Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dróżującego od początku. Litość budzili w nim ludzie, którzy czekali na pociąg od czwartej zrana do ósmej wieczorem. Kobiety jęczały ze znużenia, stojąc wyprostowane w korytarzach i patrzyły z szaloną zazdrością na tych, którzy mieli jakieś siedzące miejsce. Dzieci płakały, kwiląc, jak zgłodniałe kózki. Juljan wreszcie ustąpił swoje miejsce i rozdał potrzebującym i nieopatrznym wszystką żywność, w jaką go zaopatrzył Argensola. Restauracje stacyjne były doszczętnie spustoszone. Podczas długich postojów widziało się tylko wojskowych na ławkach, żołnierzy, którzy biegli na wezwanie trąbki i wracali zająć dawne miejsce w wagonach, które szły i szły do Paryża. Na bocznicach wyczekiwały także wielkie pociągi wojenne na opróżnienie linji, by mogły jechać dalej. Żołnierze pancerni w żółtych kamizelkach na stalowych piersiach siedzieli ze zwieszonemi na zewnątrz nogami w bydlęcych wagonach. Na platformach leżały uszykowane łoża działowe. Smukłe gardła 70-cio calówek sterczały w górę, jak teleskopy.
Juljan spędził noc w korytarzu, siedząc na brzegu jakiejś walizki i widział, jak spali inni, powaleni znużeniem i wrażeniami.
Była to noc okrutna i bez końca, pełna wstrząśnień, hałasów i ciszy, przerywanej niepojętymi rykami. Na każdej stacji trąbki grały pośpiesznie, jak gdyby nieprzyjaciel był tuż, tuż. Żołnierze z Południa biegli na swoje miejsca i nowa fala ludzka płynęła po relsach ku Paryżowi. Wydawali się weseli i żądni