Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko z kinematograficznych wyświetlań. Przystosowywali do wydarzeń kryterjum areny byków. Niemcy bili tęgo. „Z nimi się nie igra, są bardzo brutalni“. I zdawali się zachwycać tą brutalnością, jak najcenniejszą z zalet.
— Dlaczego nie mówią tego u siebie, po tamtej stronie granicy? — oburzała się Cziczi. — Dlaczego pchają się do domu sąsiada, żeby się natrząsać z jego kłopotów? A uchodzą za ludzi dobrze wychowanych!
Juljan nie przyjechał do Biarritz, żeby przybywać ze swojemi.
Tego samego dnia zobaczył zdaleka matkę Margarity. Rozpytując się na wszystkie strony, dowiedział się, że córka przebywała w Pau. Była sanitariuszką i doglądała kogoś rannego z rodziny. „Brata... niewątpliwie brata“ — pomyślał Juljan.
I udał się do Pau.
Poszukiwania w szpitalach okazały się bezowocnemi. Nikt nie znał Margarity. Codziennie przybywał pociąg z nowym ładunkiem poszarpanego ciała, ale brata nie było wśród rannych. Jakaś zakonnica, sądząc, że Juljan szuka kogoś z rodziny ulitowała się nad nim i dopomogła mu swemi wskazówkami. Niech jedzie do Lourdes; tam jest wielu rannych i sanitariuszek świeckich. I Juljan natychmiast odbył krótką podróż z Pau do Lourdes.
Nie był nigdy w świętem miejscu, którego nazwę matka jego powtarzała często. Dla donji Luizy naród francuski to było Lourdes. W rozmowach z sio-