Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czemś zgoła zbędnem, jak wiele innych rzeczy z czasów pokoju. Oczy jej widziały tyle w ciągu paru dni!
— Jak ty go kochasz! — wykrzyknął Juljan.
Ona dotychczas mówiła mu „pan“ z obawy, żeby nie być słyszaną i by utrzymać go w oddaleniu, jak gdyby mówiła do przyjaciela. Ale w bólu kochania stopniał jej chłód.
— Nie... ja kocham ciebie... kochać cię będę zawsze...
Szczerość z jaką to powiedziała, natchnęła pewną otuchą Juljana.
— A tamtego? — zapytał z trwogą.
Słuchając jej odpowiedzi, doznał wrażenia, że coś przesłoniło słońce, gasząc jego blaski. Było to jakby chmura, która zawisła nad ziemią i nad jego myślą, tchnąwszy dokoła chłodem.
— I jego także kocham.
Powiedziała to, patrząc na niego błagalnie, jak gdyby prosiła o przebaczenie, że szczerością duszy, która zerwała z kłamstwem i płacze, odgadując cierpienia, jakie zadaje.
Juljan uczuł, że twardy jego gniew mięknie, jak sopel lodowy w promieniach słońca.
— Och! Margarito!
Głos jego był drżący i pokorny. Czy podobna, aby wszystko skończyło się tak pomiędzy nimi? Czyżby jej dawniejsze przysięgi były kłamstwem? Szukali się z nieprzepartą siłą pociągu, aby się zespolić, stać się jedną istotą... i teraz nagle, ostudzeni