Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co będzie ze mną? — rzekł mężczyzna. A usta kobiety powtórzyły:
— Co będzie ze mną?
Wszystko już było powiedziane. Niecofnięte słowa stanęły pomiędzy nimi, jak zapora, która będzie się zwiększała z każdą chwilą, popychając ich w przeciwnych kierunkach. Pocóż przedłużać to bolesne spotkanie? Margarita okazała nagłą i energiczną stanowczość każdej kobiety, która chce przerwać jakąś scenę.
— Żegnaj!
Twarz jej przyoblekła się żółtawą bladością, oczy zwilgotniały i zmętniały, jak szybki latarni, której światło gaśnie.
— Żegnaj!
Musi wracać do swego rannego.
I odeszła, nie spojrzawszy na niego, a Juljan instynktownie oddalił się w przeciwnym kierunku. Gdy opanowawszy się, chciał zawrócić, zobaczył ją, jak ze ślepcem pod rękę odchodziła zwolna, nie obróciwszy głowy ani razu.
Przeczucie szepnęło mu, że nie zobaczy jej więcej i straszliwy ból ścisnął mu gardło. Z jakąż łatwością rozstać się mogą dwie istoty, które do niedawna sądziły, że świat ześrodkował się w nich dwojgu.
Ujrzawszy się sam, jął w rozpaczy oskarżać się o niedołęstwo. Teraz myśli napływały mu tłumnie do głowy, a każda wydawała się dostateczną, by przekonać Margaritę. Widocznie nie umiał się odpowiednio