Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rowie i żołnierze przebywali tak długie godziny w błękitnym cieniu, patrząc na innych kolegów, którzy mogli chodzić; Święta Grota gorzała tysiącami świec. Pobożne tłumy klękały na otwarłem powietrzu, podnosząc błagalne spojrzenia na poświęcane kamienie, podczas, gdy ich myśli krążyły daleko po polach bitwy z wiarą w opiekuńcze bóstwo. Wśród klęczących widać było żołnierzy z obandażowanemi głowami, z kepi w ręku i załzawionemi oczyma.
Przez podwójne schody bazyliki wchodziły i schodziły biało ubrane kobiety, a drżące skrzydła ich kwefów nadawały im zdaleka wygląd fruwających gołębi. Były to sanitarjuszki, prowadzące rannych. Juljanowi zdawało się, że w każdej z nich poznaję[1] Margaritę. Ale za każdym razem doznawał zawodu, aż zaczął wątpić w powodzenie swej podróży. I w Lourdes jej nie było. Nie spotka jej nigdzie w tej Francji, z której wojna uczyniła jeden wielki szpital.
Wieczorem poszukiwania jego nie odniosły lepszego skutku. Urzędnicy słuchali z roztargnieniem jego pytań: niech wróci później. Oznajmiono im właśnie nowy pociąg sanitarny. Wielka bitwa w pobliżu Paryża trwała dalej. Trzeba było przygotować miejsca dla nowego ładunku poszarpanego dała.
Juljan wrócił do ogrodów w pobliżu Groty. Poprostu dla zabicia czasu. Zamierzał wrócić do Pau dziś jeszcze. Na cóż się zdało zostawać jeszcze dłużej w Lourdes? A teraz gdzież się zwróci?

I nagle wstrząsnął nim dreszcz wzdłuż kręgosłu-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – poznaje.