Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pani z pierwszego piętra — matka Margarity — ostatnia opuściła dom, pomimo, że była chorą od wyjazdu syna. Wyjechały obie, z córką, dnia poprzedniego, nie powiedziawszy, gdzie jadą. Odźwierna wiedziała jedynie, że wsiadły do pociągu na dworcu d'Orsay. Uciekły na Południe, jak wszyscy bogaci.
I uzupełniała swe wiadomości napomknieniem, że córka była bardzo wzruszona nowinami z pola wojny. Ktoś z rodziny był ranny. Może brat; ale odźwierna nie wiedziała. Wśród tylu niespodzianek i wrażeń trudno było rozpytywać się o wszystko. Ona także miała męża na froncie i obchodziły ją jej własne sprawy.
— Gdzie pojechała? — zadawał sobie pytanie Juljan. — Dlaczego chciała, żebym nie wiedział o tem?
Gdy późnym wieczorem Argensola powiedział mu o wyjeździe Rządu i całego Gabinetu, co jeszcze nie było wiadomem publicznie, Juljan namyśliwszy się czas jakiś, rzekł:
— Dobrze robią. Ja także wyjadę jutro, jeżeli będę mógł.
Pocóż ma zostawać w Paryżu? Rodzina była nieobecną. Ojciec jego, — według wiadomości Argensoli — wyjechał także, nie mówiąc dokąd. Po tajemniczej ucieczce Margarity został sam, w samotności, która go napełniała wyrzutami sumienia.
Tego wieczora, przechodząc bulwarami, natknął się na przyjaciela, trochę zapędzonego w latach, poznanego w sali fechtunkowej, dokąd uczęszczali obaj.