Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ani się waż z tem wyznać przed ojcem! Ja w tem, żebyś był wolny.
Kacper schylił się do jego ręki, ale Zaręba nie pozwolił się pocałować.
— Nie opuszczę cię w każdej potrzebie, bądź pewien.
— Ale pan porucznik pozwoli zapytać, czy w ostatnim liście z domu nie stało czego o mojej matce lub o pannie Dosi?
— Tum cię czekał! Ho! ho! panny Dosi ci się zachciewa! Wysoko sięgasz!
Kacper, srodze zawstydzony, bąknął coś ni w pięć, ni w dziesięć.
— Nie zamiataj, jak liszka, bo i tak znać tropy! — zaśmiał się Zaręba, nabijając lulkę. — Już dosyć dawno nie miałem wiadomości z domu.
— Mógłbym skoczyć zasięgnąć języka — szepnął, podając ogień. — Wyrachowałem czas: za tydzień byłbym z nawrotem.
Ze drżeniem czekał odpowiedzi.
— Nie przyjechaliśmy tu balować. Zresztą mam dla ciebie ważną robotę.
— Słucham pana porucznika!
Sprężył się, chociaż żałość nim zatargała.
— Gdzieś za Niemnem jest karczma, w której naszych gemeinów z rozpuszczonych brygad łowią, jak barany. Karczma zwie się Tyzenhauzowska. Przewiedz się, czy dużo jest takich w Grodnie, gdzie się zbierają i dokąd ich werbownicy pędzą? Nie żałuj traktamentów.