Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rita mężnie — niech mną pogardza. Ja jestem tu, gdzie powinnam być. Potrzebuję jego przebaczenia a jeżeli mi nie przebaczy, to i tak go nie odstąpię. Są chwile, kiedy pragnę, żeby nie odzyskał wzroku... W taki sposób będzie mnie potrzebował zawsze, a ja będę mogła spędzić całe życie przy nim, poświęcając się dla niego...
— A ja?... — rzekł Juljan.
Margarita popatrzyła na niego zdziwionemi oczyma, jak gdyby się ocknęła ze snu. To prawda, a tamten? Zatopiona cała w swem poświęceniu, które dla niej było zadośćuczynieniem, zapomniała o człowieku, stojącym przed nią.
— Ty! — rzekła po długiem milczeniu — ty musisz zostawić nas... Życie nie jest takie, jakieśmy sobie wyobrażali. Gdyby nie wojna, może bylibyśmy urzeczywistnili nasze marzenia... ale teraz! Posłuchaj mnie i zapamiętaj. Do końca życia dźwigać będę obowiązek bardzo ciężki, a zarazem słodki, bo im więcej mnie pochłania, tem mi się wydaje wdzięczniejszym. Nigdy nie opuszczę tego człowieka, którego tak skrzywdziłam, który jest sam na świecie i potrzebuje opieki jak dziecko. Jakiż udział mógłbyś ty mieć w moim losie? Jak żyć w miłosnym stosunku z wieczystą pielęgniarką u boku człowieka dobrego i ślepego, którego znieważalibyśmy ciągle naszą namiętnością?... Nie; lepiej, żebyś odszedł. Idź twoją drogą sam i swobodny. Zostaw mnie; spotkasz inne kobiety, które cię bardziej uszczęśliwią, niż ja. Jesteś z tych,