Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


myśleli o własnym losie. Umieli mówić tylko o własnych, mieszkaniowych kłopotach, powtarzali wieści, zasłyszane od ministrów przez tych, którzy żyli z nimi na stopie poufałej; napomykali tajemniczo o wielkiej bitwie, zaczynającej się od okolic Paryża aż do Verdun. Pewna uczennica z czasów jego chwały, zachowująca dawną elegancję w swoim mundurze sanitarjuszki, udzieliła mu wreszcie niejakich wiadomości: „Mała pani Laurier? Słyszała od kogoś, że mieszka gdzieś blizko. Może w Biarritz“. Juljan nie potrzebował więcej, by znów się udać w podróż. Do Biarritz.
Pierwsza osoba, którą spotkał, przybywszy tam, była Cziczi. Oświadczyła mu, że pobyt tam był nie do zniesienia, ze względu na bogatych letników hiszpańskich: „To są przeważnie bosze. Ja biję się po całych dniach. Wkońcu zostanę tu sama“. Potem spotkał matkę; łzy i uściski. Następnie zobaczył ciotkę Helenę w salonie hotelowym, zachwyconą miejscowością i jej letnikami. Z wieloma z nich mogła mówić swobodnie o upadku Francji.
Wszyscy oczekiwali wiadomości o wejściu Kajzera do stolicy.
Poważni mężczyźni, którzy nic nigdy w życiu nie zrobili, krytykowali niedobory i błędy Republiki. Młodzieńcy, których dystynkcją zachwycała się donja Helena, piorunowali na zepsucie Paryża, zepsucie, jakie studjowali gruntownie aż do wschodu słońca w cnotliwych szkołach Montmartre'u. Wszyscy uwielbiali Niemcy, gdzie nigdy nie byli i które znane im były