Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i powędruje do domu. Jeszcze co kiedy po pijanemu naplecie niepotrzebnego.
— Niema strachu. On jest takiej natury, że jak sobie podchmieli, to już ani mrumru, a tylko cięgiem się śmieje! — powiadał, goląc sprawnie, niby cyrulik.
— Dobre chłopisko i wielka szkoda, że taki dusikufel.
Kacper, sprawiwszy się z pańskiem obliczem, przeodział Sewera w jedwabny, wiśniowej barwy chałat, suto przetykany złotem i podbity żółtą materyą, uprzątnął stół i podawszy ranną kawę, stanął z boku, wpatrzony w niego wiernemi, oddanemi oczyma. Chłopak był rosły i urodziwy, zielona kurta artyleryjska, tylko bez obszlegów, obciskała jego muskularną figurę.
— Długo tu będziemy popasali? — spytał nieśmiało, podsuwając garnuszek.
— Dokąd-że ci to już pilno?
— Tak dawno nie widziałem swoich! — westchnął, szczypiąc przycięte wąsy.
— Tęskno ci, widzę, do ekonomskich batów.
— Któżby śmiał mnie poniewierać? Żołnierz jestem, mam przecież krzyż od samego księcia! — Wyprostował się, duma zagrała mu w siwych oczach.
— Już pisałem do ojca, by ci dał wolność, ale z tem będą jeszcze kłopoty.
— Juści, starszy pan lubi robić na sprzeciw, twardy! Mogę się nawet okupić: nie przepiłem tego, co mi panowie oficyerowie nadawali pod Zieleńcami.