Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wonemi oczkami i zaśmiał się cynicznie. — Fortuna kołem się toczy, a kto w porę za szprychy złapie, tego wyniesie. Ja coś wiem o tem!
Znowu się zaśmiał.
Zaręba cierpiał prawdziwe męki, wstrzymując się od plunięcia w twarz temu rajfurowi, ale na szczęście wszedł Hłasko z Kaczanowskim, więc porwał się ich prezentować.
— Nowakowski! Ależ my się znamy, jak łyse kobyły! — huknął Kaczanowski.
— Tak, w istocie, przypominam sobie waćpana gdzieś ze świata — bąkał lodowato, spiesznie zbierając kapelusz, laskę i rękawiczki. Trzymał go przy tem oczyma na taki dystans, że kapitan zapomniał języka. — Ad videndum, mości panowie! Bardzo żałuję! — pożegnał ich łaskawie.
Zaręba wyprowadził go przed dom.
— Mieszkam w pałacu hetmana Rzewuskiego; przychodź do nas na obiady: poznasz ciekawą i wesołą kompanię. A względem twoich zamysłów, to sam ci napiszę suplikę. Ale, dawno znasz Kaczanowskiego?
— Poznałem go dzisiejszej nocy.
— Trzymaj się od niego zdaleka, to łgarz i oczajdusza — ostrzegał z naciskiem, wdrapując się na karyolkę. Wziął lejce od sztywnego żokiejsa w czerwonym fraku, cmoknął na konie, kiwnął głową i pojechał, kolebiąc się na wybojach.
— A to mnie cymbał splantował! — wyrzekał Kaczanowski — szarpiąc wąsy ze srogiej konfuzyi. — A wynosi się taka kauzyperda, niby ważna persona.