Lili (Reymont)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Lili
Data wydania 1899
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Tadeusz Jaroszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Władysław Stanisław Reymont - Lili str 7.png
I.

— Ale co my teraz poczniemy ze sobą?
— Raz... dwa... trzy... Nie wiem, to już Józia głowa — odpowiedziała Korczewska, pochylając się nad szydełkową robótką. — Józio dobrze myśli o nas. Kończę te serwety, bo prezydentowa obiecała mi sprzedać. Raz... dwa... trzy... — liczyła po cichu i tak się zatopiła w robocie, że nie widziała wzburzenia Gałkowskiej, która prędko i niecierpliwie biegała po pokoju; tak niecierpliwie, aż wielka jasna peleryna, jaką miała na ramionach, fruwała za nią, wydęta i uderzała w twarz młodego chłopaka, siedzącego pod piecem.
— Jańciu! myśl-że co, przecież jesteś mężczyzną! — zawołała przyduszonym głosem, stając przed nim.
— Jestem mężczyzną, to się wie... a zaraz będę myśleć, tylko papierosa wypalę — odpowiedział drwiąco, puszczając jej w oczy kłęb dymu.
Gałkowska uderzyła go oczami i siadła obok Korczewskiej na koszu, okrytym dywanikiem z różnokolorowych skrawków.
— Zdaje mi się, że zrobiliśmy wielkie głupstwo, odchodząc od Stobińskiego. Korczyński mógł rozbić towarzystwo, bo państwo macie fundusze... macie protektorów... macie swoje plany...
— Mamy figę marynowaną. Pleć pani, pleć... raz... dwa... Mamy fundusze! Józio wczoraj zastawił futro! trzy... cztery...
— Ale cóż my zrobimy? My, którzy futer nie mamy do zastawienia! Cały tydzień już się nie gra! Wie pani, pisał dzisiaj Oleś do Jańcia, że onegdaj grali w Kole, spektakl był nabity; mieli w kasie ośmdziesiąt rubli! Ośmdziesiąt rubli! — powtórzyła z naciskiem. — Gdybyśmy byli razem, to mielibyśmy na markę najmniej po pół rubla — dodała z żalem.
— Jedź pani do nich, zaangażują panią z pocałowaniem ręki, weźmiesz wszystkie bohaterki... zagrasz po Lili wszystkie naiwne... — szeptała cicho, z drwiącym uśmieszkiem Korczewska, rozprostowując na kolanie skończone kółko.
— Pani tak mówisz, jakbym ja, Gałkowska, nie była aktorką na stanowisku, tylko pierwszą lepszą krowienturą!
— Ależ ja nic nie mówię! Niechże mnie Bóg broni, żebym co mówiła...
Gałkowska porwała się z kosza i znowu biegała po pokoju. Jej sinawa twarz, chuda i brzydka, obsypana pudrem, pokryła się mocnymi wypiekami irytacyi, a wielkie, wypłowiałe okrągłe oczy, silnie podczernione i otoczone dokoła całą siecią zmarszczek, zamgliły się łzami.
— Mieszkanie za cały miesiąc nie zapłacone, to mniejsza, ale jeść niema kupić za co, kredytu nie mamy już za grosz. Jańcio wczoraj sprzedał za parę groszy coś z laubzegi, ja dzisiaj zastawiłam salopę, a na jutro niema już ani co sprzedać, ani zastawić... I kto to wszystko znosi! kto tak cierpi! Ja, Gałkowska, aktorka na stanowisku! To już chyba koniec świata!
Oparła się o parapet i wsadziła twarz w okno, żeby ukryć łzy, które się jej gwałtem wydobywały z pod powiek, i to bolesne, rozpaczliwe łkanie, jakie wstrząsało całą jej chudą postacią. Patrzyła potem chwilę bezmyślnym wzrokiem w zaśnieżony, biały świat, aż jakieś postanowienie mocne ją poderwało z miejsca, bo się rzuciła na pokój i zawołała energicznie:
— Wiem, co robić! Jańciu! Chodźmy!
I szła przez pokój z majestatem Elżbiety, z Hrabiego Essexa, którą grywała. Jańcio niechętnie się podniósł i troskliwie obciągał bardzo delikatne, letnie palto, w którem chodził.
— Raz... dwa... Zaczekajcie. Józio zaraz przyjdzie. Mają się wszyscy zebrać, to się naradzimy, trzy... cztery... Grabiec pisał, że chciałby nas wszystkich angażować, a w każdym razie coś się postanowi. O, już ktoś idzie!...
Jakoż w tej chwili drzwi się otwarły, i z całą falą śniegu i wiatru, wpadła młoda dziewczyna, a za nią elegancki, przystojny mężczyzna.
— Dzień dobry! Jezus! taki śnieg! taki wiatr! tak zimno! Mam pełne buciki śniegu. Przechodząc koło apteki, spojrzałam na tego pigularza ryżego i bach... w całą kupę śniegu się przewróciłam. Pan Zakrzewski ledwie mnie wyciągnął — mówiła prędko, tupiąc nogami, otrzepując się ze śniegu, witając z kobietami i kręcąc się po pokoju, który napełniła wesołą wrzawą.
— Jańciu, puść mnie do pieca i nie patrz! Muszę zdjąć buciki! Ale i panu nie wolno... nie wolno... — zawołała do swojego towarzysza i zerwawszy się od pieca w jednym buciku tylko, odwróciła go plecami do siebie. Patrz pan na Gałkowską, ślicznie się dzisiaj zrobiła! Jańciu patrz w szydełko pani Korczewskiej! — wołała ze śmiechem, zdejmując drugi bucik, wysypała śnieg i oparła maleńkie nóżki w czarnych pończochach na ciepłych drzwiczkach, oglądając się przytem co chwila, czy kto nie patrzy.

— Ho! ho! Lili ma nowe futerko! Dobry »bębenek« z tego obywatela — dodała ciszej Gałkowska, oglądając dziewczynę z uwagą, pełną zazdrości.
Władysław Stanisław Reymont - Lili str 15.png

— Przerobione z mamy! — zawołała Lili wesoło i, spojrzawszy na Zakrzewskiego, który stał jak słup na środku pokoju, odwrócony do niej plecami, roześmiała się głośno; ogromne, błękitne oczy strzeliły niepohamowaną wesołością, włożyła szybko buciki, zerwała z głowy futrzany czarny kołpaczek i rzuciła nim w twarz Jańcia, który nieznacznie się jej przypatrywał i gryzł papierosa, poprawiła grzebyki w jasnych jak len, popielatych włosach, które niesfornymi kosmykami, nastroszone, puszyste, spadały jej na czoło, zakrywały skronie i jak popielate płomyki pełzały po białym karku, wychylającym się z zielonej sukiennej bluzki, ściśniętej paskiem w stanie.
Wytarła wilgotną od śniegu twarz i obciągała bardzo starannie bluzkę.
— Lili niema dzisiaj gorsetu! — szepnął Jańcio cynicznie.
— Łobuz! Dyrektorowo! niech on nie patrzy na mnie! — zawołała, rumieniąc się i osłaniając skrzyżowanemi rękami piersi, bo przez cienkie sukno rysowały się zbyt wyraziście. Korczewska roześmiała się, nie podnosząc oczów z nad kółka, a Gałkowska obejrzała ją przymrużonemi złośliwie oczami i rzuciła pobłażliwie:
— Nigdy nie wychodzi z roli naiwnej! Mascota! — dodała ciszej i urągliwiej.
Lili nie słuchała, okryła ramiona jakąś podartą chustką Korczewskiej i usiadła na koszu. Siedziała czas jakiś w milczeniu, tylko bujała zajadle nogami i biegała oczami po ścianach pokoju, malowanych w ordynarny niebieski deseń, po którym ściekały od sufitu brudno żółte smugi wilgoci, po łóżku, okrytem szydełkową kapą i stosem coraz mniejszych poduszeczek, przez których szydełkowe poszewki przeświecała purpura wsypek; wielki dywan, z różnokolorowych sukiennych kwadratów wisiał nad łóżkiem i stanowił tło dla obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i dla kilkunastu fotografii Korczewskiego w różnych rolach, oprawionych w laubzegowe ramki.
— Mieliście radzić, to radźcie, słucham! — zawołała niecierpliwie. — Zakrzewski, chodźno pan! Jakie pan ma włosy! ha! ha! — Śmiała się, bijąc piętami w kosz.
Zakrzewski przejrzał się w lusterku i zaczął śpiesznie przygładzać włosy.
— Chodź pan do mnie. Dawaj pan grzebień, prędko!
Zakrzewski usiadł obok niej, a ona, że było jej za wysoko, uklękła na koszu i zaczęła mu czesać włosy, obracając głowę na wszystkie strony.
— Raz... dwa... dobre dzieci... śliczne dzieci... — szepnęła Korczewska pobłażliwie.
— Scena z Wodewilu! Lili dobrze robi naiwną!
— Pilnuj pani lepiej swojego Jańcia, a nie moich ról! — odpowiedziała spokojnie dziewczyna, czesząc dalej.
— Pani się do mnie nie wtrącaj, ja jestem aktorka na stanowisku. Jańciu, przecież jesteś mężczyzną i pozwalasz krowientom ubliżać swojej siostrze!
— Jańciu! obrońże od apopleksyi żonę swojego brata! — zawołała ze śmiechem Lili — widząc ponsową z irytacyi twarz Gałkowskiej, która nic się już nie odezwała, tylko gryzła z wściekłości dżety, jakimi był przybrany przód okrywki, a Jańcio okrył się takim kłębem dymu, że zniknął w nim cały.
— Panie Leonie, kogo my w tej chwili przypominamy?
— Samsona i Delilę!
— Czy to ze sztuki jakiej? Musi mi pan w domu opowiedzieć, dobrze? — zapytała słodkim, przeciągłym głosem, dotknęła paluszkiem jego ucha i zajrzała mu tak blizko w oczy, że cofnął się zmieszany i zaczął gwałtownie pokręcać wąsiki.
— Dobrze, opowiem pani! — odpowiedział cicho i starał się uchwycić ją za rękę, ale się szybko wysunęła i pobiegła do psa, śpiącego na krzesełku, którego zaczęła pociągać za uszy i drażnić.
Cisza się zrobiła; Korczewska nieustannie liczyła oczka szydełka, Gałkowska siedziała przy oknie i z jakąś trwogą patrzyła w zaśnieżony świat; wiatr wył za oknami i co chwila rzucał tumany śniegu w szybki brzęczące, targał za drzwi i gwizdał w kominie, aż się wydymała niby żagiel czerwona firanka, jaką był przysłonięty, a pies, drażniony przez Lili, warczał cicho, aż w końcu znudzony zeskoczył na podłogę, przeciągnął się i drapał do drzwi ze skowytem.
— Cicho Murzyn! Pan przyjdzie, to Murzynowi da jeść, cicho piesku — szeptała Korczewska, głaszcząc pieszczotliwie psa, który ułożył się na jej spódnicy i zasnął.
— Dzień dobry komedyanty! To czas, niech go drzwi ścisną! — zawołał niski chudy aktor, mocując się przez chwilę z drzwiami, których mu wiatr nie pozwolił zamknąć. Zaczął tupać nogami i otrzepywać się ze śniegu.
— Psi się dzisiaj weselą! Na zakręcie myślałem, że mnie wiatr weźmie, bo mój ibercyerek tak się wydął, że chwilę jeszcze, a wasz Kos byłby sobie pofrunął szukać angażma w obłokach. A zimno!
Zabijał ręce o ramiona po chłopsku i ostrożnie tupał nogami, bo jego cienkie lakierki, pełne łatek i szwów, zaczernionych atramentem, nie pozwalały na energiczniejsze ruchy.
— Dyrektor zaraz przyjdzie! Pani Gałkowskiej sługa i podnóżek! Naszej kochanej, pakownej mamie Korczewskiej — całuję rączki; pięknej Lili — buziaka, a szanownemu dziedzicowi dobrodziejowi, z dubeltówki! I co gadał, wykonywał natychmiast, z bardzo poważną miną i z nieruchomą, sinawą, podobną do maski twarzą starego aktora prowincyonalnego, a potem przywarł mocno plecami do pieca i zaczął gwizdać.
— Kos dzisiaj gwiżdże już od rana, musiał zrobić dobry interes.
— Lili jest bachor, cicho! Zrobiłem interes, bo zrobiłem molom kawał. Uważcie! Zaglądam do kufrów... a tam po moich sobolach te szelmy spacerują sobie najbezczelniej, jakby to była garderoba conajmniej naszego kochanego dziedzica dobrodzieja! Czekajże, hołoto! Watówkę przybiłem za trzy papierki, a swój ibercyerek letni na grzbiet, no i jestem... — Zaczął się śmiać bez przyczyny i rozcierał z zapałem sine od mrozu uszy.
— Szalkowscy przyjdą? — Zapytał Jańcio, ziewając przeciągle.
— O masz ich, idą już i kłócą się, jak zwykle! — Zawołał, patrząc w okno, obok którego mignęli jacyś ludzie, głośno rozmawiający.
— Prędzej, prędzej! I zamykajcie te drzwi piekielne! — Zakrzyczał Kos, wpuścił Szalkowskich, drzwi zatrzasnął i próbował je nawet zamknąć na klucz.
— Czy przez to ma być cieplej? — zaśmiała się Lili.
Kos puścił drzwi i znowu przywarł do pieca, a przypatrywał się Szalkowskiej, która sztywno i ozięble witała się ze wszystkimi, pomijając tylko ostentacyjnie Gałkowską, umyślnie odwróconą do okna.
— Bardzo zimno! — Odezwała się Szalkowska, odwiązując woalkę.
— Tak, chciałem właśnie powiedzieć, że jest bardzo zimno — szepnął śpiesznie Szalkowski, zacierając ręce i odbierając od żony woalkę, boa z szarych brudnych piór i ceratowy płaski kapelusz; ułożył to wszystko bardzo starannie na łóżku.
— Czy to jest najświeższa wiadomość z ulicy? — szepnął ironicznie Kos.
Szalkowska odwróciła się od niego pogardliwie i w małem lusterku zaczęła wycierać twarz, poprawiać włosy i delikatnie obmacywała mocno wypukłe, silnie ukarminowane usta.
— Todziu! Pudru zapomniałam! — odezwała się do męża.
— Rzeczywiście, zapomniałem ci go włożyć do kieszeni, ale zaraz przyniosę, za chwilę — i w wielkim pośpiechu wybiegł, już na ulicy kładąc palto i czapkę. Tymczasem Szalkowska, bez ceremonii, upudrowała twarz pudrem Korczewskiej i siadła przy Lili, która z jakimś dziecinnym podziwem przypatrywała się jej wspaniałej, doskonale rozwiniętej postaci i pięknej, chociaż już mocno podniszczonej twarzy.
— Todzio wraca! Dobrze panią obsługuje. — Mruknął Kos.
Szalkowska roześmiała się sucho, głos miała nieprzyjemny, trochę gardłowy i jakby przepity.
— Mam puder, przepraszam cię! — wołał mąż, z trudem łapiąc powietrze, tak się zdyszał, choć mieszkali tylko o dwa domy. Pocałował żonę w rękę, odciągnął Zakrzewskiego do drzwi i coś mu tam gorączkowo opowiadał, pilnując równocześnie oczami, czy żona czego nie potrzebuje.
— Właściwie na co czekamy? Pić mi się chce, Todziu, przynieś mi wody sodowej.
— Zaraz Hela, za chwilę będzie! — i znowu wybiegł pospiesznie.
— Przyjdzie mój mąż, to postanowimy co o spektaklu. Raz... dwa... trzy...
— Ale ja nie mam czasu, mnie się spać chce! — Przeciągnęła się leniwie, ziewnęła parę razy, oparła głowę o ścianę i przymglonym a natarczywym wzrokiem wpatrzyła się w Zakrzewskiego, który pisał coś ołówkiem na mankiecie i podsuwał go pod oczy Lili, tak zajętej odczytywaniem, że nie widziała prawie wejścia Korczewskiego z drugim jakimś aktorem.
Korczewski mruknął niezrozumiałe przywitanie i zaczął odkręcać wielki szal z szyi, potem długo zacierał ręce, jeszcze dłużej wyciągał z kieszeni różne prowianty i rozkładał je na kominie za firanką, skąd się wreszcie ukazał z niewielkim garnuszkiem w ręku, z którego jadł powoli, chodził po pokoju i mówił.
— Jesteśmy mniej więcej wszyscy, możemy więc już radzić.
Pochylił swoją wyniosłą, chudą postać i powlókł po zebranych czarnym, przymglonym nieco, ale dobrym wzrokiem. Twarz miał świeżo wygoloną, sinawą od mrozu, a na twarzy sterczał wielki, bardzo cienki i długi nos.
— Nie tyle radzić, ile grać nam potrzeba; bo, niech mnie drzwi ścisną, ale już ani cebuli, ani w co wkrajać — szepnął poważnie Kos — nie puszczając plecami pieca ani na chwilę.
— Ja również jestem już ausgespilt! Wyrzucili mnie z mieszkania, garderoba przepadła, ruchomości przepadły, biblioteka nawet przepadła — ozwał się patetycznym głosem aktor przybyły z Korczewskim, zrobił szeroki gest ręką po gardle, okręcił się szczelniej w starą, aksamitną almawiwę, podniósł do góry niebieskie oczy i wychudzoną, mizerną twarz, i zadumał się ponuro.
— Nie fajnuj Feluś, tutaj frajerów niema! Kiedyżeś to miał garderobę, meble, ruchomości jakie, bibliotekę, co? Łżesz, aż widno! — mówił wolno Korczewski, z powagą, wyjadając z garnczka i spacerując po pokoju. Pies chodził za nim nieodstępnie i co chwila z innej strony zaglądał mu w oczy i cichem warczeniem lub delikatnem chwytaniem za nogi, przypominał, że i jemu się jeść chce.
Feluś nic nie odrzekł, tylko co chwila trzaskał w palce i pociągał się za koniec nosa.
— Może mi pan pożyczy papierosa? — mruknął ponuro, wyciągając rękę do Zakrzewskiego, który natychmiast podał mu swoją papierośnicę.
— Zakrzewski, chodźno pan, na chwileczkę. — Szepnął Kos, odciągając go pod komin.
— Spojrzyjno pan na Szalkowską! Co? zdrów numer? Wiesz pan, ona dzisiaj była u hrabiego! Patrzno pan, jakie ma aksamity i jedwabie.
— No tak, ale to kwestya jej męża; a przytem, gdyby ode mnie zależało, to jednej chwili nie byłaby w towarzystwie.
— Frajer z pana, ona sama potrafi robić kasę.
— Więc pocóż pan na nią wygadujesz?
— Bo małpa jest i tyle, głupich pięciu rubli nie chciała mi pożyczyć; nie masz pan co drobnych? — zakończył, drapiąc się w ucho.
— Mogłeś pan od tego samego zacząć! Dam panu, jak będziemy wychodzili. — Szepnął dosyć niechętnie, pozostawił go przy drzwiach i chciał powrócić do Lili; ale w pół drogi złapał go za klapę Feluś i znowu odciągnął do drzwi, i zaczął cichym, a ponurym głosem mówić:
— Wiesz pan, dlaczego Jańcio ma taką pręgę na twarzy?
— Nie zwróciłem nawet uwagi.
— Było tak: ja mu kraję dublę z czerwonej, a on krzywi swój paskudny pysk i powiada: fuszer; kraję mu potem kwadrę z białej do środka — a on mówi: fuszer; w drugiej partyi zrobiłem jednym ciągiem sto trzydzieści karamboli, a ta krowienta, posiniał ze złości i szczeka: fuszer! Wyciąłem go kijem przez pysk i wyszedłem, bo nie lubię długich awantur.
— Ślicznie, panie kochany, ale co mnie to obchodzi?
— A cóż u dyabła dziedzica obchodzi?
— Mianowicie to, co grać mamy i czy grać będziemy.
— Coś zawsze grać będziemy, a tymczasem możebyśmy pocichu się wynieśli i zagrali jedną zwyczajną, o sznapsika z przekąską, co?
— Ileż panu potrzeba koniecznie? — zapytał Zakrzewski, wiedząc, jakiemi drogami zwykle dobiera się Feluś do pożyczki.
— Te, choćby rubla — odpowiedział nieśmiało; bo, chociaż stale żył pożyczkami i naciąganiem, stale się jednak wstydził tego, i stale sobie przysięgał, że to poraz ostatni.
— To już mocno nudne, radźcież, bo mi się spać chce! — zawołała Szalkowska i, przeciągając się ociężale i leniwie, wyciągnęła rękę po wodę, którą jej podawał mąż.
— Skończże Korczewski jeść do stu dyabłów! — zawołał Kos.
— Zaraz, niechże dogryzę ostatniej skórki ze swojego futra!
Postawił garnczek pod kominem, w który natychmiast wsadził łeb Murzyn, wytarł starannie ręce, potem ukrajał kawał chleba i, łamiąc go w długich, kościstych palcach, jadł, chodził i myślał.
— Co będziemy grać? — zapytała Lili prędko, bo już się nudziła.
— Niech się pani wpierw spyta, gdzie będziemy grać i przy czem. Tak, bo niema co, niema gdzie i niema przy czem, tak! — mruczał Feluś ponuro.
— Będzie co, będzie gdzie i będzie przy czem! Raz... dwa... — odparła żywo Korczewska.
— Dobrze tak mówić, ale niema biblioteki, niema teatru i niema dekoracyi! Dalibóg nie wiem, poco rozbijaliśmy Stobińskiemu towarzystwo. Chyba, żeby teraz pozdychać z głodu! Oni grali przedwczoraj i mieli ośmdziesiąt rubli! Mielibyśmy po pół rubla na markę, jedlibyśmy i nie zastawiali ostatnich łachmanów. Jestem przecież aktorka na stanowisku, byłam w różnych biedach, ale o takiej nędzy, jaką cierpię od dwóch tygodni, nie miałam nawet pojęcia. Literalnie nie mieć co jeść, chodzić w końcu grudnia w letnim płaszczyku, nie mieć czem palić, to jest więcej, niż człowiek znieść potrafi, to jest nazbyt okropne!... — mówiła Gałkowska i rozpłakała się. Łzy jak groch sypały się na sinawą, wypudrowaną twarz i ryły w niej brózdy żółtawe. Nie powstrzymywała ich, tylko płakała coraz ciężej a ciszej.
Po zebranych powiało jakieś mroźne tchnienie, strawione nędzą i tułaczką twarze powlekły się smutkiem i martwotą, a oczy bezmyślnie zatopiły się w okna, po za któremi była mroźna zima i szeroki, wielki, zimny świat; w tej chwili wszyscy odczuli całą swoją nędzę i niejednemu zadrgał w sercu głuchy, wściekły, bo bezsilny ból i żal do świata i do ludzi. Lili miała pełne łez oczy; tak ją wzruszył płacz Gałkowskiej, że, chociaż się gniewały z sobą, podeszła do niej pierwsza i zaczęła coś cicho mówić i ściskać jej ręce, co tak rozrzewniło aktorkę, że chwyciła dziewczynę w ramiona i serdecznie całowała.
Szalkowska tylko siedziała nieruchomo; jej piękna, marmurowa twarz ani drgnęła, a w oczach nie zatlił się najsłabszy promień współczucia; ziewnęła i rzekła:
— Gracie melodramat, a to już nudne. Todziu!
— Dla pani nudne, bo pani masz pieniądze, ale my sobą nie handlujemy! — zakrzyczał chrapliwie Kos, który nie mógł jej darować odmówienia pożyczki.
— Tak, nędza była, jest i będzie! Tak, Szalkowska ma swoich kochanków, Gałkowska swoją zrudziałą perukę, Korczewska swojego Murzyna, Lili matkę i dziedzica, Murzyn swój łańcuch, Kos swoich bębenków, Jańcio siostrę. Każdy kij swojego pana, każde cielę swojego rzeźnika — tylko ja jestem biedną sierotą. Tak, utop się synku, kiedyś zgłodniały, tak! Teraz twoja kolej, Messalino — zakończył Feluś drwiąco do Szalkowskiej, splunął na pokój, pociągnął się za nos, otulił w almawiwę i zamilkł.
— Masz podobno jakąś propozycyę od Grabca? — zapytał Kos.
— Mam, chce nas angażować za... miesiąc od połowy stycznia.
— Grał na fujarce! Czekaj tatka latka, aż kobyłę wilcy zjedzą! Przez miesiąc to zjemy się do podeszew! A niech to siarczyste drzwi ścisną!
— Niema też innej rady, tylko sztukę jaką wybrać, i grajmy.
— Zakrzewski ma teraz, jak i zawsze, zupełną racyę, ale czemu się pan nie powiesił, co? tak, czemu?
— No, więc grajmy. Zagramy, będziemy mieli pieniądze i wyniesiemy się z tego partykularza!
— I Kos ma racyę, bo niema już kogo naciągać! Utop się, synku, bo i tak zatłuką cię na bilardzie, tak! — odpowiadał zgryźliwie Feluś.
— Trzeba radzić, a nie popisywać się dowcipami.
— Todzio przemówił! szpaczek się odezwał. Jaki on śliczny ten mąż pani Szalkowskiej, musi go karmić samemi bakaliami.
— Todziu! Pan się mnie nie czepiaj!
— Todziu, pilnuj się, chłopaczku, bo możesz stracić miejsce.
— Daj spokój, Kos, zawiele sobie pozwalasz, cóż znowu! — szeptał trwożnie Todzio.
— Może który z panów zagra benefis! — zaproponowała Korczewska.
— Dobra myśl! Tylko co grać i kto benefis weźmie? Okolica już jest potężnie wypleniona, przecież Stobek grasował tutaj przez dwa miesiące.
— Będziemy grać składanki! Dobrze! Panie Zakrzewski, siadaj pan, piszemy natychmiast afisz, da się do podpisu, odlitografujemy i hajda na wieś z biletami, to jedyny ratunek! — wołał Korczewski, który już skończył jeść chleb.
Zakrzewski usiadł przy stoliku i czekał.
— Pisz pan »Za pozwoleniem zwierzchności«. »Ostatnie pożegnalne przedstawienie na ogólne żądanie«. Datę się wpisze.
— Co za sztuki będziemy grali?
— Jest »Czuła struna«, »Piosnka wujaszka« i »Icek zapieczętowany«, doda się jakąś deklamacyę, mazur w cztery pary, i będzie dobrze.
— Pierw się utopisz, Korczewski, niż na taki afisz weźmiesz publiczność, tak!
— A gdzież się grać będzie?
— W hotelu jest pusta duża stajnia, ustawi się scenę, ściany okryje świerkami, kandelabrami, i jakoś tam będzie.
— A dekoracje?
— Psia kość słoniowa, zapomniałem na śmierć! Trzeba jakoś zrobić...
— Z czego i za co! Człowieku! nikt groszem nie śmierdzi.
— Co tu robić? — zamyślił się i, wsadziwszy wedle zwyczaju palce w usta, chodził prędko i rozmyślał; naraz przystanął i rozjaśnionym głosem zawołał:
— Zrobimy dekoracye! Kto ma jakie prześcieradła i ręczniki, słowem coś, z czego będzie można zrobić tylną ścianę i kulisy, to proszę o zadeklarowanie. Kurtynę zrobi się z portyer, hebesy przecież pożyczą. Korniszon namaluje pokój, i będzie cudnie, no, tylko galopem!
— Niech Kos zagra benefis, on ma dużo przyjaciół.
— Jak Boga kocham, to niemożebne! Jakże ja się pokażę na świat w swoich lakierkach, w których tylko uszy są niepodarte, a mój ibercyerek, co?
— Feluś niech zagra — proponowała Gałkowska.
— Tak, ale nie, bo Feluś w swojej almawiwie mógłby się tylko powiesić uroczyście, a zresztą mnie się nigdy benefisy nie udawały.
— Graj pani z Jańciem — szepnął Korczewski.
— Co? Może w tym płaszczyku pojadę? Nie chcę zmarznąć, ani też narażać się na urągowisko!
— Todziu, zagraj ty z żoną, macie tyle znajomości! — błagał już Korczewski.
— My nie możemy grać dla wielu przyczyn, ale ja mogę w mieście kilka biletów sprzedać — tłómaczyła żywo.
— Więc kto zagra benefis? — wołał Korczewski, wodząc wzrokiem po twarzach i garderobie zebranych. — Korniszon nie może, bo nie ma również palta, Oleś palto ma, ale nikt go nie zna.
— Niech zagra pan Zakrzewski! Ma elegancką garderobę, umie mówić po francusku, wie jak się mówi z dziedzicami — zaproponowała Korczewska.
— Nie mogę, nie mogę! Mogę jeszcze natrafić w tej okolicy na jakiego kuzyna lub znajomego, a nie! Chciejcie panowie zrozumieć moje położenie.
— Nie chcesz pan ratować towarzystwa?
— Chciałbym, ale w ten sposób niepodobna, a zresztą nie znam okolicy, nie wiem nawet jak się to robi.
Tłómaczył się miękko, bo zobaczył proszący wzrok Lili.
— Ja panu pomogę, pojadę z panem! No, musisz pan, mój królu złoty! Pan jeden masz garderobę i podobny jesteś do człowieka! Proście go, panie! — zawołał Korczewski.
Zakrzewski, pomimo próśb całego towarzystwa, opierał się dosyć długo, ale, skoro w końcu przyszła Lili i bardzo cichutko zaczęła prosić, nie mógł się oprzeć i zgodził się.
— Pisz pan afisz w dalszym ciągu, panie Zakrzewski: »Wielkie pożegnalne przedstawienie na benefis p. Leona Zakrzewskiego, art. dr. teatrów lwowskiego i warszawskiego«.
— Dajże pan spokój, nie byłem nawet w Krakowie ani we Lwowie.
— To nic, panie, to dobrze robi na afiszu, ładnie brzmi.
— Benefis grać mogę, ale na taką blagę się nigdy nie zgodzę.
— Z pana jest bardzo porządny szlachcic, ale bardzo... blondyn. Cóż to panu szkodzi mniej więcej? Egzaminu pan zdawać nie będzie, ani do kozy pana nie wsadzą za tytuł aktora lwowskiego. Pisz pan.
Zakrzewski napisał wreszcie, zżymnąwszy ramionami.
— Jakież sztuki gramy?
— Zaczekaj pan. Przyszła mi myśl mniej więcej. Na jednoaktówki nie polecą, to prawda. Mazur w cztery pary — dobrze, ale co więcej?
Ukrajał znowu kawał chleba, łamał go, jadł i biegał po pokoju coraz prędzej.
— Co więcej? Trzebaby dać coś z wielkiego repertuaru, coś, co grywają w Warszawie lub w Paryżu, coś, o czem piszą obecnie i mówią. Dlategośmy się przecież rozbili, żeby nie grywać »Młynarzów i kominiarzów«.
— Powieś się z tym swoim wielkim repertuarem! Skądże go weźmiesz?
— Ty nie jesteś mądry, Feluś, nie! Cóż to, myślisz, że w tej podłej Kiernozi chcę zagrać »Hamleta« czy inną jaką głośną szopę? Mnie potrzeba tylko głośnej sztuki na afisz, na przynętę dla tych hebesów.
— Nic nie rozumiem — szepnął Zakrzewski, kładąc pióro.
— Nic pan rozumieć nie potrzebujesz, pisz pan: »Gniazdo rodzinne«, dramat Sudermanna, grywany z niesłychanem powodzeniem na scenach całego świata. Osoby: Zaczekaj pan, jakie tam u dyabła występują osoby?...
Zamyślił się i znowu biegał po pokoju.
— Zobacz pan w egzemplarzu, pocóż z pamięci?
— Ha! ha! Pan jesteś, panie Zakrzewski... jasny blondyn, ha! ha! Ja nietylko nie mam egzemplarza, ale nawet afisza z tej sztuki nie widziałem na oczy, czytałem tylko o niej w pismach.
— Więc jakże u Pana Boga możemy ją zapowiadać i grać!
— Któż mówi o graniu? My ją zapowiemy, a przed samem przedstawieniem, kiedy już teatr będzie pełny, kiedy pieniądze będą w kieszeni, zaanonsuje się, że z przyczyn od nas niezależnych, sztuki tej grać nie możemy, a natomiast zagramy trzy jednoaktówki, zakończone mazurem! Co, planik zły?
— Plan dobry, spektakl napewno będzie nabity, ale co publiczność powie?
— Publiczność to wielkie stare cielę, obiecać mleka — przyleci; dać w to miejsce serwatkę — pobeczy, powierzga, ale wypije w końcu. Pisz-no pan osoby.
— Zbabrze nas potem w pismach jaki skryba za taki kawał — mruczał Feluś, chwytając się za nos.
— Dużo nam zrobi, przecież nikt z nas gazet nie czyta! Pisz pan osoby: Magda Szulc, śpiewaczka. — Co trzeci Niemiec jest Szulcem. To dobrze, ale więcej nic nie pamiętam! Psia kość słoniowa! Poszła na scenę, potem powróciła do domu, ojciec umarł mniej więcej, tyle tylko pamiętam z recenzyi. Śpiewaczka! Więc musiała mieć bębenka, arystokratę, barona albo hrabiego, wojskowego, niema przecież sztuki niemieckiej bez lejtnanta — kombinował Korczewski, stukał palcem w czoło, zacierał ręce, aż zawołał:
— Pisz pan: »Herman von Altona-Meklemburg, baron, kapitan huzarów, kochanek Magdy«, »Gretchen, pokojówka Magdy«. Przecież wielka śpiewaczka nie może być bez pokojówki. A może dać kamerdynera? To lepiej wygląda. Nie, niech zostanie Gretchen. A teraz, teraz... Otylia, śpiewaczka, współzawodniczka Magdy, dawna kochanka barona. Tak, tak, doskonale, przecież baron musiał mieć i dawniej kochanki, z tego robi się zazdrość, scena gwałtowna z Magdą, Magda robi wyrzuty baronowi, ten klęka, tłómaczy się, przysięga, że tylko ją jedną kocha! Ślicznie, cudnie!
Zaczął zacierać ręce i śmiać się z zadowolenia.
— Nie śmiej się, Lili, widzisz ją, o! — zawołał zmieszany, bo dziewczyna aż kładła się na koszu ze śmiechu, taki był komiczny, gestykulując i grając już ten schemat komedyi wymyślonej, przyczem każde słowo ilustrował ruchami i mimiką bardzo zabawną.
— Ponieważ powracała do domu, więc musi być jakiś ojciec, surowy, groźny, pastor, dajmy na to; jakaś matka skora do przebaczenia; jakaś młodsza siostra, jakaś ciotka, jakiś młody, ubogi krewny, kochający się w młodszej; jakiś pan wielki, który mógł Magdę uwieść i przez niego uciekła z domu; dodać jeszcze paru młodych ludzi i będzie dobrze. Pisz pan: Johan Szulc, pastor, ojciec Magdy; Joanna, matka; Klara, młodsza siostra; pani Rauchbinder, ciotka; Ferdynand Müller, kuzyn; hrabia Wilhelm von Szweryn; baron von Herberstal-Oldenburg. Oto dosyć.
— Meklemburg, Szweryn, Oldenburg! Cała obora zarodowa! — śmiał się Zakrzewski, przepisując afisz na czysto.
— Gotowe! Moje złote panie, te prześcieradła, jak tylko można najprędzej, z kosztów się zwróci. Trzeba, żeby je Korniszon zaraz zaczął pacykować.
— Tak, gotowe, dajno Korczewski rubla à conto, bo zdechnę ci przed przedstawieniem.
— I mnie musisz dać, bo przecież w takich butach graćbym nie mógł.
— To i o nas niechże dyrektor nie zapomni. Jańcio zarobi laubzegą, to oddamy.
— Dobrze, dobrze, robaczki, cudnie, tylko, jak was kocham, mniej więcej mam rubla, całego rubla w kieszeni — tłómaczył się Korczewski bardzo gorąco, bo zaczęli się rzucać i dogadywać, ale uspokoił wszystkich Zakrzewski.
— Ja mogę państwu pożyczyć piętnaście rubli, do podziału, oddacie mi po przedstawieniu! — zawołał, dając pieniądze Korczewskiemu.
— Rzepa, nie chłop, tak! Powieś się Zakrzewski, boś głupi — szepnął mu do ucha Feluś, ściskając równocześnie bardzo silnie jego rękę.
— Kto będzie przechodził koło mieszkania Korniszona, to może mu zaniesie pieniądze i powie, żeby natychmiast przyszedł do mnie — powiedział Korczewski, rozdzielając pieniądze.
— Ja mogę wstąpić — ozwał się Zakrzewski.
— Może pan mnie odprowadzi, panie Leonie, bardzo proszę, mam nawet do pana interes — szepnęła mu cicho piękna Szalkowska, ogarniając go powłóczystem spojrzeniem.
— Teraz nie mogę, przyjdę wieczorem, jeśli pani chce koniecznie.
— Wieczorem nie będę w domu! — syknęła zirytowana, że odmawia.
— To i lepiej — odpowiedział ostro i odwrócił się do Lili, która udawała, że nie uważa i nie słyszy tych kilku słów, ale gdy usiadł obok niej, spojrzała na niego bardzo wdzięcznem i słodkiem spojrzeniem.
— Na ile prześcieradeł mogę liczyć?
— Ja mogę dać trzy, dwa muszę zostawić, nie mielibyśmy spać na czem — tłómaczyła się Gałkowska.
— My możemy dać cztery! raz... dwa...
— To my tylko dwa, bo mamy całe cztery — zawołała Lili z rumieńcem.
— Szalkowska! a pani nic nie dasz? — zagadnął milczącą Korczewski.
— Dam sześć, Todzio zaraz przyniesie.
Mężczyźni nie deklarowali prześcieradeł, bo nic nie mieli.
— Jutro sobota, Wigilia! Szkoda, że nie możemy grać w drugie święto, teatr byłby pełny. Trzeba czekać do czwartku! Panie Leonie, w drugie święto pojedziemy na wieś z biletami, afisze będą jeszcze dzisiaj, lecę natychmiast do naczelnika, żeby zdążyć podpisać. Dzisiaj jeszcze umówię się o stajnię, a od jutra Korniszon może zacząć malować dekoracye. Do widzenia! Okręcił się szalem i wybiegł, za nim rozchodzili się wszyscy.
Zakrzewski pomógł Lili się ubrać i wyszli razem, przeprowadzeni macierzyńskiem spojrzeniem Korczewskiej, która w dalszym ciągu robiła szydełkiem kółka, liczyła oczka, wyglądała oknem i uspakajała głaskaniem wydzierającego się na świat Murzyna.

Władysław Stanisław Reymont - Lili str 59.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.