Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cześnie wydawał się młodszym, młodością promieniejąca z głębi jego ja, młodością duszy, która zaznała najgwałtowniejszych wzruszeń i nie może już doświadczyć strachu; pogodnem i spokojnem zadowoleniem spełnionego obowiązku.
Przypatrując mu się, Juljan doznał jednocześnie uczucia uwielbienia i zazdrości. Wstydził się wstrętu, jaki w nim budził ten człowiek tak nieszczęśliwy, nie mogący widzieć, co go otaczało... Ten wstręt był tchórzostwem, ale trwał w nim, jak gdyby w głębi jego jestestwa zbudziło się jakieś drugie ja, napełniające go przerażeniem. Jakże zapamiętał jej wzrok, jakim ogarnęła rannego, odchodząc od niego na kilka chwil tylko! Na niego nie spojrzała ani razu. Znał wszystkie miłosne odcienia jej źrenic, ale takiego wyrazu, z jakim patrzyła na rannego, nie widział w nich dotąd nigdy.
I nagle przemówił z wściekłością zakochanego, który przyłapuje kochankę na przeniewierstwie:
— I dla tego uciekłaś bez jednego słowa... bez żadnego wyjaśnienia... Porzuciłaś mnie, ażeby przy nim zostać! Powiedz, dlaczegoś to uczyniła! Dlaczegoś to uczyniła?
Nie ulękła się jego groźnego głosu i wrogich spojrzeń.
— Uczyniłam to, bo to był mój obowiązek!
I zaczęła mówić jak matka, która korzysta z chwili zdziwienia rozoszczonego dziecka, by go ukoić perswazją. Opowiedziała mu, jak się to wszyst-