Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przygotowania nie trwały długo. Pociągi przyjmowały tylko ręczne walizki. Argensola odmówił hojności Juljana, który chciał podzielić się z nim do połowy wszystkiemi pieniądzmi, jakie miał. Bohaterowie potrzebują mało, a malarz dusz, czuł w sobie bohaterskie postanowienie. Zwięzłe oznajmienie Gallienie'go, aby gotować się do obrony Paryża znalazło echo w jego sercu. On również postanowił wytrwać do upadłego, jak twardy generał.
— Niech przyjdą — rzekł tragicznym tonem. — Znajdą mnie na mojem miejscu.
Miejscem jego była pracownia. Chciał patrzeć na rzeczy zblizka, aby opowiadać o tem przyszłym pokoleniom. Wytrwa jakoś z zapasem wina i żywności, jakie posiadał. A przytem zamierzał, skoro tylko przyjaciel wyjedzie, sprowadzić do siebie pewne przyjaciółki, które krążyły po kominkach w poszukiwaniu wątpliwego obiadu i lękały się samotności w swoich mieszkankach. Niebezpieczeństwo zbliża dobrych ludzi i dodaje nowego powabu rozkoszom współżycia. Miłosne porywy więźniów Terroru, gdy każdej chwili mieli być zaprowadzeni na gilotynę, ożyły w pamięci Argensoli. Wychylmy jednym haustem kielich wina, my, którzy mamy umrzeć. Pracownia przy ulicy de la Pompe miała być świadkiem takich samych zwarjowanych i rozpaczliwych uciech, jakie się dzieją na statku, który osiadł na mieliźnie z całą obfitością zapasów żywnościowych.
Juljan wyjechał z dworca d'Orsay w przedziale pierwszej klasy. Chwalił w duchu wzorowy porządek,