Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i że było to złym snem tyczyć sobie, aby członkowie załogi patrzyli na siebie, jak bracia, których los jest wspólny, i którzy widzą dokoła zasadzki tajemniczej napastliwości... O! nędzo ludzka!
Juljanowi sprawiła pewną ulgę, wśród tych posępnych rozmyślań, wesołość, jaką okazywali niektórzy rekonwalescenci. Byli to muzułmani; strzelcy z Algieru i Marroka. Przebywali w Lourdes, jak gdyby w każdem innem miejscu; bacząc jedynie na grzeczności cywilów, którzy im okazywali patrjotyczną serdeczność. Wszyscy patrzyli obojętnie na bazylikę, zamieszkałą przez „białą damę“. Jedynem ich zajęciem było prosić o cygara i słodycze. Widząc, że rasa panująca w ich krajach, traktuje ich jak uprzywilejowanych, shardzieli i naprzykrzali się wszystkiego, jak zbuntowane dzieci. Największą ich przyjemnością było, żeby panie podawały im rękę. Błogosławiona wojna, która pozwalała im zbliżać się i dotykać tych białych kobiet, uśmiechniętych i woniejących, takich, jakiemi ukazują się we snach niewiasty rajskie przeznaczone szczęśliwcom! „Madama... Madama!“ wzdychali, a przelotne płomienie zapalały się w ich atramentowych źrenicach. Inni, nie poprzestając na rękach, sięgali ciemnemi łapami wyżej łokcia, podczas, gdy panie śmiały się z ich zachwytów. Inni zbliżali się sami, podając rękę wszystkim kobietom. I odchodzili zadowoleni z uścisku drobnej, białej dłoni.
Juljan błąkał się długo w pobliżu bazyliki. Pod drzewami stawały szeregi wózków z rannemi. Ofice-