Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pa; to samo nieokreślone wrażenie, jakiego doznawał niegdyś, gdy się schodzili w ogrodach Paryża i gdy to było zawsze zapowiedzią jej obecności. I teraz Margarita ukaże się wnet; jak to bywało dawniej, kiedy stawała przed nim nagle, że sam nigdy nie wiedział, czy wykwitła z ziemi, czy zstąpiła z chmur.
Pomyślawszy to, uśmiechnął się z goryczą. Złudzenia! Kłamliwe podszepty żądzy! Odwróciwszy głowę, poznał płonność tej nadziei. Nikt za nim nie szedł, sam jeden postępował środkiem alei. Na poblizkiej ławce spoczywał oficer z zabandażowanemi oczyma. Obok niego w przezroczej bieli anioła opiekuńczego siedziała sanitarjuszka. Biedny ślepiec! Juljan chciał iść dalej, ale szybkie poruszenie biało ubranej kobiety, widoczna chęć uniknięcia jego wzroku, odwrócenie twarzy ku drzewom, ściągnęły jego uwagę. Nie poznał jej odrazu. Dwa loczki, wysuwające się z pod kwefa zdradzały barwę ukrytych włosów, drobne, biało obute stopy, pozwoliły mu odtworzyć całą postać trochę oszpeconą prostym krojem umundurowania. Twarz była blada, poważna. Nic nie pozostało w niej z dawnych powabów pustej laleczki. W oczach odbijała się jakby nowa dusza, pogodna, ale smutna i zmęczona. Margarita!
Spojrzeli na siebie przeciągle, jak gdyby zahypotyzowani zdziwieniem. Ona zaniepokoiła się, widząc, że Juljan zmierza ku niej. Nie... nie... Oczy jej, ręce, ciało, zdawało się prężyć i odpychać go zawczasu. Z obawy, aby się nie zbliżył, sama wstała i powiedzia-