Czterech jeźdźców Apokalipsy/Część druga/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Vicente Blasco Ibáñez
Tytuł Czterech jeźdźców Apokalipsy
Data wydania 1924
Wydawnictwo Księgarnia Biblioteki Dzieł Wyborowych
Drukarz drukarnia „Rola“ Jana Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Helena Janina Pajzderska
Tytuł orygin. Los cuatro jinetes del Apocalipsis
Źródło Skany na commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Indeks stron

IV

PRZY ŚWIĘTEJ GROCIE

Argensola znalazł sobie bardziej wzruszające zajęcie niż śledzenie na mapie położenia wojsk.
— Oddaję się teraz kreciej robocie — mówił do przyjaciół. I od czwartej do piątej zjawiał się z punktualnością amatora herbaty.
Codziennie o tej godzinie niemiecki aeroplan krążył nad Paryżem, rzucając bomby. To wtargnięcie nie wywoływało przestrachu; ludność przyjmowała je jak widok nadzwyczajny i zajmujący. Na próżno awiatorzy zasypywali miasto niemieckiemi chorągiewkami, dając na nich ironiczne wieści o rozsypce wojsk cofających się i o niepowodzeniach rosyjskiej ofenzywy. Kłamstwa, wszystko kłamstwa! Napróżno rzucali bomby, burząc budynki i zabijając lub raniąc starców, kobiety i dzieci. „Ach bandyci“. Tłum wygrażał pięścią złośliwemu owadowi, ledwo widzianemu na wysokości dwóch tysięcy metrów, a potem przeprowadzał go wzrokiem z ulicy na ulicę, lub stawał na placach, śledząc jego poruszania.
Jednym z najgorliwszych widzów był Argensola.
O czwartej stawał na placu Zgody z głową zadartą do góry i otwartemi szeroko oczami, obok innych, z którymi rychło zawiązał towarzyskie stosunki. Byli jak abonenci jednego teatru, którzy, spotykając się ciągle, zaprzyjaźniają się. „Przyjdzie?... Nie przyjdzie dziś?“ Najzacieklejszemi były kobiety. Niektóre zjawiały się zadyszane i rozczerwienione pośpiechem, z obawą, że się mogły spóźnić na widowisko. Olbrzymi okrzyk: „Już! Już!... Już jest!“ Tysiące rąk wskazywało jakiś punkt niewyraźny na widnokręgu. Twarze zbroiły się w lornetki i szkła przybliżające; przekupnie krążyli ofiarowując wszelkiego rodzaju narzędzia optyczne. I przez godzinę trwało to roznamiętniające widowisko powietrznego polowania, hałaśliwego i zbędnego.
Owad zamierzał zawsze zbliżyć się do wieży Eiffel, a od jej stóp rozlegały się wystrzały, podczas gdy na jej różnych platformach brzmiał wściekły klekot mitraljez. Nad miastem unosiła się strzelanina z dachów i z głębi ulic. Wszyscy strzelali, mieszkańcy, którzy mieli jakąś broń w domu, żołnierze gwardji, wojskowi angielscy i belgijscy przebywający tu w przejeździe przez Paryż. Wiedzieli, że strzały ich są bezcelowe, ale strzelali z chęcią dokuczania wrogowi, bodaj samym zamiarem w nadziei, że przypadek, dokaże cudu. Ale jedynym cudem było to, że się nie pozabijali wzajemnie w tym pośpiesznym ogniu. A i tak ci i owi przechodnie padali ranieni zabłąkaną kulą.
Argensola chodził po ulicach śledząc zwroty nieprzyjacielskiego ptaka, usiłując zgadnąć, gdzie padają jego pociski, być jednym z pierwszych, którzy dobiegną do zbombardowanego domu, rozzuchwaleni odzywającemi się z dołu wystrzałami. Argensola nie posiadał karabinu jak Anglicy, przybrani w kaki, lub ci Belgowie w czapkach dzielnicowych z kitką na czole!... Wreszcie „Kret“ zmęczony temi ewolucjami znikał. „Do jutra — myślał Hiszpan. — „Ten jutrzejszy będzie może bardziej zajmujący“.
Godziny wolne pomiędzy obserwacjami geograficznemi i badaniem nadpowietrznych widowisk tracił na krążeniu koło dworców kolejowych, zwłaszcza w pobliżu Quai d'Orsay gdzie widywał tłumy podróżnych, uciekających z Paryża. Nagłe ujawnienie prawdy — po złudzeniach, jakie wywołał Rząd swemi optymistycznymi poglądami — pewność, że Niemcy są już blizko, gdy przed tygodniem wyobrażano ich sobie w rozsypce, „krety“ krążące nad miastem, tajemnicza groźba Zeppelinów wszystko to budziło nieopisany popłoch. Dworce strzeżone przez wojsko, przepuszczały tylko tych, którzy mieli nabyte przedtem bilety. Niektórzy czekali całemi dniami na swoją kolej wyjazdu. Niecierpliwsi wyruszali pieszo, by tylko co najprędzej znaleźć się za miastem. Drogi zaczerniły się mrowiem ludzkiem, zdążającem w jednym kierunku. Spieszyli na Południe, w automobilach, w konnych powozach, w wózkach ogrodniczych, na piechotę.
Argensola z niezamąconą pogodą patrzył na tę ucieczkę. On był z tych, którzy pozostawali. Zawsze spoglądał z podziwem na tych, którzy przebyli oblężenie Paryża w 1870. Teraz pomyślny los pozwalał mu być świadkiem bardziej jeszcze ciekawego dramatu historycznego. Co on będzie miał do opowiadania! Ale drażniła go obojętność i roztargnienie jego najbliższego otoczenia. Wracał do pracowni, rad z nowin, jakie nazbierał, zgorączkowany chęcią udzielenia ich Juljanowi, a ten słuchał ich, jak gdyby nie słyszał. Tego wieczoru, kiedy mu przyniósł wiadomość, że Rząd obie Izby, ciało dyplomatyczne i nawet artyści Komedji Francuskiej wyjeżdżają w tej chwili właśnie specjalnymi pociągami do Bordeaux, przyjaciel odpowiedział mu na to machnięciem ręką.
Inne były jego troski. Dziś rano otrzymał list od Margarity; kilka słów skreślonych pośpiesznie. Wyjeżdżała; wyjeżdżała natychmiast w towarzystwie matki. Żegnaj! I nic więcej. Trwoga rozluźniała wiele związków; puszczała w zapomnienie wiele uczuć: ale Margarita była wyższą nad te bojaźliwości, żeby uciekać! Juljan dopatrzył się czegoś niepokojącego w jej lakonizmie.
Dlaczego nie wspomniała mu dokąd jedzie?
Wieczorem uczynił to, czego mu ona zawsze zabraniała. Wszedł do domu, gdzie mieszkała Margarita i wdał się w rozmowę z odźwierną. Poczciwa kobieta, wyrwana raptownie ze zwykłych zajęć przez ucieczkę lokatorów, rada była, że się może wygadać! Pani z pierwszego piętra — matka Margarity — ostatnia opuściła dom, pomimo, że była chorą od wyjazdu syna. Wyjechały obie, z córką, dnia poprzedniego, nie powiedziawszy, gdzie jadą. Odźwierna wiedziała jedynie, że wsiadły do pociągu na dworcu d'Orsay. Uciekły na Południe, jak wszyscy bogaci.
I uzupełniała swe wiadomości napomknieniem, że córka była bardzo wzruszona nowinami z pola wojny. Ktoś z rodziny był ranny. Może brat; ale odźwierna nie wiedziała. Wśród tylu niespodzianek i wrażeń trudno było rozpytywać się o wszystko. Ona także miała męża na froncie i obchodziły ją jej własne sprawy.
— Gdzie pojechała? — zadawał sobie pytanie Juljan. — Dlaczego chciała, żebym nie wiedział o tem?
Gdy późnym wieczorem Argensola powiedział mu o wyjeździe Rządu i całego Gabinetu, co jeszcze nie było wiadomem publicznie, Juljan namyśliwszy się czas jakiś, rzekł:
— Dobrze robią. Ja także wyjadę jutro, jeżeli będę mógł.
Pocóż ma zostawać w Paryżu? Rodzina była nieobecną. Ojciec jego, — według wiadomości Argensoli — wyjechał także, nie mówiąc dokąd. Po tajemniczej ucieczce Margarity został sam, w samotności, która go napełniała wyrzutami sumienia.
Tego wieczora, przechodząc bulwarami, natknął się na przyjaciela, trochę zapędzonego w latach, poznanego w sali fechtunkowej, dokąd uczęszczali obaj. Był pierwszym, jakiego spotkał od początku wojny, i razem przebiegli pamięcią towarzyszy, którzy poszli do wojska. Tamten odpowiadał na pytania Juljana: Taki to... ranny w Lotaryngji i znajduje się w szpitalu na Południu. A inny?... zginął w Wogezach. A jeszcze inny? Przepadł bez wieści w Charleroi. I tak ciągnęła się dalej bohaterska i żałobna opowieść. Ale większość żyła i dokonywała cudów waleczności. Inni towarzysze pochodzenia cudzoziemskiego, młodzi Polacy, Anglicy, przebywający w Paryżu, Amerykanie z Południowych Republik zapisywali się na ochotników. Sala fechtunkowa powinna była czuć się dumną z tej młodzieży; wszyscy ćwiczyli się w używaniu broni podczas pokoju, a teraz wszyscy byli na froncie, narażając życie. I Juljan odwrócił wzrok, jak gdyby odgadując w oczach przyjaciela wyraz ironiczny i pytający. Dlaczego nie poszedł on, jak inni, bronić ziemi, na której żył?
— Jutro pojadę — odparł Juljan, zasępiony tem wspomnieniem.
Ale pojechał na Południe, jak wszyscy, którzy uciekają przed wojną.
Następnego ranka Argensola podjął się zdobyć dla niego bilet do Bordeaux. Wartość pieniędzy zwiększyła się znacznie. Pięćdziesiąt franków, doręczonych w porę, dokazały cudu dostarczenia mu kawałka numerowanego kartonu, która to zdobycz przedstawiała dla wielu całe dnie oczekiwania.
— To na dzisiaj — rzekł Juljanowi Argensola. — Musisz wyjechać wieczorem.
Przygotowania nie trwały długo. Pociągi przyjmowały tylko ręczne walizki. Argensola odmówił hojności Juljana, który chciał podzielić się z nim do połowy wszystkiemi pieniądzmi, jakie miał. Bohaterowie potrzebują mało, a malarz dusz, czuł w sobie bohaterskie postanowienie. Zwięzłe oznajmienie Gallienie'go, aby gotować się do obrony Paryża znalazło echo w jego sercu. On również postanowił wytrwać do upadłego, jak twardy generał.
— Niech przyjdą — rzekł tragicznym tonem. — Znajdą mnie na mojem miejscu.
Miejscem jego była pracownia. Chciał patrzeć na rzeczy zblizka, aby opowiadać o tem przyszłym pokoleniom. Wytrwa jakoś z zapasem wina i żywności, jakie posiadał. A przytem zamierzał, skoro tylko przyjaciel wyjedzie, sprowadzić do siebie pewne przyjaciółki, które krążyły po kominkach w poszukiwaniu wątpliwego obiadu i lękały się samotności w swoich mieszkankach. Niebezpieczeństwo zbliża dobrych ludzi i dodaje nowego powabu rozkoszom współżycia. Miłosne porywy więźniów Terroru, gdy każdej chwili mieli być zaprowadzeni na gilotynę, ożyły w pamięci Argensoli. Wychylmy jednym haustem kielich wina, my, którzy mamy umrzeć. Pracownia przy ulicy de la Pompe miała być świadkiem takich samych zwarjowanych i rozpaczliwych uciech, jakie się dzieją na statku, który osiadł na mieliźnie z całą obfitością zapasów żywnościowych.
Juljan wyjechał z dworca d'Orsay w przedziale pierwszej klasy. Chwalił w duchu wzorowy porządek, z jakim władze urządziły wszystko. Każdy podróżny miał swoje miejsce. Ale na stacji Austerlitz tłum ludzki opanował pociąg. Pootwierały się drzwiczki, jak gdyby miały pęknąć; pakunki i dzieci wrzucano przez okna. Ludzie tłoczyli się, jak gdyby uciekali przed pożarem. W przestrzeni, przeznaczonej dla ośmiu pasażerów, umieściło się czternastu; korytarze zapchały się walizkami, na których sadowili się nowo przybyli. Znikły różnice stanowe. Ludność wiejska pchała się do wagonów zbytkownych w nadziei, że tam znajdzie więcej miejsca. Ci, którzy mieli bilety pierwszej klasy, szukali tańszych wagonów w próżnej nadziei, że tam będą jechać swobodniej. Na bocznicach czekały od poprzedniego dnia swojej godziny odejścia olbrzymie pociągi, złożone z wagonów bydlęcych. Teraz były one napchane ludźmi, którzy siedzieli na drewnianej podłodze lub na krzesłach, przyniesionych z domu. Każdy pociąg był jak obozowisko, wyczekujące niecierpliwie chwili wyruszenia, a podczas gdy stał nieruchomy, sterty tłustych papierów i torebek od owoców, gromadziły się dokoła niego.
Tłum szturmujący popychał się, przepraszając i przebaczając sobie wzajemnie, po bratersku. „Na wojnie, jak na wojnie“ mówiono, jako najwyższą wymówkę. I każdy przyciskał się do sąsiada, aby mu zrobić kęs miejsca, by wsunąć jego mizerne węzełki pomiędzy inne pakunki, pokładzione gdzie się dało, z całkowitem lekceważeniem najprostszych zasad równowagi. Juljan zwolna tracił swoje przywileje podróżującego od początku. Litość budzili w nim ludzie, którzy czekali na pociąg od czwartej zrana do ósmej wieczorem. Kobiety jęczały ze znużenia, stojąc wyprostowane w korytarzach i patrzyły z szaloną zazdrością na tych, którzy mieli jakieś siedzące miejsce. Dzieci płakały, kwiląc, jak zgłodniałe kózki. Juljan wreszcie ustąpił swoje miejsce i rozdał potrzebującym i nieopatrznym wszystką żywność, w jaką go zaopatrzył Argensola. Restauracje stacyjne były doszczętnie spustoszone. Podczas długich postojów widziało się tylko wojskowych na ławkach, żołnierzy, którzy biegli na wezwanie trąbki i wracali zająć dawne miejsce w wagonach, które szły i szły do Paryża. Na bocznicach wyczekiwały także wielkie pociągi wojenne na opróżnienie linji, by mogły jechać dalej. Żołnierze pancerni w żółtych kamizelkach na stalowych piersiach siedzieli ze zwieszonemi na zewnątrz nogami w bydlęcych wagonach. Na platformach leżały uszykowane łoża działowe. Smukłe gardła 70-cio calówek sterczały w górę, jak teleskopy.
Juljan spędził noc w korytarzu, siedząc na brzegu jakiejś walizki i widział, jak spali inni, powaleni znużeniem i wrażeniami.
Była to noc okrutna i bez końca, pełna wstrząśnień, hałasów i ciszy, przerywanej niepojętymi rykami. Na każdej stacji trąbki grały pośpiesznie, jak gdyby nieprzyjaciel był tuż, tuż. Żołnierze z Południa biegli na swoje miejsca i nowa fala ludzka płynęła po relsach ku Paryżowi. Wydawali się weseli i żądni przybyć jak najprędzej na miejsca rzezi. Wielu narzekało, mniemając, że przybędą z opóźnieniem. Juljan, stojąc oparty o okno, słuchał rozmów i nawoływań na tych ławkach, przesiąkniętych ostrą wonią ludzi i zwierząt. Wszyscy okazywali niezachwianą wiarę.
Les boches! Jest ich jak mrowia; wielkie armaty, moc mitraljez, ale tylko nastawić bagnet, a uciekają, jak zające. Jakiś starszy jegomość, dekorowany typ urzędnika na emeryturze, zasypywał Juljana pytaniami: „Pan sądzi, że dojdą do Tours?“ I zanim ten zdążył mu odpowiedzieć, zasypiał. Przez sen wyciągał zdrętwiałe nogi przed siebie na całą szerokość korytarza. Potem, budził się nagle: „Pan myśli, że dojdą do Bordeaux?“ I w pragnieniu dotarcia wraz z rodziną do jakiegoś zupełnie pewnego miejsca przyjmował jak wyrocznię nieokreślone odpowiedzi.
O świcie zobaczyli straże ziemskie, pilnujące dróg. Szli zbrojni w stare strzelby, mając na głowach czerwone kepi, jako jedyną wojskową oznakę. Podążali w kierunku przeciwnym, niż pociągi wojskowe.
Na stacji w Bordeaux tłum cywilnych, przepychających się, żeby wysiąść lub wsiąść do nowych wagonów, pomieszał się z wojskiem. Trąbki grały bezustanku, zwołując żołnierzy. Wielu było kolorowych, strzelców, o obszernych, szarych spodniach i czerwonych czapkach nad czarnemi i bronzowemi twarzami. Wszyscy spieszyli na Północ.
Juljan zobaczył pociąg rannych, pochodzących z bitew we Flandrji i Lotaryngji. Brudne, zniszczone mundury świeciły białymi bandażami, ochraniającymi zbolałe członki lub potłuczone głowy. Wszyscy zdawali się uśmiechać posiniałemi usty i zgorączkowanemi oczyma do ziemi Południa, wynurzającej się z pomiędzy rannych mgieł, ozłoconej słońcem, pokrytej królewską zielonością swych łąk. Ludzie Północy wyciągali ręce do owoców, jakie im podawały kobiety i ssali chciwie słodkie, krajowe winogrona.
Juljan spędził cztery dni w Bordeaux, oszołomiony i strapiony hałaśliwością prowincjonalnego miasta, przedzierzgniętego raptem na stolicę. Hotele były zapchane; wielu dygnitarzy poprzestało na pomieszczeniach służbowych. W kawiarniach nie było jednego wolnego krzesła; chodniki były przepełnione tym nadzwyczajnym napływem gości. Prezydent zamieszkał w Prefekturze; ministerja poumieszczały się w szkołach i muzeach; dwa teatry przygotowano na przyszłe posiedzenia Senatu i Izby Niższej. Juljan wynalazł podrzędny i dwuznaczny hotelik, w jakimś zaułku, stale mokrym wskutek załatwiających się tam przechodniów. Amorek zdobił szyby drzwi wchodowych. W pokoju Juljana lustro było zabazgrane kobiecemi imionami, urywkami zdań na pamiątkę godziny gościnności tutaj. A jednak wiele dam z Paryża, napróżno poszukujących mieszkania, zazdrościło Juljanowi takiego szczęścia.
Poszukiwania jego okazały się bezowocnemi. Przyjaciele, których spotykał w tłumie uciekienierów, myśleli o własnym losie. Umieli mówić tylko o własnych, mieszkaniowych kłopotach, powtarzali wieści, zasłyszane od ministrów przez tych, którzy żyli z nimi na stopie poufałej; napomykali tajemniczo o wielkiej bitwie, zaczynającej się od okolic Paryża aż do Verdun. Pewna uczennica z czasów jego chwały, zachowująca dawną elegancję w swoim mundurze sanitarjuszki, udzieliła mu wreszcie niejakich wiadomości: „Mała pani Laurier? Słyszała od kogoś, że mieszka gdzieś blizko. Może w Biarritz“. Juljan nie potrzebował więcej, by znów się udać w podróż. Do Biarritz.
Pierwsza osoba, którą spotkał, przybywszy tam, była Cziczi. Oświadczyła mu, że pobyt tam był nie do zniesienia, ze względu na bogatych letników hiszpańskich: „To są przeważnie bosze. Ja biję się po całych dniach. Wkońcu zostanę tu sama“. Potem spotkał matkę; łzy i uściski. Następnie zobaczył ciotkę Helenę w salonie hotelowym, zachwyconą miejscowością i jej letnikami. Z wieloma z nich mogła mówić swobodnie o upadku Francji.
Wszyscy oczekiwali wiadomości o wejściu Kajzera do stolicy.
Poważni mężczyźni, którzy nic nigdy w życiu nie zrobili, krytykowali niedobory i błędy Republiki. Młodzieńcy, których dystynkcją zachwycała się donja Helena, piorunowali na zepsucie Paryża, zepsucie, jakie studjowali gruntownie aż do wschodu słońca w cnotliwych szkołach Montmartre'u. Wszyscy uwielbiali Niemcy, gdzie nigdy nie byli i które znane im były tylko z kinematograficznych wyświetlań. Przystosowywali do wydarzeń kryterjum areny byków. Niemcy bili tęgo. „Z nimi się nie igra, są bardzo brutalni“. I zdawali się zachwycać tą brutalnością, jak najcenniejszą z zalet.
— Dlaczego nie mówią tego u siebie, po tamtej stronie granicy? — oburzała się Cziczi. — Dlaczego pchają się do domu sąsiada, żeby się natrząsać z jego kłopotów? A uchodzą za ludzi dobrze wychowanych!
Juljan nie przyjechał do Biarritz, żeby przybywać ze swojemi.
Tego samego dnia zobaczył zdaleka matkę Margarity. Rozpytując się na wszystkie strony, dowiedział się, że córka przebywała w Pau. Była sanitariuszką i doglądała kogoś rannego z rodziny. „Brata... niewątpliwie brata“ — pomyślał Juljan.
I udał się do Pau.
Poszukiwania w szpitalach okazały się bezowocnemi. Nikt nie znał Margarity. Codziennie przybywał pociąg z nowym ładunkiem poszarpanego ciała, ale brata nie było wśród rannych. Jakaś zakonnica, sądząc, że Juljan szuka kogoś z rodziny ulitowała się nad nim i dopomogła mu swemi wskazówkami. Niech jedzie do Lourdes; tam jest wielu rannych i sanitariuszek świeckich. I Juljan natychmiast odbył krótką podróż z Pau do Lourdes.
Nie był nigdy w świętem miejscu, którego nazwę matka jego powtarzała często. Dla donji Luizy naród francuski to było Lourdes. W rozmowach z siostrą i cudzoziemkami, które żądały zagłady Francji dla jej bezbożności dobra kobieta streszczała zawsze swe poglądy temi samemi słowy:
— Gdy Najświętsza Panna chciała się ukazać w naszych czasach wybrała Francję. Nie może być tak złym ten kraj, jak powiadają. Gdy zobaczę, że się ukazała w Berlinie, wtedy pogadamy.
Ale Juljan nie tracił czasu na rozpamiętywanie naiwnych pojęć swojej matki. Zaledwie umieścił się w hotelu tuż przy rzece, pobiegł do wielkiej gospody, przemienionej na hotel. Dozorcy powiedzieli mu, że do wieczora nie będzie mógł zobaczyć się z dyrektorem. By zaprzątnąć czemś pożerającą go niecierpliwość poszedł ulicą, wiodącą do bazyliki, całą złożoną z namiotów i sklepów z obrazami i pamiątkami pobożnemi, co czyniło z niej wielki bazar. Tu i w ogrodach, przyległych do kościoła, zobaczył rannych rekonwalescentów, noszących jeszcze na mundurach ślady walki. Płaszcze były brudne, pomimo starannego czyszczenia. Błoto, krew, deszcz, pozostawiły na nich niezatarte ślady, nadając im sztywność tektury. Niektórym rannym powypruwano rękawy, by oszczędzić bolesnego tarcia ich połamanym członkom. Inni mieli jeszcze na spodniach strzępy powyszarpywane odłamkami obusów.
Byli tam wojskowi wszystkich armji i różnych ras: piechurzy, jeźdźcy, artylerzyści, żołnierze stołeczni i kolonjalni, wieśniacy francuscy i strzelcy afrykańscy, głowy jasnowłose, twarze mahometańskiej bladości i czarne oblicza Senegalczyków, o niebieskawych białkach i ognistych oczach; jedni o powierzchowności dobrodusznej i opasłej mieszczucha, raptem przedzierzgniętego w wojaka; inni szczupli, nerwowi, o wyzywających profilach, jak ludzie, zrodzeni do bitew i wyćwiczeni w egzotycznych kampanjach.
Miasto, do którego pobożna nadzieja ściągała tłumy chorych katolików z całego świata, zaludniły teraz rzesze niemniej cierpiące, lecz przybrane w karnawałowe barwy. Wszyscy, pomimo fizycznego wyczerpania mieli wygląd do pewnego stopnia swobodny i zadowolony. Widzieli śmierć z bardzo bliska, wymknęli się z jej kościstych uścisków i radość życia przynosiła im nowe uśmiechy. Ten tłum bohaterski w swych płaszczach dekorowanych, z teatralnemi ozdobami, w czerwonych, szamerowanych kepi i czapkach afrykańskich przedstawiał się na ogół dość opłakanie. Mało który z nich zachowywał postawę wyprostowaną, tę dumę człowieczej wyższości. Posuwali się zgięci, utykający, oparci na lasce lub na przyjaznem ramieniu. Innych ciągniono na wózkach, które tyle razy służyły, by przewozić pobożnych chorych z dworca do groty Najświętszej Panny. Inni jeszcze szli omackiem, z obandażowanemi oczami, mając przy sobie dziecko lub sanitarjuszkę. Pierwsze starcia w Belgji i na Wschodzie, pół tuzina bitew wystarczyły, by wytworzyć te ruiny fizyczne, napiętnować męzką piękność okrutnem zniekształceniem i niedołęstwem. A te organizmy, które upierały się przy życiu i pławiły w słońcu swe odradzające się siły, przedstawiały tylko znikomą cząstkę wielkiego oblężenia śmierci. Za niemi pozostawało tysiące i tysiące towarzyszy, jęczących w szpitalnych łóżkach, z których może już nigdy nie powstaną. Tysiące i tysiące innych pozostało ukrytych na zawsze we wnętrznościach ziemi, zwilżonych pianą ich konania, ziemi fatalnej, która pod ulewą pocisków rodziła tylko żniwo krzyży.
Wojna ukazała się oczom Juljana z całą swą okrutną brzydotą. Mówił o niej dotychczas, jak się mówi o śmierci w pełni zdrowia, wiedząc, że istnieje i jest straszna, ale jeszcze tak daleka! tak daleka, że nie wywołuje prawdziwego wrażenia. Wybuchom obusów towarzyszyła w ich niszczycielskiej potędze, jakaś okrutna żartobliwość, zniekształcając śmiesznie ciało ludzkie.
Juljan widział rannych, odzyskujących już siły żywotne, a będących tylko szczątkami człowieczeństwa; straszliwe karykatury, jakie zuchwalstwo nauki wywlokło z grobów; kadłuby, z głową, toczące się po ziemi na kółkach; czaszki, których mózg drgał pod sztuczną powłoką; istoty bez rąk i nóg, spoczywające na wózkach, niby jakieś niedokończone szkice rzeźbiarskie lub okazy dysekcjonalne; twarze bez nosów, ukazujące jak trupie głowy, czarne wgłębienia nosodołów. I ci, pół-ludzie, rozmawiali, śmieli się, palili, radzi, że widzą niebo, że czują ciepło słońca, że wrócili do świata, opanowani jedynie najwyższą wolą życia, która ufnie zapomina o obecnej niedoli w nadziei czegoś lepszego.
Juljan doznał tak silnego wrażenia, że zapomniał chwilowo, co go tu przywiodło... Gdyby ci, co wywołują wojnę z gabinetów dyplomatycznych, lub przy stołach Sztabu Generalnego mogli oglądać ją nie na polach bitwy, z tym zapałem, który tłumi uczucia, ale na chłodno, jak się ją widzi w szpitalach i na cmentarzach po tych resztkach, jakie za sobą zostawia!... Młodzieniec ujrzał w wyobraźni kulę ziemską, niby statek olbrzymi, płynący w nieskończoność. Załoga jego, biedni ludziska trwali wieki i wieki, tępiąc się na pokładzie. Nikt z nich nie wiedział, co tam jest na dnie, pod ich stopami. Zająć najwięcej przestrzeni w świetle słońca było pragnieniem każdej, poszczególnej gromady. Ludzie, uważani za wyższych, popychali te masy do wzajemnej zagłady, by dosięgnąć ostatniego mostka, ująć za ster i nadać okrętowi określony kierunek. I wszyscy oni, opanowani żądzą władzy, wiedzieli to samo... nic! Nikt z nich nie mógł powiedzieć na pewno, co jest poza widzialnym horyzontem, ani gdzie kieruje się statek. Głucha nieżyczliwość tajemniczości otaczała ich wszystkich; życie ich było kruche, potrzebujące ciągłych starań, aby je podtrzymać, a mimo to załoga przez wszystkie wieki nie miała chwili zgody, wspólnego działania, jasnego poglądu na rzeczy. Raz po raz jedna połowa rzucała się na drugą, walczyli, by spychać się wzajemnie ze statku, pokład okrywał się trupami. I z tego zwarjowanego tłumu wynurzali się smętni sofiści, by oświadczać, że to był właśnie stan doskonały, że tak powinno być wiecznie, i że było to złym snem tyczyć sobie, aby członkowie załogi patrzyli na siebie, jak bracia, których los jest wspólny, i którzy widzą dokoła zasadzki tajemniczej napastliwości... O! nędzo ludzka!
Juljanowi sprawiła pewną ulgę, wśród tych posępnych rozmyślań, wesołość, jaką okazywali niektórzy rekonwalescenci. Byli to muzułmani; strzelcy z Algieru i Marroka. Przebywali w Lourdes, jak gdyby w każdem innem miejscu; bacząc jedynie na grzeczności cywilów, którzy im okazywali patrjotyczną serdeczność. Wszyscy patrzyli obojętnie na bazylikę, zamieszkałą przez „białą damę“. Jedynem ich zajęciem było prosić o cygara i słodycze. Widząc, że rasa panująca w ich krajach, traktuje ich jak uprzywilejowanych, shardzieli i naprzykrzali się wszystkiego, jak zbuntowane dzieci. Największą ich przyjemnością było, żeby panie podawały im rękę. Błogosławiona wojna, która pozwalała im zbliżać się i dotykać tych białych kobiet, uśmiechniętych i woniejących, takich, jakiemi ukazują się we snach niewiasty rajskie przeznaczone szczęśliwcom! „Madama... Madama!“ wzdychali, a przelotne płomienie zapalały się w ich atramentowych źrenicach. Inni, nie poprzestając na rękach, sięgali ciemnemi łapami wyżej łokcia, podczas, gdy panie śmiały się z ich zachwytów. Inni zbliżali się sami, podając rękę wszystkim kobietom. I odchodzili zadowoleni z uścisku drobnej, białej dłoni.
Juljan błąkał się długo w pobliżu bazyliki. Pod drzewami stawały szeregi wózków z rannemi. Oficerowie i żołnierze przebywali tak długie godziny w błękitnym cieniu, patrząc na innych kolegów, którzy mogli chodzić; Święta Grota gorzała tysiącami świec. Pobożne tłumy klękały na otwarłem powietrzu, podnosząc błagalne spojrzenia na poświęcane kamienie, podczas, gdy ich myśli krążyły daleko po polach bitwy z wiarą w opiekuńcze bóstwo. Wśród klęczących widać było żołnierzy z obandażowanemi głowami, z kepi w ręku i załzawionemi oczyma.
Przez podwójne schody bazyliki wchodziły i schodziły biało ubrane kobiety, a drżące skrzydła ich kwefów nadawały im zdaleka wygląd fruwających gołębi. Były to sanitarjuszki, prowadzące rannych. Juljanowi zdawało się, że w każdej z nich poznaję[1] Margaritę. Ale za każdym razem doznawał zawodu, aż zaczął wątpić w powodzenie swej podróży. I w Lourdes jej nie było. Nie spotka jej nigdzie w tej Francji, z której wojna uczyniła jeden wielki szpital.
Wieczorem poszukiwania jego nie odniosły lepszego skutku. Urzędnicy słuchali z roztargnieniem jego pytań: niech wróci później. Oznajmiono im właśnie nowy pociąg sanitarny. Wielka bitwa w pobliżu Paryża trwała dalej. Trzeba było przygotować miejsca dla nowego ładunku poszarpanego dała.
Juljan wrócił do ogrodów w pobliżu Groty. Poprostu dla zabicia czasu. Zamierzał wrócić do Pau dziś jeszcze. Na cóż się zdało zostawać jeszcze dłużej w Lourdes? A teraz gdzież się zwróci?
I nagle wstrząsnął nim dreszcz wzdłuż kręgosłupa; to samo nieokreślone wrażenie, jakiego doznawał niegdyś, gdy się schodzili w ogrodach Paryża i gdy to było zawsze zapowiedzią jej obecności. I teraz Margarita ukaże się wnet; jak to bywało dawniej, kiedy stawała przed nim nagle, że sam nigdy nie wiedział, czy wykwitła z ziemi, czy zstąpiła z chmur.
Pomyślawszy to, uśmiechnął się z goryczą. Złudzenia! Kłamliwe podszepty żądzy! Odwróciwszy głowę, poznał płonność tej nadziei. Nikt za nim nie szedł, sam jeden postępował środkiem alei. Na poblizkiej ławce spoczywał oficer z zabandażowanemi oczyma. Obok niego w przezroczej bieli anioła opiekuńczego siedziała sanitarjuszka. Biedny ślepiec! Juljan chciał iść dalej, ale szybkie poruszenie biało ubranej kobiety, widoczna chęć uniknięcia jego wzroku, odwrócenie twarzy ku drzewom, ściągnęły jego uwagę. Nie poznał jej odrazu. Dwa loczki, wysuwające się z pod kwefa zdradzały barwę ukrytych włosów, drobne, biało obute stopy, pozwoliły mu odtworzyć całą postać trochę oszpeconą prostym krojem umundurowania. Twarz była blada, poważna. Nic nie pozostało w niej z dawnych powabów pustej laleczki. W oczach odbijała się jakby nowa dusza, pogodna, ale smutna i zmęczona. Margarita!
Spojrzeli na siebie przeciągle, jak gdyby zahypotyzowani zdziwieniem. Ona zaniepokoiła się, widząc, że Juljan zmierza ku niej. Nie... nie... Oczy jej, ręce, ciało, zdawało się prężyć i odpychać go zawczasu. Z obawy, aby się nie zbliżył, sama wstała i powiedziała parę słów wojskowemu, który siedział nieporuszony, zwrócony twarzą ku zachodzącemu słońcu, jak gdyby nie czuł jego promieni. Poczem, dawszy znak Juljanowi, poszła przodem; on zaś zrozumiał, że nie powinien się zbliżać, ani odzywać, by ranny ich nie usłyszał.
Zatrzymała się na bocznej ścieżce, w miejscu, skąd mogła widzieć biednego ślepca, powierzonego jej opiece. Stanęli naprzeciwko siebie, oko w oko. Juljan miał jej tyle do powiedzenia; tyle! ale wahał się, nie wiedząc, w jakie słowa ubrać swe żale, swe błabania[2], swe pieszczoty. I z tego nawału myśli wynurzyła się jedna; fatalna, przodująca i gniewna:
— Kto to jest?
Dźwięk głosu ostry, twardy, z jakim wypowiedział te słowa, zdumiał go, jak gdyby nie jego własny.
Sanitarjuszka popatrzyła na siego przejrzystemi, pogodnemi oczyma; oczyma, które na zawsze zdawały się wyzwolone z pęt zdumienia i trwogi. Odpowiedź nastąpiła równie przejrzysta i spokojna jak spojrzenie:
— To Laurier... To mój mąż...
Laurier! Oczy Juljana z powątpiewaniem spoczęły na wojskowym, zanim się upewnił, Laurier!... Ten oficer ślepy, siedzący nieruchomo na ławce, jak symbol bohaterskiego cierpienia... Postarzał się, cerę miał ogorzałą, jakby spaloną; głębokie bruzdy poryły ją we wszystkich kierunkach. Włosy zaczynały mu siwieć na skroniach i w brodzie, porastającej teraz policzki... W ciągu miesiąca przeżył dwadzieścia lat... A jednocześnie wydawał się młodszym, młodością promieniejąca z głębi jego ja, młodością duszy, która zaznała najgwałtowniejszych wzruszeń i nie może już doświadczyć strachu; pogodnem i spokojnem zadowoleniem spełnionego obowiązku.
Przypatrując mu się, Juljan doznał jednocześnie uczucia uwielbienia i zazdrości. Wstydził się wstrętu, jaki w nim budził ten człowiek tak nieszczęśliwy, nie mogący widzieć, co go otaczało... Ten wstręt był tchórzostwem, ale trwał w nim, jak gdyby w głębi jego jestestwa zbudziło się jakieś drugie ja, napełniające go przerażeniem. Jakże zapamiętał jej wzrok, jakim ogarnęła rannego, odchodząc od niego na kilka chwil tylko! Na niego nie spojrzała ani razu. Znał wszystkie miłosne odcienia jej źrenic, ale takiego wyrazu, z jakim patrzyła na rannego, nie widział w nich dotąd nigdy.
I nagle przemówił z wściekłością zakochanego, który przyłapuje kochankę na przeniewierstwie:
— I dla tego uciekłaś bez jednego słowa... bez żadnego wyjaśnienia... Porzuciłaś mnie, ażeby przy nim zostać! Powiedz, dlaczegoś to uczyniła! Dlaczegoś to uczyniła?
Nie ulękła się jego groźnego głosu i wrogich spojrzeń.
— Uczyniłam to, bo to był mój obowiązek!
I zaczęła mówić jak matka, która korzysta z chwili zdziwienia rozzłoszczonego dziecka, by go ukoić perswazją. Opowiedziała mu, jak się to wszystko stało. Dowiedziała się, ze Laurier ranny, gdy obie z matką przygotowywały się do wyjazdu z Paryża. Nie zawahała się ani na chwilę. Powinnością jej było pośpieszyć do boku tego człowieka. Rozmyślała wiele w ciągu tych ostatnich tygodni. Wojna nauczyła ją zastanawiać się nad wartością życia. Oczy jej otwarły się na nowe widnokręgi; naszem przeznaczeniem nie była rozkosz egoistycznego zadowolenia; obowiązek nasz leżał w cierpieniu i ofiarności.
Pragnęła pracować dla ojczyzny; wziąć udział w ogólnej niedoli; poświęcać się jak inne kobiety, a skoro była gotową pielęgnować nieznajomych, czyż nie było rzeczą naturalną, że wolała tego człowieka, któremu uczyniła tyle złego? Pamiętała żywo tę chwilę, kiedy go widziała jak przyszedł na dworzec, zupełnie sam wśród tylu innych, mających na pociechę uścisk kochających ramion, gdy się z nich wydzierali, śpiesząc na spotkanie śmierci. Żal, jaki ją wtedy ogarnął, zwiększył się nieopisanie na wieść o jego nieszczęściu. Granat wybuchnął tuż przy nim, zabijając tych, co go otaczali. On odniósł również liczne rany, ale najpoważniejszą była w twarz. Stracił zupełnie jedno oko; lekarze mieli nadzieję, że zdołają uratować drugie, trzymając je wciąż po ciemku, Ale ona wątpiła; była prawie pewna, że Laurier pozostanie ślepym.
Głos Margarity załamał się łkaniem przy wymawianiu tych słów, ale oczy jej pozostały suche. Nie czuła nieprzepartej potrzeby łez. Płacz zdawał się czemś zgoła zbędnem, jak wiele innych rzeczy z czasów pokoju. Oczy jej widziały tyle w ciągu paru dni!
— Jak ty go kochasz! — wykrzyknął Juljan.
Ona dotychczas mówiła mu „pan“ z obawy, żeby nie być słyszaną i by utrzymać go w oddaleniu, jak gdyby mówiła do przyjaciela. Ale w bólu kochania stopniał jej chłód.
— Nie... ja kocham ciebie... kochać cię będę zawsze...
Szczerość z jaką to powiedziała, natchnęła pewną otuchą Juljana.
— A tamtego? — zapytał z trwogą.
Słuchając jej odpowiedzi, doznał wrażenia, że coś przesłoniło słońce, gasząc jego blaski. Było to jakby chmura, która zawisła nad ziemią i nad jego myślą, tchnąwszy dokoła chłodem.
— I jego także kocham.
Powiedziała to, patrząc na niego błagalnie, jak gdyby prosiła o przebaczenie, że szczerością duszy, która zerwała z kłamstwem i płacze, odgadując cierpienia, jakie zadaje.
Juljan uczuł, że twardy jego gniew mięknie, jak sopel lodowy w promieniach słońca.
— Och! Margarito!
Głos jego był drżący i pokorny. Czy podobna, aby wszystko skończyło się tak pomiędzy nimi? Czyżby jej dawniejsze przysięgi były kłamstwem? Szukali się z nieprzepartą siłą pociągu, aby się zespolić, stać się jedną istotą... i teraz nagle, ostudzeni obojętnością, mają się rozejść, odepchnąć się od siebie, jak dwa wrogie ciała?... Co znaczyło to niedorzeczne powiedzenie, że kochać go będzie zawsze, a jednocześnie kochać swego dawnego męża?
Margarita zwiesiła głowę, szepcząc z rozpaczą:
— Ty jesteś mężczyzną, ja jestem kobietą. Cokolwiek bym powiedziała, nie zrozumiesz mnie nigdy... Mężczyźni nie potrafią wniknąć w pewne nasze tajemnice... Kobieta zrozumiałaby mnie lepiej.
Juljan chciał poznać swe nieszczęście w całej jego rozciągłości. Margarita może mówić bez obawy... Czuł się dostatecznie zahartowanym na dalsze ciosy... Co powiedział Laurier, dowiedziawszy się, że to ona go pielęgnuje?
— Nie wie, kto jestem... Myśli, że jestem sanitarjuszką jak inne, która ulitowała się nad nim, widząc go samym i ślepym, bez rodziny, co by pisała do niego i odwiedzała. W pewnych chwilach jednak zdaje mi się, że odgaduje prawdę... Mój głos, dotknięcie moich rąk, napełniały go z początku zdumieniem. Powiedziałam mu, że jestem Belgijką, która straciła wszystkich swoich i jest samą na świecie. On zaś opowiedział mi swoje życie pobieżnie, jak gdyby pragnął zapomnieć o wstrętnej przeszłości. Ani jednego przykrego słowa o jego dawnej żonie. Są noce, kiedy podejrzewam, że mnie poznał, że korzysta ze ślepoty, aby przedłużać udaną nieświadomość i to mnie dręczy... Pragnę, żeby lekarze uratowali mu to jedno oko, a równocześnie boję się... Co powie, gdy mnie pozna?... Ale nie: lepiej niech widzi, niech się stanie, co się ma stać. Ty nie możesz zrozumieć, jakie to są udręki; nie wiesz, ile cierpię.
Umilkła na chwilę, aby się skupić, wglądając raz jeszcze w zakamarki swej duszy.
— Och, wojna! — podjęła po chwili — Ileż zmian w naszem życiu! Przed dwoma miesiącami moje położenie wydawałoby mi się nadzwyczajnem... nieprawdopodobnem... Ja, pielęgnująca mego męża, lękająca się, żeby mnie nie poznał i nie odtrącił, a jednocześnie pragnąca, aby mnie poznał i aby mi przebaczył... Od tygodnia jestem już przy nim. Zmieniam głos, jak mogę, unikam wszystkiego, co by go mogło naprowadzić na myśl, kim jestem... Ale to nie może trwać. Tylko w powieściach zdarzają się podobne położenia.
I znów ogarnęła ją niepewność.
— Myślę — mówiła dalej — że poznał mnie od pierwszej chwili... Milczy i udaje nieświadomość dlatego, że mną pogardza... że nigdy nie zdoła mi przebaczyć. Byłam tak niegodziwą!... Wyrządziłam mu tyle złego!...
Przypomniała sobie chwile długiego milczenia i zadumy rannego, po jakichś nierozważnych słowach. Na drugi dzień po jej przyjeździe chciał się zbuntować, unikał wyjścia z nią na spacer. Ale, pozbawiony wzroku, zrozumiawszy bezowocność oporu, uległ biernie i milcząco.
— Niech myśli, co zechce — zakończyła Margarita mężnie — niech mną pogardza. Ja jestem tu, gdzie powinnam być. Potrzebuję jego przebaczenia a jeżeli mi nie przebaczy, to i tak go nie odstąpię. Są chwile, kiedy pragnę, żeby nie odzyskał wzroku... W taki sposób będzie mnie potrzebował zawsze, a ja będę mogła spędzić całe życie przy nim, poświęcając się dla niego...
— A ja?... — rzekł Juljan.
Margarita popatrzyła na niego zdziwionemi oczyma, jak gdyby się ocknęła ze snu. To prawda, a tamten? Zatopiona cała w swem poświęceniu, które dla niej było zadośćuczynieniem, zapomniała o człowieku, stojącym przed nią.
— Ty! — rzekła po długiem milczeniu — ty musisz zostawić nas... Życie nie jest takie, jakieśmy sobie wyobrażali. Gdyby nie wojna, może bylibyśmy urzeczywistnili nasze marzenia... ale teraz! Posłuchaj mnie i zapamiętaj. Do końca życia dźwigać będę obowiązek bardzo ciężki, a zarazem słodki, bo im więcej mnie pochłania, tem mi się wydaje wdzięczniejszym. Nigdy nie opuszczę tego człowieka, którego tak skrzywdziłam, który jest sam na świecie i potrzebuje opieki jak dziecko. Jakiż udział mógłbyś ty mieć w moim losie? Jak żyć w miłosnym stosunku z wieczystą pielęgniarką u boku człowieka dobrego i ślepego, którego znieważalibyśmy ciągle naszą namiętnością?... Nie; lepiej, żebyś odszedł. Idź twoją drogą sam i swobodny. Zostaw mnie; spotkasz inne kobiety, które cię bardziej uszczęśliwią, niż ja. Jesteś z tych, którym przeznaczono spotykać nowe szczęście na każdym kroku
Tu jęła się rozpływać w pochwałach nad nim. Głos jej był spokojny, ale w głębi drżało wzruszenie ostatniego pożegnania radości, która odchodzi na zawsze. Ukochany człowiek będzie należał do innych... ona sama tego żądała!... Ale szlachetny smutek ofiary napełnił ją pogardą... Będzie to jedna więcej pokuta za jej winy.
Juljan stał ze spuszczonemi oczyma... niepewny i zwyciężony. Przerażał go obraz przyszłości, jaką mu nakreśliła Margarita... On, żyjący obok tej pielęgniarki, korzystający z nieświadomości ślepca, by wyrządzać mu codzień swoją miłością nową zniewagę... Ach! nie! To byłoby podłością! Przypomniał sobie ze wstydem złośliwość, z jaką przed niedawną chwilą patrzył na tego człowieka nieszczęśliwego i dobrego. Czuł się bezsilnym, aby z nim walczyć. Niedołężny i słaby na tej ławce w ogrodzie był wyższy i szanowniejszy, niż Juljan Desnoyers z całą swą krewką młodością. Posłużył w swojem życiu do czegoś; uczynił to, czego on nie śmiał uczynić.
Pod wrażeniem tej swojej niższości, jęknął żałośnie, jak opuszczone dziecko:
— Co się ze mną stanie!
Margarita, myśląc o miłości, która odchodziła na zawsze, o rozwianych nadziejach, o przyszłości, opromienionej poczuciem spełnionego obowiązku, ale monotonnej i bolesnej, szepnęła także:
— A cóż się stajnie ze mną!
Juljan ożywił się, jak gdyby znalazł rozwiązanie tej zagadki.
— Posłuchaj Margarito!... czytam w twojej duszy. Kochasz tego człowieka i robisz dobrze. Jest wyższy ode mnie, a wyższość zawsze pociąga kobiety... Ja jestem tchórzem! Tak, nie przecz mi; jestem tchórzem z całą moją młodością, ze wszystkiemi memi siłami... Jak postępowanie tego człowieka nie miało cię pociągnąć. Ale ja odzyskam, com utracił. Ten kraj jest twoim Margarito; będą się bił za niego. Nie mów, że nie...
I porwany nagłym zapałem jął kreślić bohaterskie plany... Wstąpi do wojska!... Margarita wprędce usłyszy o nim. Zamiarem jego było zginąć w pierwszej potyczce albo zadziwić świat swymi czynami. Tak czy inaczej, wyjdzie z tego hańbiącego położenia: zapomnienie w śmierci albo sława.
— Nie! —- wykrzyknęła, przerywając mu z bólem. — Ty, nie! Dosyć tamtego. Jakżeż to straszne! Ty, także ranny, kaleka na zawsze, może zabity. Nie! żyj. Wolę, żebyś żył, choćbyś należał do innej. Niech wiem, że żyjesz, niech cię zobaczę czasem, choćbyś zapomniał o mnie; choćbyś przeszedł koło mnie obojętnie, jak gdybyś mnie nie znał.
W tym jej okrzyku drżała miłość gorąca; miłość nieopatrzna i bohaterska, która godzi się na wszystkie udręki, byle tylko ukochana istota żyła.
Ale wnet, aby Juljan nie łudził się płonną nadzieją, dodała:
— Żyj; nie powinieneś umierać; byłaby to dla mnie nowa męczarnia. Ale żyj beze mnie. Zapomnij o mnie!... Napróżno o tem mówić. Przeznaczenie związało mnie na zawsze z tamtym.
Julian popadł znów w rozpacz, zgadując bezowocność próśb i zaklęć.
— Och! jak ty go kochasz! Jak ty mnie łudziłaś!
Ona, jak najwyższe usprawiedliwienie jęła powtarzać mu, co powiedziała na początku. Kochała Juljana... i kochała męża. Były to dwa zupełnie odrębne uczucia. Nie chciała rzec, które było silniejsze, ale nieszczęście kazało jej wybierać, więc wybrała boleśniejsze i wymagające więcej ofiar.
— Jesteś mężczyzną, nie potrafisz zrozumieć mnie nigdy. Kobieta by mnie zrozumiała.
Julian, obejrzawszy się dokoła, doznał wrażenia, jak gdyby w powietrzu zaszła jakaś zmiana. Ogród był wciąż ozłocony słońcem; ale zieleń drzew, błękit przestrzeni, białe piany rzeki, wszystko wydało mu się pociemniałem nagle i mętnem, jak gdyby przesłonił je deszcz popiołu.
— Więc... wszystko już skończone pomiędzy nami?
Głos jego był tak drżący, błagalny i nabrzmiały łzami, że musiała odwrócić głowę, aby ukryć wzruszenie.
I tych dwoje zrozpaczonych, w milczeniu, jakie teraz zapadło, wyszeptało to samo pytanie, zda się zwrócone do cieniów przyszłości:
— Co będzie ze mną? — rzekł mężczyzna. A usta kobiety powtórzyły:
— Co będzie ze mną?
Wszystko już było powiedziane. Niecofnięte słowa stanęły pomiędzy nimi, jak zapora, która będzie się zwiększała z każdą chwilą, popychając ich w przeciwnych kierunkach. Pocóż przedłużać to bolesne spotkanie? Margarita okazała nagłą i energiczną stanowczość każdej kobiety, która chce przerwać jakąś scenę.
— Żegnaj!
Twarz jej przyoblekła się żółtawą bladością, oczy zwilgotniały i zmętniały, jak szybki latarni, której światło gaśnie.
— Żegnaj!
Musi wracać do swego rannego.
I odeszła, nie spojrzawszy na niego, a Juljan instynktownie oddalił się w przeciwnym kierunku. Gdy opanowawszy się, chciał zawrócić, zobaczył ją, jak ze ślepcem pod rękę odchodziła zwolna, nie obróciwszy głowy ani razu.
Przeczucie szepnęło mu, że nie zobaczy jej więcej i straszliwy ból ścisnął mu gardło. Z jakąż łatwością rozstać się mogą dwie istoty, które do niedawna sądziły, że świat ześrodkował się w nich dwojgu.
Ujrzawszy się sam, jął w rozpaczy oskarżać się o niedołęstwo. Teraz myśli napływały mu tłumnie do głowy, a każda wydawała się dostateczną, by przekonać Margaritę. Widocznie nie umiał się odpowiednio wysłowić; potrzebował koniecznie rozmówić się z nią ponownie. I postanowił pozostać w Lourdes.
Spędził udręczoną noc w hotelu, wsłuchując się w szum rzeki, pluskającej po kamieniach. Bezsenność chwyciła go w swe nielitościwe szpony, miażdżąc mu duszę niewysłowioną męką. Kilkakrotnie zapalał światło, ale nie mógł czytać. Patrzył bezmyślnie na rysunek tapet; na pobożne obrazy tego pokoju, który służył za schronienie bogatym pielgrzymom. Leżał nieruchomy i jedna tylko myśl krążyła mu po pustej czaszce:
„Nie zobaczę już jej więcej; czy to możliwe?“
Zasypiał na krótką chwilę i budził się z uczuciem, że jakiś okropny wstrząs wyrzuca go w powietrze. I okryty zimnym potem leżał tak, aż w pomroce pokoju zarysował się kwadrat mlecznego światła. To brzask przedzierał się przez firanki okna.
Aksamitna pieszczota dnia zamknęła mu wreszcie oczy. Obudziwszy się późno, pobiegł do ogrodów Groty. Och! te godziny drżącego i bezowocnego oczekiwania, kiedy w każdej postaci białej, prowadzącej jakiegoś rannego, zdawało mu się poznawać Margaritę!
Po południu, po drugiem śniadaniu, którego nietknięte półmiski przesuwały mu się przed oczyma, wrócił znów do ogrodu. Zobaczywszy ją wreszcie, jak szła, prowadząc ślepego oficera, doznał uczucia zniechęcenia. Wydała mu się wyższą, szczuplejszą, o wyciągniętym owalu twarzy, w której płonęły gorączkowo zapadłe, podkrążone oczy. Łatwo było odgadnąć, że i ona spędziła noc bezsenną, równie udręczoną, jak on, tam, w hotelu i uczuł nagle, jak walił się na niego cały ciężar przygnębiających wrażeń, przeżytych w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Jakże nieszczęśliwi byli oboje!
Ona postępowała, rozglądając się na wszystkie strony, jak ktoś, przeczuwający niebezpieczeństwo. Ujrzawszy Juljana, przytuliła się do ślepca, rzucając swemu dawnemu kochankowi spojrzenie rozpaczliwe, błagające o litość. Och! to spojrzenie!
Juljan zawstydził się i jak rozdwojony jął patrzeć na siebie samego wzrokiem sędziego. Co on robił tutaj, tak zwany Juljan Desnoyers, niepotrzebny teraz uwodziciel, który obecnością swoją zadręczał biedną kobietę, chcąc odwieść ją z drogi szlachetnej skruchy, trwając w swych egoistycznych, małych pożądaniach, kiedy cała ludzkość myślała o czem innem. Własne tchórzostwo rozdrażniło go. Jak złodziej, korzystający ze snu swojej ofiary, krążył dokoła tego dobrego, dzielnego człowieka, który go nie mógł widzieć, który się nie mógł bronić, by okraść go z jedynego przywiązania, jakie miał na świecie, jakie cudem wracało do niego...
Ślicznie, panie Desnoyers! Ha! łajdaku!
I pod wpływem tej zniewagi, powstał przeciwko temu swemu drugiemu ja, zasługującemu na pogardę.
Spuścił głowę; nie chciał spotkać błagalnych oczu Margarity; zląkł się jej niemego wyrzutu. Nie ośmielił się również spojrzeć na ślepca, w jego zniszczonym, bohaterskim mundurze, z twarzą, postarzałą przez obowiązek i chwałę. Bał się go, jak wyrzutu sumienia.
Odwrócił się i odszedł. Żegnaj, miłości! Żegnaj, miłości! Żegnaj szczęście! Szedł teraz krokiem pewnym; jakiś cud dokonał się w głębi jego jaźni: nakoniec w drogę.
Do Paryża! Nowe złudzenie zaludniło bezmierną pustkę jego bezużytecznego istnienia.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – poznaje.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – błagania.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Vicente Blasco Ibáñez i tłumacza: Helena Janina Pajzderska.