Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na lewo do miasta, zaś na prawo w pola i cyrkuluje do Horodnicy.
— Basta! Zmykaj, bracie! — zwrócił się do Zaręby. — Rekognoskuję, zali mamy zapewniony odwrót. Rezolutny chłopak, ale czy pewny?
— Jak własna dusza. Mój to brat mleczny i towarzysz nieodstępny, przytem żołnierz przedni; w obronie harmat wziął rany i nagrodzon krzyżem.
— Tak mężnie stawał? Proszę, że to w chamie taka kawalerska fantazya.
— Sam książę go aplauzował. Święcie godzien nobilitacyi.
— Skoro własną krwią wypisał sobie indygenat, Stany muszą potwierdzić.
— Wkrótce każdy będzie szlachcicem z województwa Chłopskiego z ziemi Chamskiej i herbu pieczona rzepa na złamanym patyku — mruknął Hłasko.
— W obronie ojczyzny wszyscy mają prawo do równych zasług.
— Nie neguję, ale tak spada w cenie klejnot szlachecki, że niezadługo będą go dawali każdemu, któren się chociaż wywiedzie z pocałowania królewskiego konia w ogon — burczał zagniewany.
Kaczanowski się roześmiał, ale Zaręba skoczył zaperzony i jął zapalczywie i prędko mówić:
— Waszmość jest przeciwny zrównaniu stanów i sprawiedliwości?
— Nie, jeno w praktyce wolałbym się nie doczekać owych rajów powszechnych.