Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Aniele mój złoty, każdy błazen swoim strojem! — odparł markotnie przeor.
Zaręba patrzał ciekawie na spokorniałą twarz mnicha i po wyjściu przeora, przystąpił do niego z wyciągniętą ręką.
— Ksiądz przeor wielce mi ojca polecał.
— Wiem już, o co chodzi. Dawno łaknę pociągnąć świeżego powietrza! Ochotnie pójdę pod komendę — mówił prędko, podnosząc na niego niebieskie, bystre oczy.
Był straszliwie chudy i mógł mieć lat pięćdziesiąt albo trzydzieści. Chodził przygarbiony i habit wisiał na nim, jakby na szaragach; głowę miał krótką, kwadratową, poszytą żółtym, szczecinowatym włosem, czoło wyniosłe i dziwnie białe, nochal drapieżnie zakrzywiony, usta od ucha do ucha, dolną szczękę wystającą i twarz gęsto upstrzoną cynamonowymi piegami.
— Niech ojciec zajrzy do mnie na kwaterę, to pogadamy.
Na odpowiedź mnich pokazał pierścień i szepnął tajne słowa.
— Jakżem rad, bracie i towarzyszu! — wyrzekł Zaręba, ściskając go serdecznie.
— Imć Sołtan był moim ojcem chrzestnym...
— Czy przeor wie o tem?
— Nie zdawałem mu relacyi, bo szkoda balsamu do kapusty, a różanego olejku na buty — rzucił z przekąsem.
— Poczciwy to człowiek i wielce oddany sprawie.