Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kruchtę i szum jedwabiów po kościele. Liberya, odpędzając cisnące się pospólstwo, nakrywała kobierczykami ławki, to niosła poduszki, szale i książki do nabożeństwa. Jakieś wystrojone damy i panowie zajmowali miejsca w prezbiteryum, na krzesłach, ustawionych w półkole, niby na teatrum. Migotały lornetki, częstowano się tabaką i cukierkami, zapach perfum roznosił się, niby z trybularzy. Jakiś czarniawy, piękny mnich wdzięczył się białymi zębami, podsuwając damom kropielnicę i pobrzękując skarboną. Robił się asambl, pełen francuskich szczebiotów i dyskretnych uśmieszków, miarkowanych wachlarzami. Przycichło nieco, gdy biskup Skarszewski wyszedł ze mszą, ale nie ustały brzęczeć lotne słówka, ni przygasły wyzywające spojrzenia podczernionych oczów. Liberya, stłoczona przy wielkich drzwiach, również sobie folgowała, strojąc nieprzystojne żarty z dziadów, zalegających kruchtę, a tak kpinkując pomiędzy sobą, że często gęsto jakieś grube słowo sięgało aż do socyety i ołtarza.
Zaręba, wybrawszy stosowną porę, wysunął się z ławki i poszedł przez klasztor, ale już w pierwszym korytarzu czyhał na niego przeor i prawie gwałtem zaciągnął do swojej celi.
— Tylko na minutkę, na jeden paciorek, aniele mój złoty! — wołał, obejmując go wpół. — Siadajże waszmość! Józef, daj fotel! No i cóżeście uradzili?
Ale Zaręba nie mógł odrzec ni słowa, gdyż w ogromnej, sklepionej celi powstał niesłychany wrzask, pisk i trzepoty. Zerwały się całe stada kanarków, kosów, zięb i skowronków, jęły fruwać nad przeorem i ze