Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


strą i cudzoziemkami, które żądały zagłady Francji dla jej bezbożności dobra kobieta streszczała zawsze swe poglądy temi samemi słowy:
— Gdy Najświętsza Panna chciała się ukazać w naszych czasach wybrała Francję. Nie może być tak złym ten kraj, jak powiadają. Gdy zobaczę, że się ukazała w Berlinie, wtedy pogadamy.
Ale Juljan nie tracił czasu na rozpamiętywanie naiwnych pojęć swojej matki. Zaledwie umieścił się w hotelu tuż przy rzece, pobiegł do wielkiej gospody, przemienionej na hotel. Dozorcy powiedzieli mu, że do wieczora nie będzie mógł zobaczyć się z dyrektorem. By zaprzątnąć czemś pożerającą go niecierpliwość poszedł ulicą, wiodącą do bazyliki, całą złożoną z namiotów i sklepów z obrazami i pamiątkami pobożnemi, co czyniło z niej wielki bazar. Tu i w ogrodach, przyległych do kościoła, zobaczył rannych rekonwalescentów, noszących jeszcze na mundurach ślady walki. Płaszcze były brudne, pomimo starannego czyszczenia. Błoto, krew, deszcz, pozostawiły na nich niezatarte ślady, nadając im sztywność tektury. Niektórym rannym powypruwano rękawy, by oszczędzić bolesnego tarcia ich połamanym członkom. Inni mieli jeszcze na spodniach strzępy powyszarpywane odłamkami obusów.
Byli tam wojskowi wszystkich armji i różnych ras: piechurzy, jeźdźcy, artylerzyści, żołnierze stołeczni i kolonjalni, wieśniacy francuscy i strzelcy afrykańscy, głowy jasnowłose, twarze mahometańskiej