Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Argensola z niezamąconą pogodą patrzył na tę ucieczkę. On był z tych, którzy pozostawali. Zawsze spoglądał z podziwem na tych, którzy przebyli oblężenie Paryża w 1870. Teraz pomyślny los pozwalał mu być świadkiem bardziej jeszcze ciekawego dramatu historycznego. Co on będzie miał do opowiadania! Ale drażniła go obojętność i roztargnienie jego najbliższego otoczenia. Wracał do pracowni, rad z nowin, jakie nazbierał, zgorączkowany chęcią udzielenia ich Juljanowi, a ten słuchał ich, jak gdyby nie słyszał. Tego wieczoru, kiedy mu przyniósł wiadomość, że Rząd obie Izby, ciało dyplomatyczne i nawet artyści Komedji Francuskiej wyjeżdżają w tej chwili właśnie specjalnymi pociągami do Bordeaux, przyjaciel odpowiedział mu na to machnięciem ręką.
Inne były jego troski. Dziś rano otrzymał list od Margarity; kilka słów skreślonych pośpiesznie. Wyjeżdżała; wyjeżdżała natychmiast w towarzystwie matki. Żegnaj! I nic więcej. Trwoga rozluźniała wiele związków; puszczała w zapomnienie wiele uczuć: ale Margarita była wyższą nad te bojaźliwości, żeby uciekać! Juljan dopatrzył się czegoś niepokojącego w jej lakonizmie.
Dlaczego nie wspomniała mu dokąd jedzie?
Wieczorem uczynił to, czego mu ona zawsze zabraniała. Wszedł do domu, gdzie mieszkała Margarita i wdał się w rozmowę z odźwierną. Poczciwa kobieta, wyrwana raptownie ze zwykłych zajęć przez ucieczkę lokatorów, rada była, że się może wygadać!