Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przybyć jak najprędzej na miejsca rzezi. Wielu narzekało, mniemając, że przybędą z opóźnieniem. Juljan, stojąc oparty o okno, słuchał rozmów i nawoływań na tych ławkach, przesiąkniętych ostrą wonią ludzi i zwierząt. Wszyscy okazywali niezachwianą wiarę.
Les boches! Jest ich jak mrowia; wielkie armaty, moc mitraljez, ale tylko nastawić bagnet, a uciekają, jak zające. Jakiś starszy jegomość, dekorowany typ urzędnika na emeryturze, zasypywał Juljana pytaniami: „Pan sądzi, że dojdą do Tours?“ I zanim ten zdążył mu odpowiedzieć, zasypiał. Przez sen wyciągał zdrętwiałe nogi przed siebie na całą szerokość korytarza. Potem, budził się nagle: „Pan myśli, że dojdą do Bordeaux?“ I w pragnieniu dotarcia wraz z rodziną do jakiegoś zupełnie pewnego miejsca przyjmował jak wyrocznię nieokreślone odpowiedzi.
O świcie zobaczyli straże ziemskie, pilnujące dróg. Szli zbrojni w stare strzelby, mając na głowach czerwone kepi, jako jedyną wojskową oznakę. Podążali w kierunku przeciwnym, niż pociągi wojskowe.
Na stacji w Bordeaux tłum cywilnych, przepychających się, żeby wysiąść lub wsiąść do nowych wagonów, pomieszał się z wojskiem. Trąbki grały bezustanku, zwołując żołnierzy. Wielu było kolorowych, strzelców, o obszernych, szarych spodniach i czerwonych czapkach nad czarnemi i bronzowemi twarzami. Wszyscy spieszyli na Północ.