Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Józef!... Prawdziwa perła!... Gdzież ten cymbał? Józef!
Wpadł wylękniony mniszek i pokornie stanął za krzesłem przeorskiem.
— Gdzieżeś się wałęsał? Poproś ojca Serafina.
Braciszek, wychodząc, dmuchał swawolnie w klatki, poustawiane pod ścianą na długich stołach. Podniósł się wrzask niemały i pisk.
— Skaranie Boskie z temi lactansami! Psie figle im tylko w głowie, a do służby i brewiarza nawet kijem nie napędzisz — wyrzekł przeor i usypawszy na stole długą grobelkę ziarna i okruchów chleba, zagwizdał przeciągle.
Ptaki cicho spłynęły na brzegi stołu, ważąc się na skrzydłach i trzepocząc.
— Nie rusz! Czekać! Baczność! — zawołał, odsuwając się nieco.
Ptaszki cisnęły się w szeregi, wszystkie dzioby podniosły się jakby do ataku.
— Naprzód! krokiem! krokiem! Stój! Cel! Pal! — grzmiała komenda, na którą stado rzuciło się na ziarno w karnym ordynku i jęło zawzięcie młócić.
Przeor aż się trząsł od śmiechu, wycierał spoconą twarz i obchodząc stół, głaskał po skrzydełkach, całował niektóre i pieścił, nie przestając ani na chwilę burczeć, strofować i grozić chusteczką.
— Zwolna, bratkowie, zwolna! Jadło nie ucieknie! A to zatkasz się, chamie jeden, i co? Znowu będę cię lekował! Panie Kosowski, nie tratuj drugich, bo weźmiesz po skórze! A cóż to, panno Skowrońska? Mama cię