Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Żyj; nie powinieneś umierać; byłaby to dla mnie nowa męczarnia. Ale żyj beze mnie. Zapomnij o mnie!... Napróżno o tem mówić. Przeznaczenie związało mnie na zawsze z tamtym.
Julian popadł znów w rozpacz, zgadując bezowocność próśb i zaklęć.
— Och! jak ty go kochasz! Jak ty mnie łudziłaś!
Ona, jak najwyższe usprawiedliwienie jęła powtarzać mu, co powiedziała na początku. Kochała Juljana... i kochała męża. Były to dwa zupełnie odrębne uczucia. Nie chciała rzec, które było silniejsze, ale nieszczęście kazało jej wybierać, więc wybrała boleśniejsze i wymagające więcej ofiar.
— Jesteś mężczyzną, nie potrafisz zrozumieć mnie nigdy. Kobieta by mnie zrozumiała.
Julian, obejrzawszy się dokoła, doznał wrażenia, jak gdyby w powietrzu zaszła jakaś zmiana. Ogród był wciąż ozłocony słońcem; ale zieleń drzew, błękit przestrzeni, białe piany rzeki, wszystko wydało mu się pociemniałem nagle i mętnem, jak gdyby przesłonił je deszcz popiołu.
— Więc... wszystko już skończone pomiędzy nami?
Głos jego był tak drżący, błagalny i nabrzmiały łzami, że musiała odwrócić głowę, aby ukryć wzruszenie.
I tych dwoje zrozpaczonych, w milczeniu, jakie teraz zapadło, wyszeptało to samo pytanie, zda się zwrócone do cieniów przyszłości: