Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


on, tam, w hotelu i uczuł nagle, jak walił się na niego cały ciężar przygnębiających wrażeń, przeżytych w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Jakże nieszczęśliwi byli oboje!
Ona postępowała, rozglądając się na wszystkie strony, jak ktoś, przeczuwający niebezpieczeństwo. Ujrzawszy Juljana, przytuliła się do ślepca, rzucając swemu dawnemu kochankowi spojrzenie rozpaczliwe, błagające o litość. Och! to spojrzenie!
Juljan zawstydził się i jak rozdwojony jął patrzeć na siebie samego wzrokiem sędziego. Co on robił tutaj, tak zwany Juljan Desnoyers, niepotrzebny teraz uwodziciel, który obecnością swoją zadręczał biedną kobietę, chcąc odwieść ją z drogi szlachetnej skruchy, trwając w swych egoistycznych, małych pożądaniach, kiedy cała ludzkość myślała o czem innem. Własne tchórzostwo rozdrażniło go. Jak złodziej, korzystający ze snu swojej ofiary, krążył dokoła tego dobrego, dzielnego człowieka, który go nie mógł widzieć, który się nie mógł bronić, by okraść go z jedynego przywiązania, jakie miał na świecie, jakie cudem wracało do niego...
Ślicznie, panie Desnoyers! Ha! łajdaku!
I pod wpływem tej zniewagi, powstał przeciwko temu swemu drugiemu ja, zasługującemu na pogardę.
Spuścił głowę; nie chciał spotkać błagalnych oczu Margarity; zląkł się jej niemego wyrzutu. Nie ośmielił się również spojrzeć na ślepca, w jego zniszczonym, bohaterskim mundurze, z twarzą, postarzałą przez