Kochankowie nieba/Doba trzecia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Kochankowie nieba
Data wydania 1858
Wydawnictwo Karol Baliński
Druk M. Zuern
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Karol Baliński
Tytuł orygin. Los dos amantes del cielo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DOBA TRZECIA.

POLEMIO, AURELIUSZ, KLAUDJUSZ I ESKARPIN
POLEMIO.

Dziwy! czary niepojęte!
Jakieś uroki przeklęte!
Prawdę mówi kto powiada,
Że z synem nie łatwa rada.

KLAUDJUSZ.

Rozważ panie...

AURELJUSZ.

Chciałbym prosić...

ESKARPIN.

Ostrzegam...

POLEMIO.

Dosyć już, dosyć.

Wszyscy tylko mię smucicie,
A nikt pociechy nie daje.
Czyż wy tego nie widzicie,
Że on szaleć nie przestaje!
Usunięta jedna biada,
To on w drugą, głębiej wpada.
Patrzcież! oto ta jedyna,
Jedyna mówię dziewczyna
Nietknięta przez one czary,
Od których inne, jak wiecie,
Ledwie że uniosły życie,
Ta sama właśnie dziewczyna
Taki straszny wpływ wywiera,
Tak mu serce bólem ścina,
Że już widocznie umiera.
Jakżeż wy chcecie odemnie,
Bym się nie dręczył tajemnie!

KLAUDJUSZ.

To czemuż, szanowny panie,
Gdy widzisz takie kochanie,
Odmawiasz im swej opieki?
Połącz ich z sobą na wieki.

POLEMIO.

Właśnie z niemi rozmawiałem,
I czegóż się dowiedziałem?
On odpowiedział, że wprzódy

Muszą dojść z sobą do zgody.
Cóż was tak różni tajemnie?
Pytam, proszę,.... nadaremnie!
Ta skrytość, takie milczenie,
Rodzą, we mnie podejrzenie,
Że ta właśnie tajemnica
Zgubnemi wpływami swemi
Całą, w nim chorobę plemi,
Jest źródłem co ją podsyca.

AURELJUSZ.

Panie! wielce zawiniłem,
Że przed tobą prawdę kryłem,
Bo widzę że złe się mnoży,
I że im dalej tem gorzej.
Oto, gdyśmy w górach byli...

POLEMIO (na stronie).

Poznał Krisanta!... o! nieba!

AURELJUSZ.

Gdy nagle wpaść było trzeba,
Nie tracąc ni jednej chwili,
Nadbiegam właśnie z tej strony,
W którą jeden był zwrócony,
I tak mi się wszystko zdaje...

POLEMIO (na stronie).

Wie! wie wszystko!... o! bogowie!

AURELJUSZ.

Że ów co jak lekarz staje,
Ręcząc za Krisanta zdrowie,
Jestto właśnie ten sam stary
Karpoforo. — Zważ więc panie,
Czy człowiek ten godzien wiary,
I w kim kładziesz zaufanie; —
Źle być musi gdy się wierzy
Tym, których strzedz się należy.

POLEMIO.

Rada twoja sprawiedliwa,
Chociaż za późno przybywa.
Poznam dziś tę rzecz dokładnie,
A jeśli z tego wypadnie,
Że tak jest, jak mi to skrycie
Mówi teraz serca bicie,
Jeśli moje podejrzenie
W niezachwianą pewność zmienię,
To ujrzy Rzym i świat cały,
Przykład kary doskonały;
Tysiąc męczarń na raz skupię
W jednym ciosie, w jednym trupie!

(odchodzi z AURELJUSZEM.)
KLAUDJUSZ.

Eskarpinie!

ESKARPIN.

Słucham, panie!

KLAUDJUSZ.

Tak mi cięży to pytanie
Że prawie mówić nie mogę.
Słuchaj, — wszakże powiadałeś
Że pomiędzy pięknościami,
Co tu ze swemi wdziękami
Krisantowi zaszły drogę,
Podobno i Cintia była,
I czarów tych doświadczyła?

ESKARPIN.

Tak panie, — była w tej próbie,
Tak jak Darja; — były obie, —
To też obaj, słowo w słowo
Cierpimy dziś jednakowo.
A nawet, jak mi się widzi,
Ja więcej od pana czuję,
Bo z tamtej Krisanto szydzi,
A tę widocznie miłuje.

KLAUDJUSZ.

Byłoby głupstwem z mej strony
Sprzeczać się z tobą szalony.
Kto kocha, kto płonie szczerze
Ogniem miłośnych płomieni,

Ten głębiej do serca bierze
I daleko wyżej ceni
Godność kochanej istoty,
Niż jej względy i pieszczoty.
Toż gdy wiem że podniecona,
Chęcią, zysku czy prożnością,
Przyszła tu, — jest więc shańbiona,
Dość mi tego — precz z miłością!

ESKARPIN.

Był raz ślepy i był łysy...

KLAUDJUSZ.

Co? znów chcesz mi bajki prawić?

ESKARPIN.

Nie lubię się w bajki bawić,
Lecz czasem długie opisy...

KLAUDJUSZ.

Ależ ja nie chcę, — idź sobie!

ESKARPIN.

Bo pewnie ta bajka znana,
To mam inną, proszę pana,
O pewnym... nie!... w onej dobie
Było to nieznane imię,
Jeszcze ich nie było w Rzymie...
Więc inna:... pewrien szalony

KLAUDJUSZ.

Idź sobie!

ESKARPIN.

I ta nieskładna?
Bo też to nie bajka żadna...
Nie warjat, owszem uczony...

KLAUDJUSZ.

Milcz, bo przypłacisz żywotem!

ESKARPIN.

Słuchaj wprzód, zabijesz potem.

KLAUDJUSZ.

Precz! gdy mi ból serce krwawi
On mię błazeństwami bawi!

(odchodzi.)
ESKARPIN.

Bajka jest, słuchaczy nie mam.
Nie! nie! ja tak nie wytrzymam.
Hej! hej! kto żyje! panowie!
Mam bajeczkę co się zowie!
Pewien... ach! — już ani słowa!
Bajka znikła, cichnie mowa,
Bo to on z Darją przybywa,
I zazdrość moja straszliwa.

(odchodzi.)
(Nadchodzą: KRISANTO i DARJA z przeciwnych stron.)
DARJA.

Bogowie co wszystkie sprawy
I wszystkie znacie zamiary,
Wszak dla waszej tylko sławy,
Chciałam zwyciężyć te czary,
Przez które Krisanto ginie.
Czemuż mając was po sobie
Nie zwyciężyłam w tej próbie,
Gdy sama piękności siła
Podbić go winna była!

KRISANTO.

Boże! wszak ja sercem całem
Tego jedynie szukałem,
By Darja prawdę poznała,
Tobie cześć winną oddała;
Czemuż mi w takiej potrzebie
Pobłogosławić nie chciałeś,
Czemuż mi podbić nie dałeś
Tej wielkiej duszy dla Ciebie!

DARJA.

To on! — a choć z nim rozmowa,
Jego widok, jego słowa,
Rozniecają żar, co płonie
Skrytym ogniem w mojem łonie,

Niewprzód wyznam mu co czuję,
Aż go dla Bogów zhołduję.

KRISANTO.

To ona! — a choć zwalczony,
Drzę w duszy przed tą niebianką,
Niewprzód dam jej imię żony,
Aż zostanie chrześcijanką.

DARJA.

O! Wenus! dodaj mi siły!
Spraw by wdzięki zwyciężyły.

KRISANTO.

Panie! tchnij moc w usta moje,
Niechaj jej upór rozbroję.

DARJA.

Dziwna mię trwoga przejmuje.

KRISANTO (do siebie).

Odwaga mię odstępuje...

(do DARJI.)

Piękna Darjo! nie daremnie
Cała zieloność tych gajów,
Cała świeżość tych ruczajów
Odmładza się potajemnie;
Nie próżno ptastwo uśpione

Blaskiem twych wdzięków wzbudzone
Śpiewem wita cię w tej porze
Jakoby wieczorną, zorzę;
Nie próżno źródła, strumienie,
Srebrnym szmerem swojej fali
Zlewają się w jedno pienie
Z szelestem tych wierzb, co w dali
Czoło wznosiły w obłoki,
A teraz swemi szczytami
Wspólnie z wszystkiemi kwiatami
Biją ci pokłon głęboki...

DARJA.

Krisanto, czcza to jest mowa,
Mnie nie złudzą słodkie słowa.
Kto pochlebstwo tak pozłaca,
Ten się od prawdy odwraca.

KRISANTO.

Że kocham ciebie bez miary,
Nie chcesz mi na to dać wiary?

DARJA.

Rzecz to bardzo sprawiedliwa.

KRISANTO.

A ja tego nie pojmuję.

DARJA.

Kto oszukaństwa używa,
Na wiarę nie zasługuje.

KRISANTO.

Jakto?

DARJA.

Krisanto, daremnie
Wiary wymagasz odemnie.
Jakże mam być pełna wiary,
Że miłujesz mię prawdziwie,
Gdy wszystkie moje zamiary
Odpychasz tak uporczywie,
I ciągle trwasz w tym uporze!
Nie pojmuję jak być może,
Żeby człowiek wielki z rodu,
Dziedzic takiego imienia,
Przez swe przymioty od młodu
Godzien czci i uwielbienia,
Nie pomnąc na takie dary,
Dał się wprowadzać przez czary
W błąd tak namacalnie widny,
A tak podły i ohydny!

KRISANTO.

Właśnie byłbym bez imienia,
Bez rozumu, bez sumienia,

Bez żadnych zgoła przymiotów,
Gdybym wyznać nie był gotów
Jawnie, głośno, przed wszystkiemi,
Zawsze i w każdej potrzebie,
Wiary w Boga jedynego,
Wszechmocnego, prawdziwego,
Stworzyciela ziemi, morza,
Nieba, czasu i przestworza,
I wszystkiego co na niebie,
I wszystkiego co na ziemi.

DARJA.

Jakto? jakto? co ty mówisz?
Więc nieba nie stworzył Jowisz?

KRISANTO.

Nie; — gdyby on niebo stworzył,
To już by nie był w potrzebie
Brać je dla samego siebie
Przy onym świata podziale,
Co tylu władców namnożył,
Gdy Neptun wziął morskie fale,
Plutus moc nad piekłem całem.
Masz w tem wyraźne dowody,
Że wszystko istniało wprzódy
Stworzone przed tym podziałem.

DARJA.

Więc ziemia nie jest Cerera?

KRISANTO.

Nie jest i być nią nie może.
Boć to przecie prawda szczera,
Że tyle ją pługów orze.
Któreżby bóstwo ścierpiało,
By je tylu dręczyć miało?

DARJA.

Saturn nie jest czasem?

KRISANTO.

W cale!
Wszak własne dzieci połyka?
Zbrodnia godna śmiertelnika
Możeż być w bóstwa udziale?

DARJA.

Wenus nie powietrzem?

KRISANTO.

Baśnie!
Wszakto o niej mówią właśnie,
Że z morskiej pjany pochodzi;
Pjana czyż powietrze zrodzi?

DARJA.

Neptunus nie jestże morze?

KRISANTO.

Chwiewny jak morskie przestworze,
Byłby to bóg tak niestały,
Jak morskie fale i wały,
I tak znikomy jak fale.

DARJA.

Apollo nie słońce?

KRISANTO.

Wcale.

DARJA.

Diana nie księżyc?

KRISANTO.

Brednie!
Dwa to są, światła powszednie
Stworzone, dane dla ziemi
Przez siłę rządzącą niemi.
Ale po co tu słów tyle!
Pomyśl tylko sama chwilę:
Cóżby to były za bóstwa,
Popełniające swobodnie
Mężobójstwa, cudzołożstwa,
Rozboje i wszeteczeństwa,
Wszelkie zgoła bezeceństwa!
Gdy wyrazy: Bóg i zbrodnie,

Są to już dwa przeciwieństwa,
Nie mogące istnieć zgodnie.
Jeśli na tem nie dość tobie —
Więc dobrze, — ustępstwo robię,
Przypuszczam że, jak ty mówisz,
Na niebie Bogiem jest Jowisz,
Panuje sobie na niebie,
A Mars, drugi bóg, u siebie.
Tak gdy rządzą bogi oba,
Zachciewa się Jowiszowi
Piorunowe cisnąć grady,
Lecz ta myśl się nie podoba
Bogowi ognia, Marsowi.
Nie przyjdzież wtedy do zwady.
Ot — i wiecznej walki pole!
I któż zwycięży w tym sporze?
Nie! dwóch bogów być nie może,
Bo dwa bogi, to dwie wole.
Jeden jest Stwórca wszech rzeczy,
Bóg na ziemi i na niebie,
Który jako syn człowieczy
Umarł przez miłość dla ciebie.
Jeśliś więc prawdę mówiła,
Pamiętasz, w onej godzinie,
Że tylko tego jedynie
Pokochaćbyś zdolną była,
Coby...

DARJA.

Milcz! milcz! ani słowa!
Przestań!.. ach!.. bo ta rozmowa...
W głowie takie myśli roje!
W sercu takie niepokoje!
Słabnę, mieszam się i boję!...
Tych tajemnic taka siła!
A mię moja opuściła.
Rozmowa nasza skończona —
Tylko mię męczy i nuży.
Nie chcę z tobą mówić dłużej.
Nie mogę się z tobą spierać,
Jam niewiasta nie uczona,
Trudności tych nie rozumiem,
I rozwiązać ich nie umiem.
W jakiem świetle urodzona,
W takiem świetle chcę umierać.
Więc trwożna sama o siebie,
By mię te straszne wyrazy,
I tych tajemnic odkrycia
Nie przywiodły do obrazy
Wiary mojej, moich bogów
Wszystkich na ziemi i niebie,
Zostawiam ciebie w spokoju,
Dość już dla mnie tego boju,
Oddalam się od tych progów.
Niechcę więcej póki życia
Widzieć ciebie, słyszeć, ciebie,

Mówić z tobą, — nigdy więcej,
Choćbyś błagał najgoręcej.
Bo te słowa tajemnicze,
Te twoje kłamstwa zwodnicze,
Taką jakąś siłę mają,
Że się prawdami wydają.

(odchodzi.)
KRISANTO.

Żyć bez ciebie?! gdy te oczy
Jak magnesu czar uroczy
Zabierają z sobą skrycie
Moje szczęście, moje życie,
Wszystko moje!... Darjo droga!
Wróć się do mnie!

(wchodzi KARPOFORO.)
KARPOFORO.

Milcz! na Boga!
Zostaw ją, wstrzymaj się chwilę,
Słuchaj!

KRISANTO.

Czego chcesz odemnie?

KARPOFORO.

Zniszczyć twój spokój fałszywy.
Także to płacisz wzajemnie?
Niewdzięczny i nieszczęśliwy!

KRISANTO.

Niewdzięczny? ja?

KARPOFORO.

Tak, za tyle
Pomocy i łaski Bożej,
Co dla ciebie cuda tworzy.

KRISANTO.

Mistrzu mój! jak to być może!
Kiedy przez te dary Boże
I pamięć i dusza cała
Brylantowym blaskiem pała.

KARPOFORO.

Jakże ja mam wierzyć tobie?
Od chwili, gdy pod przebraniem
Wolny mam przystęp do ciebie,
Wszelkie wysilenia robię,
By ratować cię w potrzebie
Prawdziwej wiary poznaniem;
Gdy po tej nauce skrycie
Przyjąłeś prawdziwe życie,
Chrzest święty, dar niezrównany,
Ów charakter niezmazany,
Ty, nie pomny na te dary,
Na dobrodziejstwa bez miary,
Bezmyślny, słaby jak dziecię,

Oddajesz duszę kobiecie!
Czyż nie uprzedziłem ciebie,
Byś był gotów ku potrzebie,
Bo staną na twojej drodze
Pokusy, ziemskie słodycze,
Wdzięki, uroki zwodnicze,
I kusić cię będą srodze.
Czyliż tego nie doznałeś,
Że ilekroć sam nie chciałeś
Uledz im, to niebios siła
W pomoc tobie przychodziła?
Ona to sama odjęła
Czarom moc szkodzenia tobie,
Głosy im w piersiach zaklęła,
Że umilkły jakby w grobie,
I pieśń skrzydła postradała,
I harmońja oniemiała.
Dopiero gdy bez pamięci,
Bez oporu, jak mdłe dziecię,
Uległeś pięknej kobiecie,
Wtedy to mocy złowieszcze
Wzięły górę tak swobodnie,
Że już, chwilka tylko jeszcze,
A byłbyś zdradził niegodnie!

KRISANTO.

Mistrzu mój! Ojcze mój drogi!
Nie potępiaj mię ze szczętem.

Wyrzut twój zanadto srogi.
Wszak przecie w naszej ustawie,
W naszem chrześcijańskiem prawie,
Związek dusz jest sakramentem.
Ty sam to mi powiedziałeś,
Sam mię tego nauczałeś.
Karpoforo!... ach!... mój Boże!
Ojciec mój!... słyszał nas może!

(wchodzi POLEMIO.)
POLEMIO (na stronie).

Więc już nie ma wątpliwości!...
O! Jowiszu! cierpliwości!
Daj wytrzymać te katusze,
Gdy jeszcze udawać muszę.

(głośno.)

Cóż, Krisanto, jakże tobie?

KRISANTO.

Jak zawsze tak i w tej dobie
W czci dla ciebie i w pokorze.

(na stronie.)

Nie słyszał mię niezawodnie,
Gdy przemawia tak łagodnie.

POLEMIO.

W tam cię zacny doktorze,
I dziękuję za staranie,

Za twe trudy i czuwanie
Nad Krisantem w jego stanie.

KARPOFORO.

Widzi niebo chęci moje,
Służę mu jak tylko można,
Wysilenia czynię wszelkie,
Ale złe w nim tak jest wielkie,
Że myślę iż praca próżna.

POLEMIO.

Jakto?

KARPOFORO.

Bo gdy trwa w uporze,
Lekarstwo działać nie może.

KRISANTO.

Co mówisz panie, to żarty,
Wiesz dobrze żem nie uparty,
Czynię wszystko co się godzi.

KARPOFORO.

Co rzekłem to rzekłem szczerze,
Nie słucha, bo się nie strzeże
Tego, co najbardziej szkodzi.

POLEMIO.

Całkowicie tobie wierzę,
Pełen poświęceń doktorze;

I trudy twoje bez miary
Cenię panie tak dalece,
Że zaraz na moim dworze
Należne odbierzesz dary.

KARPOFORO.

Niech cię niebo ma w opiece.

POLEMIO.

Zaczekaj, pójdziemy oba,
W pałacu wybierzesz sobie,
Co tylko ci się spodoba.
A znajdziesz tam, ręczę tobie,
Nagrodę godną twej pracy,
O skąpstwo mię nie obwinisz.

KARPOFORO.

Panie, dość już dla mnie płacy,
Gdy mi taki zaszczyt czynisz.

POLEMIO (na stronie).

Dzisiaj zadziwię świat cały
Wymiarem sprawiedliwości,
Jakiego nigdy nie znały
Ubiegłe wieki ludzkości.

(odchodzi z Karpoforem.)
KRISANTO.

Wielkie to szczęście prawdziwie,
Że ojciec nie słyszał wcale

Imienia, którem wymówił.
I tak mile go pozdrowił,
Wziął go z sobą tak poczciwie,
By wynagrodzić wspaniale.
O! gdyby równie szczęśliwie
Miłość życia mego drogę
Swoim ozdobiła wiankiem!
Ach! bo czuję, że nie mogę
Chrześćjanin być jej kochankiem!

(wchodzi DARJA.)
DARJA (do siebie).

Dumo! uporze szalony!
Jakże straszna twoja władza,
Gdy wbrew mej woli w te strony
Znów mię gwałtem przyprowadza.

KRISANTO (do siebie).

Ach! wraca! lecz ukryć muszę
Radość, którą wlewa w duszę.

(głośno.)

Darjo! wszakże dałaś słowo,
Zaręczałaś najgoręcej,
Że nie wrócisz nigdy do mnie.

DARJA.

Pobożność to, a nic więcej,
Wiara w której trwam niezłomnie,

I chęć wrócenia cię bogom,
I ojczyźnie i rodzinie,
Znów mię wiedzie ku tym progom,
Dla tego wracam jedynie,
Nie dla czczej z tobą rozmowy.

KRISANTO.

Więc powiedz krótkiemi słowy,
Czego żądasz, co chcesz wiedzieć.

DARJA.

Powiedziałeś mi niedawno,
Że jakiś bóg twój, jak mówisz,
Bóg, umarł z miłości ku mnie;
Otóż, to tylko w tej porze
Przychodzę tobie powiedzieć,
Że...

KRISANTO.

Cóż? słucham, cóż mi powiész?

DARJA.

Żeś wyrzekł nieprawdę jawną,
Bo bóg umierać nie może.
A gdy zaprzeczasz tak dumnie
Bogom mym dla ich początku,
Bogom, w których istność wierzę
Niezłomnie, silnie i szczerze,
Siłą serca i rozsądku;

To jakże możesz się spierać,
Na pewnik musisz się zgodzić:
Że gdy twój bóg mógł umierać,
To mój bóg mógł się narodzić.

KRISANTO.

Zręczny wywód, ani słowa,
Lecz błędna cała budowa.
Wyżej serce! wyżej w górę!
I słuchaj co powiem tobie.
Boską i ludzką, naturę
Złączył Bóg w swojej osobie.
W całej swej boskiej istocie
Ku naszej zstąpił nędzocie,
I dla nas to przyobleka
Ciało i nędzę człowieka.
Niechże ogrom w tym przedziale
Nie zamracza twoich powiek;
Jako Bóg, nie zrodzon wcale,
A umarł tylko jak człowiek.

DARJA.

A czyż to nie więcej chwały,
Być bóstwem w istocie całej,
Jak naprzykład Mars lub Jowisz,
Niżeli tak jak ty mówisz,
Dwie natury sprzeczne sobie,
Boską zarazem z człowieczą

Połączyć w jednej osobie?
Nie jestże łatwiejszą rzeczą,
Bliższą prawdy i pewniejszą,
I dla wszystkich dostępniejszą,
Pomyśleć, że dwaj bogowie,
Dwaj, równi sobie w przymiocie,
Mają każdy po połowie
Potęgę tej samej treści,
Niż to, że razem się mieści
Bóg, człowiek, w jednej istocie?

KRISANTO.

Nie; — bóstwa istnące sprzecznie,
Przeciwne, różne od siebie,
Musiałyby mieć koniecznie
Nie jednego Ojca w niebie. —
Bóg Syn jest z Ojca poczęty,
Z Ojca i Syna — Duch święty,
Trójca, a jedność istoty,
Też same bóstwa przymioty;
W potędze bóstwa przed wiekiem,
Bóg-Syn zrodził się człowiekiem.
I póki tą prawdą świętą
Na wskroś nie będziesz przejętą
Tak, iżbyś za nią w potrzebie
Zaświadczyła duszą twoją,
Duszą, życiem i osobą,
Niechcę więcej widzieć ciebie,

Niechcę więcej mówić z tobą,
Bo twój widok śmiercią moją!

DARJA.

Wstrzymaj się! zaczekaj chwilę!
I posłuchaj mię wzajemnie.
Jeśli chcesz wiedzieć o sile
Mego uczucia ku tobie,
Mów, czego żądasz odemnie?
Mów, co mam czynić w tej dobie?

GŁOS Z GŁĘBI.

Idź za Tym, który legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie.

KRISANTO.

Słyszysz? słyszysz?... głos proroczy!
Dziwny, straszny, a uroczy!
W sam czas jakby z nieba spada,
On ci za mnie odpowiada.
Głos to trąby archanioła,
Rzewny a potężny ton!
Ciebie on do życia woła,
A dla mnie zwiastuje zgon!

DARJA.

Ach! jak okropną żałobą
Głos ten serce moje kruszy,
I rozlega w głębi duszy!

KRISANTO.

Znam cię głosie tajemniczy,
Mój ty aniele strażniczy!
Przez ciebie to, silny tobą,
Wbrew sobie stawam się sobą.
Lecz zkądże głos ten w tej dobie!

(wchodzi POLEMIO, ESKARPIN i żołnierze niosący misę zakrytą.)
POLEMIO.

Przychodzę pokazać tobie,
Jak sobie wysoko cenię
Twoje rychłe wyzdrowienie,
I że z hojnością wspaniałą
Wynagrodziłem lekarza,
Który cię zdrowiem obdarza.
Dałem co mu należało,
Nagrodziłem go sowicie —
Dałem mu... śmierć!... Zdjąć przykrycie!
Czy poznajesz?

(żołnierze odsłaniają ściętą głowę KARPOFORA.)
KRISANTO.

O! mój Boże!

POLEMIO.

Pomyślże teraz nad sobą,
Bo gdy lekarz padł ofiarą,
To cóżto będzie z chorobą?
Oto jest...

DARJA.

Okrutna karo!

POLEMIO.

Ów przemądry Karpoforo,
Co miał ci dać życia słowo...
Przypłacił je swoją głową!
Teraz namyślaj się skoro,
Los twój przed twemi oczyma;
W tym zgonie jego straszliwym
Widź, co cię czeka koniecznie;
Boć byłoby niedorzecznie,
Kiedy lekarza już niema,
Chorego zostawiać żywym.

KRISANTO.

O! jestto szczyt okrucieństwa
Dochodzący do szaleństwa!
Gdybym istotnie był chory,
Wyzdrowiałbym od tej pory
Na widok tego męczeństwa!

POLEMIO.

O! nie myśl żem się w tej sprawie
Bez miłosierdzia unosił.
Przeciwnie, bardzo łaskawie,
Przestałem na jego słowie.

Dałem to, o co sam prosił,
Spytaj go, niech ci odpowie.

GŁOS KARPOFORA.

Idź za Tym, który legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie.“

KRISANTO.

Cuda Boże!

DARJA.

Cuda! dziwy!

ESKARPIN.

Bądź przeklęty dniu straszliwy!

POLEMIO.

Moc to czarów jeszcze działa,
Choć życie już postradała.

KRISANTO.

Panie, pustemi słowami
Nie zaprzeczaj takim cudom,
I cudów niezwij czarami.
Daj pokój daremnym trudom.
Widzisz że tu nic nie nada
Ludzki rozum, ludzka rada.

Przybył tu by mi dać życie,
A spotkał straszne skonanie.
Przez to samo dał mi skrycie
Naukę, sam przyznaj panie,
Że ten tylko, ten jedynie,
Żył prawdziwie jak się godzi,
Kto nawet w zgonu godzinie
Śmiercią nawet, życie płodzi!
Pragnę go w tem naśladować, —
Więc i mię każ zamordować.

POLEMIO.

Po tak okropnej obrazie,
Byłbyś już zginął na razie,
Jużbyś światła nie oglądał,
Lecz żyjesz boś śmierci żądał.

KRISANTO.

Ojcze! choć śmiem śmierci wzywać...

POLEMIO.

Przestań mię ojcem nazywać!

KRISANTO.

Nie do ciebie mówię, panie.
Bo choć przez cię wziąłem życie,
To już to słodkie nazwanie
Utraciłeś całkowicie.

Dziś ojcowstwa tytuł święty
Już tobie, panie, odjęty.
Kto inny palmą męczeństwa
Nabył tego dostojeństwa.
Wszak sprawiedliwie się staje,
Że nazwę ojca przybiera
Ten, co za mię życie daje,
Nie ten, który je wydziera.
W głębokiej serca żałobie
Patrząc na tę głowę śnieżną,
Skąpaną we krwi niewinnej,
Pociągającą ku sobie
Magnetycznie moją duszę,
Raz jeszcze ostatni, muszę
Oddać łzami cześć należną,
Wdzięczność i hołd mój powinny.

POLEMIO.

Precz z nim! służba!

DARJA.

Straszne chwile!
Widzę dzisiaj cudów tyle,
Którym zaprzeczać rzecz próżna,
A których pojąć nie można,

POLEMIO (do ESKARPINA).

Bierz ją!

ESKARPIN.

Ja?...

POLEMIO.

Tak! mówię tobie.
A Krisanta... (nakrywa głowę)
w loch podziemny,
Do wieży wrzucić go ciemnej,
Niechaj przepadnie w tym grobie.

KRISANTO.

Nie dziwię się ani boję,
Nie straszny mi loch wilgotny,
I tam nie będę samotny,
Biorę z sobą boleść moję.
Towarzyszyła mi wszędzie,
Wierniejszym nikt mi nie będzie.
Piękna Darjo! bądź mi zdrowa!
A gdy wiesz już kto legł w grobie
Przez wielką miłość ku tobie,
To nie łamże twego słowa
Danego w onej godzinie,
Że tylko tego jedynie
Ukochasz...

POLEMIO.

Prędzej z nim!

DARJA.

Panie!
Gdy krwawym twoim rozkazem
Śmierć zadajesz Krisantowi,
Że cześć oddał Chrystusowi,
Wielkiemu chrześćjan Bogowi,
To każ mię zgładzić z nim razem,
Niech ramię twoje krwi chciwe,
Wraz i moję krew wytoczy.
Bo oto mówię wam w oczy
Wszystkim w obec, głośno, szczerze,
Że bogi w które wierzycie
Są, zmyślone, są fałszywe.
I że dziś jedynie wierzę
W Chrystusa, Boga mojego
Jedynego, prawdziwego,
Którego cuda widzicie,
A który za mnie dał życie.

POLEMIO.

Bierzcież i ją, gdy wyznała
Jak zaślepioną została.

DARJA.

Niechże za twoim rozkazem,
Połączą nas z sobą razem,
Bo już dziś jestem jak żona
Na wieki z nim poślubiona.

Bo gdy tylko wspólnej wiary
Brakło do ślubnej ofiary,
To już niczego nie trzeba,
My dziś jedno w obec nieba.

KRISANTO.

Tego to szczęścia jedynie
Pragnąłbym w śmierci godzinie!

POLEMIO.

Ha! jakież szalone męki!
Szał wściekłości mię porywa!
Pierś w kawały się rozrywa!
Ty! ty!... nie dawaj mu ręki!...
Ja nie chcę by choć na chwilę,
Najmniejszej doznał radości!
Ani myśl dziewko zuchwała
Ty, coś tu dopiero tyle
Popełniła bezbożności,
Żebyś ty dziedziczyć miała
Wielkie imię mego domu!
Nie! tego nie doznam sromu!
Rozłączyć ich!

DARJA.

Okrucieństwo!

KRISANTO.

Ach! to najsroższe męczeństwo!

POLEMIO.

Precz z niemi! weźcie oboje.
Teraz surowość podwoję.
Okazałem sprawiedliwość,
A teraz pokażę mściwość,
A w niej jeszcze osobliwość.
W zemście wszelką przejdę miarę.
Straszny mój wyrok ogłosi
Każdemu z nich dwojga karę
Przeciwną tej, której prosi,
By ich boleść była żywsza,
A zemsta moja dotkliwsza.
Więc Krisanto niech w więzieniu
W najpodlejszem poniżeniu,
Jak łotr, bez żadnej różnicy,
W głodzie, w zimnie, w obnażeniu,
W kajdanach, niech sobie żyje,
Niech żyje, mówię, aż zgnije!
A Darję weźcie osobno
Do publicznego więzienia.
Niech pozna, czem są marzenia,
I niech nakoniec uwierzy,
Że szczęścia, które marzyła,
Ufna w swą piękność nadobną,
Nigdy w życiu nie odzierzy!
Niech zmierzchnie tak piękność czysta,
Ta jej jasność promienista,

Niech zwiędnie ta świeżość lica,
Niech zgaśnie ócz błyskawica!
Dziś ją Diana w ofierze
Na służbę daje Wenerze.
Dziewkę tę dumną, i śliczną
Na hańbę rzucam publiczną!

KRISANTO.

Jeśli zemsty szukasz w męce,
Zabij mię, wszak w twojej ręce
Życie moje, bez obrony;
Lecz honor mi powierzony,
Szanuj godność mojej żony!

DARJA.

Gdy wiara ciebie obraża,
To wiarę tę ukarz we mnie.
Za cóż twój wyrok znieważa
Czystość moją tak nikczemnie!
Obrazić nie mogła ciebie
Czystsza od słońca na niebie.

POLEMIO.

Precz z niemi!

DARJA.

To nad pojęcie!
Taka sromota męczeństwa!

KRISANTO.

Powiedz, jakież cię zaklęcie
Powstrzyma od okrucieństwa?

POLEMIO.

Takiego ogromu kary
Łatwo uniknąć możecie
Jednem słowem, jeśli chcecie.
Oto, wyrzeczcie się wiary
W Chrystusa.

KRISANTO.

Tego jedynie
Nigdy, nigdy nie uczynię!

DARJA.

Ani ja!

POLEMIO.

Więc precz oboje!
Niech się spełnią sądy moje.

ESKARPIN.

Tak panie, nie zmieniaj wcale,
Osądziłeś doskonale.

KRISANTO.

Boże!... lecz czegóż się boję?!
Wierz silnie, małżonko droga,

Że gdy giniemy dla Boga,
On nas zasłoni oboje.

DARJA.

W Nim tylko ufam jedynie,
Całem sercem w tej godzinie,
Bo kiedy On dla mnie kona,
Jemu jestem poślubiona,
Więc nie mogę być shańbiona!

KRISANTO.

On widzi ból, co pochłania
Serce w tej chwili rozstania.

DARJA.

Ufaj mężu!... żegnam ciebie
W ostatniej ziemskiej rozmowie,
Pomnij że złączym się w niebie
Jako niebios kochankowie.

(uprowadzają ich żołnierze.)
POLEMIO.

Czyż podobna gorszym czynem,
Większą, zbrodnią splamić życie,
Jak pozostać chrześćjaninem?!
Nie! nie!... A czyż są, myślicie,
Dla dwojga serc bole krwawsze,
Jak rozerwać je na zawsze?

(do siebie.)

Teraz duszo rozbolała
W gorzkich łzach wylej się cała.

(odchodzi.)
ŻOŁNIERZE Z DARJĄ.
ŻOŁNIERZ.

Wydany rozkaz spełniamy,
Tutaj zostawić ją, mamy,
Powinność nasza skończona.

(odchodzą.)
DARJA.

I oto jest porzucona
Czystość pośrodku sprosności,
Światło pośrodku ciemności,
Słońce śród chmur!
Ciemności, nocne pomroki,
Mgły i chmury i obłoki,
Ze światłem, z jasnością dzienną,
Z słońcem, z czystością promienną,
Zawodzą spór!
I mogą, mogą aż tyle

Swoją władzą straszną, ciemną,
Że słońce zaćmią na chwilę —
Lecz zagasić?... nie w ich sile!
To daremno!
Pociechą jest w takiej dobie
I siłą, pomyśleć sobie:
Że z naszym ziemskim żywotem
Toż samo jest co ze złotem.
Szczerej wartości nie wiemy,
Ręczyć za nią nie możemy,
Póki nie ulegnie próbie
Pod bólem, ogniem i młotem!
Ach! jakaż okropna sprzecznosć,
Jaka tu przepaść głęboka!
Z jednej w drugą ostateczność
Spadam w jednem mgnieniu oka,
Wczoraj jak można najwyżej,
A dziś jak można najniżej!
Lecz czegóż jestem ztrwożona,
Czegóż się lękam w tej dobie?
Wszakże jestem zostawiona
Sama z sobą, samej sobie...
Ach! tak!... lecz te słabe dłonie
Czyż wystarczą ku obronie!
O! nowo poznany Boże!
Ty, któremu w serca skrusze
Oddałam ciało i duszę,
Błagam Cię w całej pokorze,

I ufam jedynie Tobie,
Ratuj mię! ratuj w tej dobie!

(wchodzi ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Otoż przyszedł czas nareszcie,
Że takie cudo niewieście,
Takie doskonałe wdzięki,
Wezmę jak cacko do ręki.
A gdy grzeczność jest zbyteczną,
I byłaby nadaremną,
Tam gdzie cena oznaczona,
I nikomu nie wzbroniona,
Więc — daj rękę i chodź ze mną!

DARJA.

Wszechmogący Ojcze! Boże!
Ocal służebnicę twoję!

GŁOSY W GŁĘBI.

Lew! lew! ratuj się kto może!

GŁOS PIERWSZY.

Lew! ratujcie się! ratujcie!

ESKARPIN.

Sami tam siebie pilnujcie,
Ja tutaj lwa się nie boję.

GŁOS PIERWSZY.

Wypadł z swego legowiska!
Jak wściekły tutaj się ciska!

GŁOS DRUGI.

Istny piorun! żar ma w łonie,
Ogniem bucha, wszystko chłonie!

ESKARPIN.

Piorun? nie boję się gromu,
Bo jestem w wybornym domu,
Piorun, jeżeli uderzy,
To w pałac albo w szczyt wieży;
Nigdy gromy nie padały
W domek taki jak ten mały.
A jeśli to lew, nic więcej,
To wściekłość jego daremną,
Choćby pragnął najgoręcej;
No! daj rękę i chodź ze mną!

(Wbiega lew, staje przy DARJI i mierzy ESKARPINA wzrokiem.)
DARJA.

Ach! jakież okropne zwierze!

ESKARPIN.

Prawda! — i powiadam szczerze,
Nigdy w życiu mojem całem
Takiego lwa nie widziałem.
Jeśli mię weźmie w objęcie,

Jak ciebie o to prosiłem...
Bachusie! któremu święcie
I wiernie zawsze służyłem,
Jeśli masz władzę nad lwami,
Taką jak masz nad wilkami,
Ratuj! bo źle, coraz gorzej!

DARJA.

Zwierzu, urzędniku Boży!
Boś tu przysłan z Jego Woli,
Broń mię, broń w mojej niedoli!

ESKARPIN.

Aj! już się do mnie zabiera!
Już paszczę straszną, otwiera!
Darjo! jeśli w twej obronie
Stawa ten rycerz straszliwy,
To poskrom go! niech ochłonie,
Weź mię z jego łapy mściwej,
A ręczę ci najgoręcej,
Że już nigdy, nigdy więcej
Czci twej w niczem nie ubliżę,
Zaufaj słowu mojemu.

DARJA.

Monarcho dzikiej pustyni!
Królu zwierząt! ty, któremu
Sama natura hołd czyni,
Wieńcząc cię grzywy koroną:

W imię Tego, który ciebie
Przysłał mi w pomoc w potrzebie,
Wzywam cię, gdy tak przyrzeka,
Puść wolno tego człowieka!

ESKARPIN.

Otoż to rozkaz wyborny.
Lew jak baranek pokorny
Schylił czoło ku jej nodze,
Wlokąc grzywę po podłodze,
Jakby najłaskawsze zwierze
Łasząc się, stopy jej liże.

DARJA.

Czyż większy dowód być może
Twojej istności, o Boże!
Potęgą Twego imienia
Pycha w pokorę się zmienia!
Dziwna jak ten lew pogląda...
Rzekłby kto, że mówić żąda!
Groźny ten mocarz pustyni
Wyraźnie mi znaki czyni,
Bym szła za nim — a więc w drogę!
Tobie śmiało ufać mogę.
Wszak tyś jeden mię zasłonił,
Tyś mię od hańby obronił.
Czegóż nie dokaże siła,
Co miłością śmierć zwalczyła!

(odchodzi za lwem.)
ESKARPIN.

A teraz chwilę pomyślę...
Trzeba zważyć jak rzecz była,
Rozebrać mądrze i ściśle.
Który to Bóg lwy wysyła?...
Ten, w którego Darja wierzy,
Ten sam, w którego z pokorą
Wierzył mądry Karpoforo.
Cóż ztąd wnioskować należy?
Że Darja pomoc odbiera,
A Karpoforo umiera.
A więc, co się tycze wiary,
Gdybym jakie miał zamiary,
Trzeba się przyjrzeć z daleka,
Muszę być nie bardzo skory,
Bo nie Darji los mię czeka,
Lecz najpewniej Karpofory.
Co wszystko mając na względzie,
Myślę że najlepiej będzie,
Nawet mądrze i moralnie,
Zachować się neutralnie.
Jak dziś, ani poganinem,
Ani będę chrześćjaninem.
Ot sobie będę nijakim,
Ani takim ani siakim.
Na dwóch stołkach sobie siędę,
Tak się kłopotu pozbędę.

(odchodzi.)
NISIDA I CINTIA
(na ucieczce).
NISIDA.

Uciekajmy!

CINTIA.

Co sił stanie!

NISIDA.

Bo gorsza nam grozi zguba
Niż wtedy, gdy cała chluba
Rozumu i wdzięków siła,
Nagle odjętą nam była,
Przez jakieś straszne uroki,
Przez jakiś letarg głęboki.

CINTIA.

Tak, tak, bo w onej godzinie
Umysł to tylko jedynie
Uległ jakiejś czarów sile,
Padł, zaślepiony na chwilę,
Teraz cios sroższy w nas godzi,
Tu już wprost o życie chodzi. —
Ach! uciekajmy zawczasu!
Patrz! czy widzisz w głębi lasu
Postać okropnego lwiska?
Z ócz jego płomień wybłyska!

NISIDA.

I gdzież się ukryć zdołamy?

CINTIA.

Diano! ciebie wzywamy!...
Ach!... patrz!... tuż obok mocarza,
Co taką trwogą przeraża,
Patrz!... kobieta postępuje...
On dla niej drogę toruje!

NISIDA.

Potęga to czarów skryta.

CINTIA.

Lecz patrz!... widzisz?... ta kobieta...
Wszak to Darja?... tak! to ona!...

NISIDA.

Przecież ona uwięziona...
Lew spokojnie las okrąża,
I prosto ku górom zdąża...
Ona za nim!...

CINTIA.

Już na szczycie, —
Nikną w chmurach i w błękicie. —

(wchodzi ESKARPIN.)
ESKARPIN.

Cały Rzym cudem zdumiony.

NISIDA.

Cóż takiego?...

CINTIA.

Powiedz przecie!

ESKARPIN.

Jakto? czyż tego nie wiecie?
Krisanto był uwięziony,
Gdzie męczarniami bez liku
Z woli ojca był dręczony.
I Darja też była wzięta,
I do więzienia zamknięta,
(Ach! nie mów gdzie, mój języku!)
Aż oto ten, co ich broni,
Śle im pomoc w takiej toni,
Rozbija kraty więzienne,
Ciężkie podwoje odmyka,
I oboje wyswobadza,
I z więzienia wyprowadza,
A lwisko straszne, płomienne,
Służy jej za przewodnika.
A tak korzystając z pory
Oboje uciekli w góry. —
Ale wieść ta niesłychana
Doszła aż do Numerjana,
Który gniewem uniesiony
Posądzając Polemiusza,

Że cała cudów przyczyna
Jest chęć uwolnienia syna,
Z całym dworem tu wyrusza,
A za nim ciągną, legiony,
I ćma narodu przybiega,
I wzgórza w koło zalega.

CHÓR GŁOSÓW. I.

Do lasu!

CHÓR DRUGI.

W pole!

CHÓR TRZECI.

Na góry!

ESKARPIN.

Słyszycie te głosów chóry?
A gdy koniecznie wypada
Widzieć to na własne oczy,
Biegnę tam gdzie lud się tłoczy.

CINTIA.

Ach! ja takbym wiedzieć rada
Jaki tego koniec będzie!
Gdybym nie miała na względzie,
Że to dla mnie nie przystoi...

ESKARPIN.

Uczyń zadość chęci twojej,

Sama nadzwyczajność rzeczy
Wymówkę ci zabezpieczy.

NISIDA.

Dobrze mówisz! — a więc dalej!
Lećmy tam gdzie tłum się wali.

CINTIA.

Więc lećmy!

ESKARPIN.

W tak miłym rzędzie
Pragnę być zawsze i wszędzie.

(odchodzą.)
DARJA.
(postępująca za lwem.)
DARJA.

Gdzież to mię wiedziesz powolnym krokiem,
W tę ustroń dziką, tajemną,
Śród tych skał mglistym pokrytych mrokiem,
W pieczarę jakąś tajemną?...
Cóż to? zniknąłeś przed moim wzrokiem?...
Zapadł w tę otchłań tak ciemną!
I nad tej strasznej przepaści bramą
Znowu zostawił mię samą!

Straszno mi!... straszno!... cisza do koła...
Ach! znam cię zgubna ustroni!
W tobie to, echo zaklęte woła,
Żałobna muzyka dzwoni!
Ja nie chcę ciebie!... ja cię porzucę!...
Lecz gdzież się teraz obrócę?!...

GŁOS (wewnątrz).

Darjo najdroższa!

DARJA.

Któż to mię wzywa?...
Nie!... nie!... to tylko złudzenie...
Ach bo ja dzisiaj tak nieszczęśliwa,
Że choć najcichsze wietrzyka tchnienie,
I lada listek co się poruszy,
Już trwogę budzi w mej duszy!
Ja nieszczęśliwa?... ja?!... o! mój Boże!
Przebacz mi! błagam w pokorze!
O! jam szczęśliwa na wieków wieki,
Bo pewna Twojej opieki!
Chrztem dla mnie świętym bądźcie, łzy moje!
Dajcie mi siłę ogromną,
Przez was niech duszę mocniej uzbroję,
W męztwo i wiarę niezłomną!

GŁOS (wewnątrz).

Darjo!

DARJA.

Znów woła!... dobrzem słyszała,
Lecz nic nie widać do koła!
Zkąd głos idzie, nie pojmuję...
Kto mię woła?

(KRISANTO wychodzi z groty.)
KRISANTO.

Ten, który w tobie nie piękność ciała,
Lecz piękność duszy miłuje;
Ten, co przez twoją, gwiazdę wiedziony,
Prawdziwie wolny, z nieba natchniony,
Za światłem zdąża ku tobie,
Aby już z tobą żyć zawsze razem,
Albo wraz z tobą pod jednym głazem
Ledz w grobie!

DARJA.

Tego mi szczęścia brakło jedynie
Widzieć cię mężu tu, w tej godzinie,
Na domiar cudów tych niesłychanych,
Dzisiaj przezemnie doznanych.
Słuchaj...

CHÓR GŁOSÓW. I.

Do lasu!

CHÓR DRUGI.

Na góry!

CHÓR TRZECI.

Na góry!

KRISANTO.

Zewsząd ciągną ludu chmury,
Dokoła żołnierstwa zgraje...
Już otaczają pieczarę.

DARJA.

Cóż nam teraz pozostaje?

KRISANTO.

Wytrwać — i zginąć za wiarę!

DARJA.

Tutaj na tym śmierci progu,
Powtórzę tobie wyrazy,
Które już po tysiąc razy
Wymówiłam w duszy skrycie:
Że tyle się dłużną czuję
Twemu i mojemu Bogu,
Tak Go wielbię i miłuję,
Że uznam się za szczęśliwą
Gdy za jego cześć prawdziwą
Będę mogła oddać życie.

(POLEMIO w głębi.)
POLEMIO.

Za niemi! dalej! za niemi!
Tą ciemną śród skał dróżyną,
Skryli się tam w głębi ziemi.
Niech tam giną!

DARJA.

Mężu, śmierci się nie boję,
Śmiało na nią czekam tu,
Tem się tylko niepokoję
Że ginąć muszę bez chrztu!

KRISANTO.

Trwoga twoja płonna jest,
Uspokój się, mówię ci,
Bo męczeństwo jest to chrzest,
Z pragnienia, z ognia, i z krwi.

(wchodzi POLEMIO z żołnierzami.)
POLEMIO.

Za mną tu, za mną żołnierze,
Już tu musimy ich złowić,
Ostatnia to ich godzina!
Ja pierwszy w niego uderzę,
By nikt nie ważył się mówić,
Żem nad bogów przeniósł syna.
Niech cesarz na powitanie
Martwe ich zwłoki dostanie!
A gdy żyjąc mieli w łonie
Jedną miłość, jeden ślub,
Niechże mają i przy zgonie
Jedno łożę, wspólny grób!

KRISANTO.

Taki zgon jest upragniony!

DARJA.

Niech będzie błogosławiony!
Teraz mi jest rozjaśniona
Prawda wprzódy nie pojęta,
Którą, z głębi twego łona
Dałaś mi groto zaklęta:
Że gdy ta przepaść bezdenna
Zmieni się w grobowiec mój,
Chwila ta święta, bezdenna,
Otworzy mi szczęścia zdrój!

(żołnierze wrzucają ich w przepaść — słychać grzmoty.)
POLEMIO.

Bierzcie głazy, skał odłamy,
Zawalić otwór tej jamy!

(wchodzą NUMERJAN, KLAUDJUSZ, AURELIUSZ, NISIDA, CINTIA lud i żołnierstwo.)
NISIDA.

Co to? co to? co się dzieje!
Cała ze strachu truchleję!

POLEMIO.

Jęknęły podziemia góry,
Całe niebo skryły chmury!

KLAUDJUSZ.

Słońce ciemnością zgaszone
Całe powietrze zaćmione!

CINTIA.

Komet ogony gwiaździste
Płoną, jak miotły ogniste!

AURELJUSZ.

Odwieczne góry i skały
Pękają w drobne kawały!

POLEMIO.

Prawda! oto szczyt tej góry,
Co się wznosił po nad chmury,
Pchnięty tajnemi siłami
Wstrząsł się i runął przed nami!

CINTIA.

A jakby na hasło dane
Dźwięki nigdy nie słyszane,
Harmonijne, cudne głosy
Z pod ziemi biją w niebiosy!

NUMERJAN.

Wszystko dziś cudem w istocie!
Rzym cały świętuje w grocie,
A słońce w tej chwili właśnie
Z żalu ciemnieje i gaśnie.

ŚPIEW.

Chwila to święta, zbawienna,
Po stokroć błogosławiona,

W której ta przepaść bezdenna
W grobowiec Darji zmieniona.

(odłamany wierzchołek skały zsuwa się, i zawala wejście do pieczary — na szczycie staje ANIOŁ.)
ANIOŁ.

Ta grota, — skarbnica droga,
Zwierzona jest mojej straży,
Niechże nigdy ludzka noga
Deptać jej się nie poważy. —
Ten zwalony głaz skalisty
Stanie za pieczęć grobową,
Jakoby żałobne słowo,
Jako pomnik wiekuisty.
Niech jako ołtarz męczeństwa
Z pod swoich skrzydeł opieki
Udziela błogosławieństwa
Przez wieki, wieki i wieki!
Przez niego tu będą zwalczone
I czas i niszczące żywioły,
Niech świadczy że tu są złożone
Kochanków nieba popioły.

KLAUDJUSZ.

Waszemi czystemi modłami
Wstawcie się, wstawcie za nami!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Karol Baliński.