Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ze swoich stosunków i znaczenia. Zaręba słuchał, napół wierząc i w jakiemś miejscu mu przerwał:
— Cóż porabia ojcaszek? Jest jeszcze u hetmanowej?
— Teraz już siedzi na swoim kawale ziemi — odpowiedział nie skonfundowany pytaniem. — Ale z tobą, widzę, jakoś kuso! — zmienił przedmiot rozmowy, rozglądając się po izbie.
— Po żołniersku! Szablą nie dobiję się kluczów!
— A pan miecznik po dawnemu mieszka z rąk nie popuszcza?
— Zgadłeś! — potwierdził i jął rozpowiadać o swoich nadziejach na odzyskanie utraconej szarży.
— Będzie ciężko! Redukcya wojsk jakby już postanowiona, więc na każdy vacat w pozostających pułkach wisi po stu aspirantów.
— To zła moja sprawa!
— Projekt złożony do laski, lada dzień będzie deliberowany i znajdzie większość. — Naraz zniżył głos: — Petersburg go popiera i żąda przyjęcia jeszcze przed traktowaniem z Prusami. A i wyższa racya nakazuje zrobić to czemprędzej dla powszechnej przezpieczności. Już i tak dochodzą słuchy, że poniektóre brygady zamyślają o konfederacyi. O to właśnie chodzi, żeby do takowych zamysłów nie dopuścić — wykładał z głębokiem namaszczeniem.
— Gdybyś mi jednak nie odmówił protekcyi! — prosił, puszczając mimo uszu.
— Dla przyjaciela i syna mojego dobrodzieja zrobię, co mogę, chociaż, czy moje zabiegi wezmą skutek,