Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A i tak ci i owi przechodnie padali ranieni zabłąkaną kulą.
Argensola chodził po ulicach śledząc zwroty nieprzyjacielskiego ptaka, usiłując zgadnąć, gdzie padają jego pociski, być jednym z pierwszych, którzy dobiegną do zbombardowanego domu, rozzuchwaleni odzywającemi się z dołu wystrzałami. Argensola nie posiadał karabinu jak Anglicy, przybrani w kaki, lub ci Belgowie w czapkach dzielnicowych z kitką na czole!... Wreszcie „Kret“ zmęczony temi ewolucjami znikał. „Do jutra — myślał Hiszpan. — „Ten jutrzejszy będzie może bardziej zajmujący“.
Godziny wolne pomiędzy obserwacjami geograficznemi i badaniem nadpowietrznych widowisk tracił na krążeniu koło dworców kolejowych, zwłaszcza w pobliżu Quai d'Orsay gdzie widywał tłumy podróżnych, uciekających z Paryża. Nagłe ujawnienie prawdy — po złudzeniach, jakie wywołał Rząd swemi optymistycznymi poglądami — pewność, że Niemcy są już blizko, gdy przed tygodniem wyobrażano ich sobie w rozsypce, „krety“ krążące nad miastem, tajemnicza groźba Zeppelinów wszystko to budziło nieopisany popłoch. Dworce strzeżone przez wojsko, przepuszczały tylko tych, którzy mieli nabyte przedtem bilety. Niektórzy czekali całemi dniami na swoją kolej wyjazdu. Niecierpliwsi wyruszali pieszo, by tylko co najprędzej znaleźć się za miastem. Drogi zaczerniły się mrowiem ludzkiem, zdążającem w jednym kierunku. Spieszyli na Południe, w automobilach, w konnych powozach, w wózkach ogrodniczych, na piechotę.