Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


którym przeznaczono spotykać nowe szczęście na każdym kroku
Tu jęła się rozpływać w pochwałach nad nim. Głos jej był spokojny, ale w głębi drżało wzruszenie ostatniego pożegnania radości, która odchodzi na zawsze. Ukochany człowiek będzie należał do innych... ona sama tego żądała!... Ale szlachetny smutek ofiary napełnił ją pogardą... Będzie to jedna więcej pokuta za jej winy.
Juljan stał ze spuszczonemi oczyma... niepewny i zwyciężony. Przerażał go obraz przyszłości, jaką mu nakreśliła Margarita... On, żyjący obok tej pielęgniarki, korzystający z nieświadomości ślepca, by wyrządzać mu codzień swoją miłością nową zniewagę... Ach! nie! To byłoby podłością! Przypomniał sobie ze wstydem złośliwość, z jaką przed niedawną chwilą patrzył na tego człowieka nieszczęśliwego i dobrego. Czuł się bezsilnym, aby z nim walczyć. Niedołężny i słaby na tej ławce w ogrodzie był wyższy i szanowniejszy, niż Juljan Desnoyers z całą swą krewką młodością. Posłużył w swojem życiu do czegoś; uczynił to, czego on nie śmiał uczynić.
Pod wrażeniem tej swojej niższości, jęknął żałośnie, jak opuszczone dziecko:
— Co się ze mną stanie!
Margarita, myśląc o miłości, która odchodziła na zawsze, o rozwianych nadziejach, o przyszłości, opromienionej poczuciem spełnionego obowiązku, ale monotonnej i bolesnej, szepnęła także: