Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bladości i czarne oblicza Senegalczyków, o niebieskawych białkach i ognistych oczach; jedni o powierzchowności dobrodusznej i opasłej mieszczucha, raptem przedzierzgniętego w wojaka; inni szczupli, nerwowi, o wyzywających profilach, jak ludzie, zrodzeni do bitew i wyćwiczeni w egzotycznych kampanjach.
Miasto, do którego pobożna nadzieja ściągała tłumy chorych katolików z całego świata, zaludniły teraz rzesze niemniej cierpiące, lecz przybrane w karnawałowe barwy. Wszyscy, pomimo fizycznego wyczerpania mieli wygląd do pewnego stopnia swobodny i zadowolony. Widzieli śmierć z bardzo bliska, wymknęli się z jej kościstych uścisków i radość życia przynosiła im nowe uśmiechy. Ten tłum bohaterski w swych płaszczach dekorowanych, z teatralnemi ozdobami, w czerwonych, szamerowanych kepi i czapkach afrykańskich przedstawiał się na ogół dość opłakanie. Mało który z nich zachowywał postawę wyprostowaną, tę dumę człowieczej wyższości. Posuwali się zgięci, utykający, oparci na lasce lub na przyjaznem ramieniu. Innych ciągniono na wózkach, które tyle razy służyły, by przewozić pobożnych chorych z dworca do groty Najświętszej Panny. Inni jeszcze szli omackiem, z obandażowanemi oczami, mając przy sobie dziecko lub sanitarjuszkę. Pierwsze starcia w Belgji i na Wschodzie, pół tuzina bitew wystarczyły, by wytworzyć te ruiny fizyczne, napiętnować męzką piękność okrutnem zniekształceniem i niedołęstwem. A te organizmy, które upierały się przy życiu