Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jawki, bo nic tak skutecznie nie odciąga humorów. Siedzi tu niedaleko Kreybich, aptekarz.
— Zobaczycie. Słowo się rzekło. Zobaczycie!
I tak przekomarzając się, skręcili w miasto.
Ulice z powodu spiekoty i przypołudniowej godziny były prawie puste i jakby się gotowały w słońcu. Tu i owdzie w chudych cieniach domków wylegiwało się pospólstwo lub przemykał jakiś żyd w białych pończochach, pokłapując patynkami. Na rogach ważniejszych ulic i przejść stały zbrojne warty, zaś niekiedy przeciągały patrole kozackie, podnosząc tumany kurzawy.
— To przyjaciele, nie rób sobie waszmość apetytu — zaśmiał się Hłasko.
— Już znam smak alianckiego mięsa — odparł Zaręba, przyglądając się żołnierzom wilczym wzrokiem. — Ale chłopy rosłe, dobrane i moderunek mają prosto z igły.
— A najdziwniejsze, że wszystko płacą gotowym groszem — powiedział Kaczanowski.
— Tutaj, pod bokiem króla, stanów, obcych ambasadorów i na srogi przykaz z góry. Pojedź-no jednak waszmość za kordon, a napatrzysz się takim wiolencyom i uciemiężeniom, że ci włosy powstaną na głowie. Widziałem koło Kamieńca całe okolice, gdzie nawet zielone zboża były stratowane i wypasione, gdzie nie najdzie całej chałupy ni człowieka nie pokrzywdzonego na zdrowiu i majątku. Lud to dziwnie zajadły i łapczywy na cudze, zaś najgorsze, iż często niszczy nie z potrzeby, a jeno z jakowejś niezrozumiałej żądzy