Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ko stało. Dowiedziała się, ze Laurier ranny, gdy obie z matką przygotowywały się do wyjazdu z Paryża. Nie zawahała się ani na chwilę. Powinnością jej było pośpieszyć do boku tego człowieka. Rozmyślała wiele w ciągu tych ostatnich tygodni. Wojna nauczyła ją zastanawiać się nad wartością życia. Oczy jej otwarły się na nowe widnokręgi; naszem przeznaczeniem nie była rozkosz egoistycznego zadowolenia; obowiązek nasz leżał w cierpieniu i ofiarności.
Pragnęła pracować dla ojczyzny; wziąć udział w ogólnej niedoli; poświęcać się jak inne kobiety, a skoro była gotową pielęgnować nieznajomych, czyż nie było rzeczą naturalną, że wolała tego człowieka, któremu uczyniła tyle złego? Pamiętała żywo tę chwilę, kiedy go widziała jak przyszedł na dworzec, zupełnie sam wśród tylu innych, mających na pociechę uścisk kochających ramion, gdy się z nich wydzierali, śpiesząc na spotkanie śmierci. Żal, jaki ją wtedy ogarnął, zwiększył się nieopisanie na wieść o jego nieszczęściu. Granat wybuchnął tuż przy nim, zabijając tych, co go otaczali. On odniósł również liczne rany, ale najpoważniejszą była w twarz. Stracił zupełnie jedno oko; lekarze mieli nadzieję, że zdołają uratować drugie, trzymając je wciąż po ciemku, Ale ona wątpiła; była prawie pewna, że Laurier pozostanie ślepym.
Głos Margarity załamał się łkaniem przy wymawianiu tych słów, ale oczy jej pozostały suche. Nie czuła nieprzepartej potrzeby łez. Płacz zdawał się