Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jedziesz prosto z Paryża? — zaszeptał jeszcze ciszej.
— Zbaczałem tylko na Lipsk i Drezno.
— Zali rewolucya tak straszna, jak o niej piszą?
— Jak odwet, zemsta i zbrodnia. Ale zarazem jak konieczność.
— I mniemasz... — przerwał, obserwując te strzygące uszy.
— Że i w Polsce topór winien mieć nielada pracę.
— Zdasz mi potem obszerną relacyę. — Powstał, zabierając się do wyjścia. — Ale zjawi się u ciebie ktoś, pokaże znak, to mu zawierz. Świadom naszych poczt i komunikacyi z komendami. Nie przepomnij o Cycyanowie!
Zaręba siedział, ogłuszony jeszcze tym dziwnym nakazem.
— Rozkaz — słuchać trzeba! — zadecydował wreszcie prosto i po żołniersku. Poczuł naraz głęboką ulgę, pod którą krzewiła się cicha, tajona radość. — To ten, o którym plotkowały owe damy! Prawie jej domowy! Czuły konfident! — rozmyślał, ale już z czołem zmarszczonem i żądłem w sercu. — I każą mi z nim zawrzeć znajomość? A dobrze! Będę rad z przyjacielstwa! Może się mu czem przysłużę! A dobrze! — snuł z jakimś jeszcze ciemnym zamysłem zemsty.
I w tych przeróżnych medytacyach ani spostrzegł, jak się msza skończyła. Ocknął się dopiero, gdy ścichły organy i powstał rumor ustawianych krzeseł przed wielkim ołtarzem. Słychać było powozy, zajeżdżajace przed