Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A cóż się stajnie ze mną!
Juljan ożywił się, jak gdyby znalazł rozwiązanie tej zagadki.
— Posłuchaj Margarito!... czytam w twojej duszy. Kochasz tego człowieka i robisz dobrze. Jest wyższy ode mnie, a wyższość zawsze pociąga kobiety... Ja jestem tchórzem! Tak, nie przecz mi; jestem tchórzem z całą moją młodością, ze wszystkiemi memi siłami... Jak postępowanie tego człowieka nie miało cię pociągnąć. Ale ja odzyskam, com utracił. Ten kraj jest twoim Margarito; będą się bił za niego. Nie mów, że nie...
I porwany nagłym zapałem jął kreślić bohaterskie plany... Wstąpi do wojska!... Margarita wprędce usłyszy o nim. Zamiarem jego było zginąć w pierwszej potyczce albo zadziwić świat swymi czynami. Tak czy inaczej, wyjdzie z tego hańbiącego położenia: zapomnienie w śmierci albo sława.
— Nie! —- wykrzyknęła, przerywając mu z bólem. — Ty, nie! Dosyć tamtego. Jakżeż to straszne! Ty, także ranny, kaleka na zawsze, może zabity. Nie! żyj. Wolę, żebyś żył, choćbyś należał do innej. Niech wiem, że żyjesz, niech cię zobaczę czasem, choćbyś zapomniał o mnie; choćbyś przeszedł koło mnie obojętnie, jak gdybyś mnie nie znał.
W tym jej okrzyku drżała miłość gorąca; miłość nieopatrzna i bohaterska, która godzi się na wszystkie udręki, byle tylko ukochana istota żyła.
Ale wnet, aby Juljan nie łudził się płonną nadzieją, dodała: