawtórowały tupaniem i wrzaskiem.
Kanclerz koronny, Sułkowski, podniósł się wtedy ze swojego miejsca w blizkości króla i jął przekładać skrzekliwym głosem, jako plenipotencya, ułożona wedle woli Stanów, już leży w rękach biskupa Massalskiego. Kopię jej w pełnem brzmieniu zlecił czytać sekretarzowi.
Ale znowu wybuchnęły hałasy, kilkunastu posłów natarczywie dopominało się głosu, a galerye czyniły srogi tumult, niedopuszczając czytania Tęgoborskiemu, który raz po raz wstawał i zaczynał, ale nadaremnie.
— Za chwilę rozgonią nas bagnetami — stropił się Zaręba, patrząc ku drzwiom.
— Przeciw królowi pruskiemu wolno powstawać, ale spróbuj-no waszmość uczynić to samo na aliantów! — szeptała z poza wachlarza.
Marszałek bił laską w stół, aż huczało, król marszczył brwi, senatorowie się niecierpliwili, ale dopiero gdy zabrał głos Karski-Płocki, przycichło nagle.
Po nim mówił Skarzyński-Łomżyński; mówił i Krasnodębski-Liwski, a wszyscy na jeden tenor: że zlecenie Stanów chciało mieć plenipotencyę w projekcie przez kanclerzów przyniesioną, nie zaś już determinowaną.
— Wadzą się o puste słowa — niecierpliwił się Zaręba.
— Chodzi o przewleczenie sprawy, a nie o jej decydowanie — odrzekła, bijąc brawa Krasnodębskiemu, a za nią, jak na komendę, zaklaskali ławą arbitrzy.
— A teraz waszmość pilnie słuchaj — ostrzegła, patrząc przez lornetkę.
Wystąpił bowiem Gostkowski-Ciechanowski, mąż lat średnich, chuderlawej postaci, ubrany w mazowiecki kontusz ciemno-szafirowy i żupan barwy słomkowej; czuprynę miał podgoloną, twarz ściągłą i opiekłą, oczy niebieskie i jasne wąsy przycięte nad wargą.
Zaczął z miejsca przyganiać w tej plenipotencyi opuszczenie artykułów nieustępowania królowi pruskiemu Torunia i Gdańska.
— I ani jednej piędzi polskiej ziemi, ani jednego kamienia z Torunia i Gdańska! — powtórzył z mocą Gostkowski. — Gwałt, podłość i intryga chcą podać, w kajdany całą Rzeczpospolitą! Królu Miłościwy! Najjaśniejsze Stany — wołał głosem nabrzmiałym troską serdeczną — nie przykładajcież się do rozmnażania jęków i krzywd współbraci, nie dawajcież tryumfu gwałtowi a zdradzie, by jeszcze w późne wieki nie powiedziano, jakobyśmy dobrowolnie, z gnuśności jeno, z podłej bojaźni a sromotnego kunktatorstwa ulegli pod jarzmo.
Król pruski z lisią układnością i z kłamliwemi przysięgi mienił się być naszym aliantem i przyjacielem, a pierwszy nas haniebnie zdradził.
Niema być układów z takim przeniewiercą! Niema być żadnych paktów! Bowiem nie paktuje się ze wściekłym psem, któren kąsa i roznosi zarazę, a kto jeno żyw, chwyta, co mu w garść wpadnie, kamień, żelazo czy kół z płota, i bije, bije, póki pary we wrogu, bije na śmierć! — zakończył.
Zerwała się burza aplauzów i galerye aż dygotały od wrzawy i krzyków.
— Nie paktować! Bić pludraków! Precz z Prusakiem!
Nienawiść buchała ze wszystkich serc i gniew zatrząsł całą powszechnością na przypomnienie pruskich przysiąg i pruskiego wiarołomstwa.
Marszałek, nie mogąc uspokoić hałasów dzwonieniem ni głosem, zawiesił posiedzenie i opuścił swoje miejsce, król również skrył się za czerwonemi zasłonami, a wtedy drzwi, wiodące na galerye, otworzyły się z trzaskiem, zadudniały ciężkie stąpania żołnierzy i błysnął las bagnetów nizko pochylonych.
Jegrzy w mig oczyścili balkony z rozwrzeszczanych tłumów, pozostawiając jeno damy, swoich oficyerów i Rocha schrypniętego od nawoływań.
Zaręba, porwany skłębioną ciżbą uciekających przed bagnetami, ani spostrzegł, kiedy się znalazł na zamkowym dziedzińcu.
Właśnie był porządkował srodze zmiętoszony fraczek, rozmyślając, jakby się z powrotem dostać do podkomorzyny, gdy Nowakowski wpadł na niego.
— Szukam cię. Możemy jechać do domu. — Był zły i wzburzony.
— Czy król już solwował sesyę na poniedziałek?
— Jeszcze nie, ale nic tam dzisiaj godnego uwagi nie będzie.
Siedli do powozu, czekającego na placu, konie ruszyły z kopyta.
Mrok się już słał nad miastem, jeszcze tylko gdzieniegdzie świeciły krzyże kościołów i na niebie leżały złociste zatoki. Chłód zawiewał z pól, po wzgórzach błyszczały ognie biwaków, po zaułkach porykiwały krowy i trzęsły się gęsie gęgoty. Ulice były już prawie puste, tylko po rogach i placach przybywało wart i konnych patrolów.
— Słyszałeś tego ciechanowskiego mądrala? — ozwał się Nowakowski.
— Dobry gracz, wiedział, czem trafić do czułości. Porwał nawet posłów.
— Mów takim do rozumu, to ziewają, ale praw im duby smalone o świętej źrenicy wolności szlacheckiej, excytuj bajędą o równości z królami, wypominaj Aleksandrów Macedońskich, sadź co dwa słowa cnota, co trzy honor, co pięć służba powszechności, co dziesięć Najjaśniejsze Stany, a wydzieraj się przytem ze wszystkiej mocy, machaj rękoma, jak wiatrak, to się w końcu z czułości popłaczą i gotowi cię nawet porwać na ręce a ogłosić zbawcą ojczyzny.
Zaręba milczał, siląc się na odgadnięcie powodów jego irytacyi.
— Ale niech Bóg broni polegać na ich zapale, bo co dzisiaj uchwalą, jutro gotowi obalać i każdy sprzeciw zaraz mienią być zdradą lub głupotą.
Pomilczał jakąś chwilę, gdyż jechali przez strasznie wyboisty kawał bruku.
— I znowu się odwlecze traktowanie z Buchholtzem — szepnął z goryczą. — Będą czekali, aż Möllendorff zagarnie Warszawę i wtedy dopiero podniosą żałosne larum.
Snadź pojął przyczyny jego wzburzenia Zaręba i ozwał się pocieszająco:
— Tego Igelström nie dopuści, sądzi ją bowiem już Imperatorowej.
Stanęli przed piętrowym domem. Z otwartych okien biły światła i gwary.
Pachoł, srodze skołtuniony i w porwanej liberyi, trzymał straż w ciemnej i na przestrzał wywartej bramie, ale wnet się znalazł czarno ubrany kamerdyner Francuz z zapalonym kandelabrem i gnąc się uniżenie, prowadził schodami, krytymi dywanem, gdzieś na tyły domu.
— Dużo osób? — rzucił Nowakowski, wchodząc do niewielkiej komnaty.
— Cztery stoliki lombra i faraon. Reszta w salonie.
— Daruj, muszę się przebrać, dość mi tej maskarady! — wskazał na swój kontusz i zniknął w przyległej bokówce.
Zaręba ciekawie rozglądał się po komnacie, która służyła za kancelaryę i zarazem była jakby składem kufrów tęgo okutych, zamczystych puzder, stojących na stołach, uprzęży zwalonej w kąty i różnobarwnej liberyi, wiszącej na ścianach. Nie brakowało też łóżek składanych i jakichś parawanów.
Wszedł Nowakowski już w modnym, rudawym fraku, w pończochach i płytkich trzewikach; kamerdyner, z miną wyniosłą, obwinął mu szyję w białą chustkę i podawszy tabakierkę, stanął dostojnie na uboczu.
— Nabyłem go wraz z meblami po regimentarzu Stępkowskim — pysznił się półgłosem. — Pono jakiś »de« czy nawet coś więcej, wypędzony przez rewolucyę. Książę Cycyanow dawał mi za jego odstąpienie czwórkę anglezów z uprzężą.
— Ciekawym tej książęcej mości — uśmiechnął się drwiąco.
— Trzeba ci jednak zapamiętać, że książę jest w serdecznej komitywie ze starszym Zubowem, aktualnym faworytem.
Wziął go pod ramię i poszli krętymi korytarzami. Francuz oświecał im drogę kandelabrem.
— Imaginujesz, co to za polityczna persona? — szepnął ciszej, jakby pod sekretem. — Jesteśmy w takiej konfidencyi, że zwierzył mi się ze swoich ciężkich terminów miłosnych.
— Jeszcze się nie pogodził z szambelanową? — spytał podstępnie.
— Ależ ona go nie chce widzieć na oczy, odsyła mu nierozpieczętowane listy, droży się, niby królowa, a on poprostu szaleje z rozpaczy. Wiesz, błysnęła mi jenialna myśl: pomóż mu w tych tarapatach.
— I w jakiż sposób? — pojął w lot, do czego tamten zmierza.
— Gdybyś jej, jako blizki kuzyn, przy okoliczności jakiej przełożył, że pogodzenie się z nim jest pożądane nawet dla dobra kraju.
— Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza! — śmiał się Zaręba.
— A daję ci parol, że mówię seryo. Nie zapominaj, Petersburg patrzy na nas jego oczyma. Jego życzliwe relacye mogą tam bardzo wiele zaważyć. I tobie zdałaby się protekcya takiego potentata. On jest na śmierć zadurzony w szambelanowej i umiałby ci się wywdzięczyć za przysługę. Wierz mi, możny przyjaciel i opiekun to dla chudopachołka prawdziwa fortuna. Kiedyśmy weszli na te materye, to ci powiem, że przyjeżdża młodszy Zubow.
— Czy to aspirant na przyszłego faworyta?
— Polityczne racye zmuszają nas do wyprawienia balu na jego cześć. Hrabia Ankwicz z hetmanem Kossakowskim już się koło tego krzątają. Dwadzieścia pięć dusiów od osoby, socyeta wybrana i co najpiękniejsze damy. Odmówiłem już wielu, ale ciebie mogę zapisać.
— I owszem. Na psiem weselu czasem najlepiej używają drużbowie — drwił.
— Wszystko musi być w najprzedniejszym guście, a zwłaszcza damy! Zubow powinien wywieźć z Polski czułe wspomnienia. Nawet i z tego powodu chciałbym zgody księcia z szambelanową. Uświetniłaby zabawę, pojmujesz?
Tak pojmował, że byłby go chętnie trzasnął w rudy pysk, ale tylko się uśmiechnął i na przekór własnym uczuciom, obiecał pogodzić tę powaśnioną parę.
— Niech się kochają dla dobra kraju! Niech się miłują! — mówił, pastwiąc się z dziką zawziętością nad własnem sercem. — Spróbuję jej przełożyć.
Weszli do salonu, wspaniale umeblowanego i pełnego świateł.
Pani domu w czerwonej dezabilce spoczywała w głębokim wolterze, z białym pieskiem na łonie, z balsaminką złotą w ręku, z której wciąż wdychała wonności, a w otoczeniu paru młodzieńców, przybranych najmodniej w jednakie fraczki cynamonowego koloru, w obcisłe pantalony do kostek, z kapeluszami na kolanach i grubemi trzcinami w rękach. Było ich trzech; mieli twarze, jak świeżo upieczone bułeczki, jasne kędziory, pozwijane dokoła głów, jak rulony, wypełzłe oczy, zawadyackie miny i wszyscy zwali się Krotowscy, jednej matki syny, jednego dyrektora światli wychowańce i jedynych dwudziestu dusz chłopskich dziedzice. Ale snadź rozpowiadali wesoło sprawy, skoro pani pękała ze śmiechu i podawszy Zarębie rękę do pocałowania, nawet na niego nie spojrzała.
Dama była, jak źrała węgierka, co to najsłodsza, gdy ją nieco owarzą chłody pierwszej jesieni, piękna jeszcze i wabna. Miała muszki na wybielonej twarzy, oczy palące, głowę w lokach, poskręcanych jak wyłuskane czarne strąki, niezgłębiony dekolt, głos schrypnięty i nieustannie oblizywała wargi tłustym językiem; w salonie mówiła tylko po francusku, uwielbiała Rousseau’a, jeździła z oswojonym barankiem, marzyła tkliwie o sielskiem życiu na zielonych riważach pod słomianą strzechą szomierek, a tymczasem wypróbowywała wierność berżerków i w domu klęła, jak dziad odpustowy, biła służbę, nie gardząc przytem anyżówką i egipskim sennikiem.
Nowakowski zakręcił się i poszedł do sąsiednich pokojów, gdzie co chwila wybuchały swarliwe rozprawy graczów, a jakiś stary kontuszowy jegomość zaopiekował się Zarębą i po paru minutach już mu się zwierzał serdecznie:
— A ja waści uręczam, że wszystko już przepadło. Niema już Litwy, niema Rusi, niema Korony, a jedyne zbawienie we wspaniałomyślnej ludzkości Imperatorowej. Kalkulowałem tak i owak, a wychodzi jedno, że tylko...
Lokaj zameldował Cycyanowa, przyjętego uroczyście i z takimi honorami, że nawet pani domu powstała na powitanie.
Nowakowski coś z nim długo rozmawiał na stronie, aż książę, wielce osowiały, znacznie się ożywił, podał łaskawie rękę Zarębie i ukontentowawszy go paru miłemi słowami, zasiadł do kart.
Pani wróciła do fotelu, młodzieńcy do przerwanych dykteryjek, a Nowakowski przyjmował licznie napływających gości, tylko Zaręba błąkał się samotnie, nie wiedząc, co zrobić ze sobą; miał wprawdzie chęć do ucieczki, ale te rybie, białawe oczy Cycyanowa trzymały go jakby na uwięzi.
Przyglądał mu się z różnych stron i coraz nienawistniej medytował.
Trzy salony były już prawie zapchane; grano przy wielu stolikach; dym z lulek przysłonił wszystko sinawym obłokiem, z którego dobywały się nieustannie brzęki przesypywanego złota, nazwy wyrzucanych kart, cyfry, rozmowy o sejmie, przygodne anegdoty, ciche przekleństwa i przyzywania służby, uwijającej się w liberyach jakby na wyrost, z tacami pełnemi butelek.
— Wspomnisz waść, jako Srokowski ci to rzekł: wszystko przepadło!
Uciekł od tego kraczącego głosu i znowu przyglądał się księciu, to przysiadał do bocznych stołów, gdzie zabawiano się butelkami a politycznem deliberowaniem, nigdzie jednak nie mógł długo wytrzymać.
Mierziła go ta dziwna socyeta, złożona z jakichś podejrzanych person, moskiewskich oficyerów i znanych powszechnie opojów i szulerów, jak Podhorski, Łobarzewski, Józefowicz, z królem rozpustników na czele, Miączyńskim.
Przejmowali go nieuleczalnym wstrętem i nienawiścią.
Raziło go również to wspaniałe mieszkanie, mające w rzeczywistości pozór prawdziwego Pociejowa lub zajazdu, tak dostojne resztki z pałaców mieszały się z wywłokami i zdefektowaną hołotą.
Jął się wreszcie przemykać do wyjścia, gdy stanął przy nim książę i szepnął:
— Chciałbym z panem pomówić, ale w tem domiszku nie sposób.
— Możemy wyjść na ulicę.
Przejęło go nagłe drżenie.
— Jedź pan do mnie. Kwateruję przy sztabie na Horodnicy.
Wahał się jeszcze, ale wspomniawszy Jasińskiego nakazy, przystał.
Wyszli prawie niepostrzeżeni.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.