Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pod filarami tuliły się oberwane świtki, lipowe łapcie i pospólstwo. A gdy jakowyś dziadyga, postukując kulami, parł się naprzód, podtykając pod nosy klęczących żebraczą miseczkę, przeor zmarszczył groźnie czoło i dziw go nie sklął. Niecierpliwiły go też swarliwe, chociaż ściszone, rozmowy mnichów, którzy wraz z chłopiętami, przybranemi po bernardyńsku, stroili wielki ołtarz w kwiaty i dywany. Zdał się być cały w gorączce czekania i daremnych nasłuchiwań.
— Nie — szeptał Jasiński, pochylony nad rozłożonym modlitewnikiem. — Mówił mi Tęgoborski, sekretarz sejmowy, jako dzisiejsza sesya będzie salwowana na jutro. Muszą pierwej wygotować plenipotencyę dla delegacyi, mającej traktować z Buchholtzem. A przytem Sievers leży w łóżku po wczorajszych fetowaniach. Inni też radzi odpoczną.
Zaręba, wsparty łokciami o ławkę i z twarzą ukrytą w dłoniach, słuchał chciwie.
— Dostałem pilną pocztę z Wilna i muszę zaraz wyjechać. Powrócę za parę dni.
Zabrzęczały jazgotliwie dzwonki, rozległy się przeciągłe westchnienia, i wszyscy pochylili się ku ziemi. Rozpoczęło się podniesienie.
Jasiński przyklęknął, podsuwając równocześnie Zarębie jakiś szary sekstern.
— »Wyjątki z dzieł chińskiego filozofa Good« — zaszeptał ledwie dosłyszalnie.
Dopiero gdy ścichły rzegoty dzwonień, a organy ciągnęły dalej swoją przejmującą modlitwę, Jasiński, przysunąwszy się jeszcze bliżej, zaszeptał: