Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Juljan zobaczył pociąg rannych, pochodzących z bitew we Flandrji i Lotaryngji. Brudne, zniszczone mundury świeciły białymi bandażami, ochraniającymi zbolałe członki lub potłuczone głowy. Wszyscy zdawali się uśmiechać posiniałemi usty i zgorączkowanemi oczyma do ziemi Południa, wynurzającej się z pomiędzy rannych mgieł, ozłoconej słońcem, pokrytej królewską zielonością swych łąk. Ludzie Północy wyciągali ręce do owoców, jakie im podawały kobiety i ssali chciwie słodkie, krajowe winogrona.
Juljan spędził cztery dni w Bordeaux, oszołomiony i strapiony hałaśliwością prowincjonalnego miasta, przedzierzgniętego raptem na stolicę. Hotele były zapchane; wielu dygnitarzy poprzestało na pomieszczeniach służbowych. W kawiarniach nie było jednego wolnego krzesła; chodniki były przepełnione tym nadzwyczajnym napływem gości. Prezydent zamieszkał w Prefekturze; ministerja poumieszczały się w szkołach i muzeach; dwa teatry przygotowano na przyszłe posiedzenia Senatu i Izby Niższej. Juljan wynalazł podrzędny i dwuznaczny hotelik, w jakimś zaułku, stale mokrym wskutek załatwiających się tam przechodniów. Amorek zdobił szyby drzwi wchodowych. W pokoju Juljana lustro było zabazgrane kobiecemi imionami, urywkami zdań na pamiątkę godziny gościnności tutaj. A jednak wiele dam z Paryża, napróżno poszukujących mieszkania, zazdrościło Juljanowi takiego szczęścia.
Poszukiwania jego okazały się bezowocnemi. Przyjaciele, których spotykał w tłumie uciekienierów,