Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła parę słów wojskowemu, który siedział nieporuszony, zwrócony twarzą ku zachodzącemu słońcu, jak gdyby nie czuł jego promieni. Poczem, dawszy znak Juljanowi, poszła przodem; on zaś zrozumiał, że nie powinien się zbliżać, ani odzywać, by ranny ich nie usłyszał.
Zatrzymała się na bocznej ścieżce, w miejscu, skąd mogła widzieć biednego ślepca, powierzonego jej opiece. Stanęli naprzeciwko siebie, oko w oko. Juljan miał jej tyle do powiedzenia; tyle! ale wahał się, nie wiedząc, w jakie słowa ubrać swe żale, swe błabania[1], swe pieszczoty. I z tego nawału myśli wynurzyła się jedna; fatalna, przodująca i gniewna:
— Kto to jest?
Dźwięk głosu ostry, twardy, z jakim wypowiedział te słowa, zdumiał go, jak gdyby nie jego własny.
Sanitarjuszka popatrzyła na siego przejrzystemi, pogodnemi oczyma; oczyma, które na zawsze zdawały się wyzwolone z pęt zdumienia i trwogi. Odpowiedź nastąpiła równie przejrzysta i spokojna jak spojrzenie:
— To Laurier... To mój mąż...

Laurier! Oczy Juljana z powątpiewaniem spoczęły na wojskowym, zanim się upewnił, Laurier!... Ten oficer ślepy, siedzący nieruchomo na ławce, jak symbol bohaterskiego cierpienia... Postarzał się, cerę miał ogorzałą, jakby spaloną; głębokie bruzdy poryły ją we wszystkich kierunkach. Włosy zaczynały mu siwieć na skroniach i w brodzie, porastającej teraz policzki... W ciągu miesiąca przeżył dwadzieścia lat... A jedno-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – błagania.