Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiepski barszcz bez rury! Udam, jako sam chcę przystać do Rosyan.
— Fortel grzeczny, tylko niech cię naprawdę nie capną i nie popędzą...
— Zje dyabła psia mać, jak mnie w pole wyprowadzi.
— I weź się do tego zaraz!
Wysoka kanarkowa karyolka, zaprzężona w angielskie dryblasy, zaturkotała pod oknami. Kacper wypadł przed dom i wrócił z biletem.
— Nowakowski! Ależ proś! proś! — wołał Sewer, oglądając ironicznie bilet, na którym w otoku czerwonych ornamentów czerniało nazwisko i trzy wiersze tytułów.
Po chwili wpadł wystrojony jegomość w szpiczastym kapeluszu i w szpiczastym, rudym fraku, pobrzękując pieczątkami i dewizkami, na łóżko rzucił kapelusz, laskę na stół, rękawiczki pod piec, rozłożył ręce i sam się rzucił w objęcia Zaręby.
— Jakże się masz? Ledwiem cię odszukał! Co się z tobą stało na balu?
— Nudziłem się, jak pies na teatrum i wcześniej wyszedłem.
— Nie zrobiłem tego i żałuję. Woyna obłupił mnie do ostatniego dukata. Dziwnie i wyjątkowo sprzyjała mu fortuna.
Taki szczególny uśmiech zaigrał mu na szpiczastej twarzy, że Zaręba poczuł chęć wyrzucenia go za drzwi, ale tylko zauważył rubasznie:
— Nie graj Wojtek, nie przegrasz... obertelka.