Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale nie: lepiej niech widzi, niech się stanie, co się ma stać. Ty nie możesz zrozumieć, jakie to są udręki; nie wiesz, ile cierpię.
Umilkła na chwilę, aby się skupić, wglądając raz jeszcze w zakamarki swej duszy.
— Och, wojna! — podjęła po chwili — Ileż zmian w naszem życiu! Przed dwoma miesiącami moje położenie wydawałoby mi się nadzwyczajnem... nieprawdopodobnem... Ja, pielęgnująca mego męża, lękająca się, żeby mnie nie poznał i nie odtrącił, a jednocześnie pragnąca, aby mnie poznał i aby mi przebaczył... Od tygodnia jestem już przy nim. Zmieniam głos, jak mogę, unikam wszystkiego, co by go mogło naprowadzić na myśl, kim jestem... Ale to nie może trwać. Tylko w powieściach zdarzają się podobne położenia.
I znów ogarnęła ją niepewność.
— Myślę — mówiła dalej — że poznał mnie od pierwszej chwili... Milczy i udaje nieświadomość dlatego, że mną pogardza... że nigdy nie zdoła mi przebaczyć. Byłam tak niegodziwą!... Wyrządziłam mu tyle złego!...
Przypomniała sobie chwile długiego milczenia i zadumy rannego, po jakichś nierozważnych słowach. Na drugi dzień po jej przyjeździe chciał się zbuntować, unikał wyjścia z nią na spacer. Ale, pozbawiony wzroku, zrozumiawszy bezowocność oporu, uległ biernie i milcząco.
— Niech myśli, co zechce — zakończyła Marga-