Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Juljan doznał tak silnego wrażenia, że zapomniał chwilowo, co go tu przywiodło... Gdyby ci, co wywołują wojnę z gabinetów dyplomatycznych, lub przy stołach Sztabu Generalnego mogli oglądać ją nie na polach bitwy, z tym zapałem, który tłumi uczucia, ale na chłodno, jak się ją widzi w szpitalach i na cmentarzach po tych resztkach, jakie za sobą zostawia!... Młodzieniec ujrzał w wyobraźni kulę ziemską, niby statek olbrzymi, płynący w nieskończoność. Załoga jego, biedni ludziska trwali wieki i wieki, tępiąc się na pokładzie. Nikt z nich nie wiedział, co tam jest na dnie, pod ich stopami. Zająć najwięcej przestrzeni w świetle słońca było pragnieniem każdej, poszczególnej gromady. Ludzie, uważani za wyższych, popychali te masy do wzajemnej zagłady, by dosięgnąć ostatniego mostka, ująć za ster i nadać okrętowi określony kierunek. I wszyscy oni, opanowani żądzą władzy, wiedzieli to samo... nic! Nikt z nich nie mógł powiedzieć na pewno, co jest poza widzialnym horyzontem, ani gdzie kieruje się statek. Głucha nieżyczliwość tajemniczości otaczała ich wszystkich; życie ich było kruche, potrzebujące ciągłych starań, aby je podtrzymać, a mimo to załoga przez wszystkie wieki nie miała chwili zgody, wspólnego działania, jasnego poglądu na rzeczy. Raz po raz jedna połowa rzucała się na drugą, walczyli, by spychać się wzajemnie ze statku, pokład okrywał się trupami. I z tego zwarjowanego tłumu wynurzali się smętni sofiści, by oświadczać, że to był właśnie stan doskonały, że tak powinno być wiecznie,