Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pocztą. Na przekładane i prosto z Warszawy.
— To im się należy wypoczynek. Trzeba mi się przybrać. A! — zawołał z uznaniem, spostrzegłszy na łóżku już przygotowaną bieliznę i garderobę. Tualetowy sepet stał otwarty na stole pod oknem, a Kacper brał się do rozrabiania mydła i wecował brzytwy.
— Cóż tam słychać? — rzucił, spiesznie się rozdziewając.
— Bułanka okulała. Kazałem ją zaraz z wieczora przekuć. Nie pomogło. Na szczęście, zajrzał rano do stajni jakiś Bernardym, kazał jej pęciny obwalić maścią; powiada, że do jutra nie będzie znaku.
— Opatrzyć bryki. W zielonej coś chrobotały szprychy. Nie uważałeś?
— Rozeschnięte koła. Już miękną w stawie.
— Cóż tam więcej? — Zarzucił na siebie pudermantel i zasiadł przed sepetem.
— Maciuś znowu się spił.
— Już zdążył? Z kimże sobie wygodził?
— O zmierzchu kręcili się tu jacyś, niby to się przepytując o kogoś, a ryje ich węszyły na wszystkie strony...
— Może jakoweś szpieguny?
— Jeden powiadał się handlarzem koni, przybrany był z waszecia — szeptał, sprawnie namydlając twarz pańską — drugi patrzał na żołnierza. Przepędziłem ich, ale Maciuś się z nimi zwąchał i poszli pod Bernardyńską wiechę. Spił się, jak nieboskie stworzenie.
— Na drugi raz weźmie pięćdziesiąt odlewanych