Nil desperandum/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Nil desperandum
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1916
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.

Parlatoryum Wizytek było sklepione i suto przybrane poczerniałymi konterfektami dobrodziejów zakonu. Zakratowanem oknem, niby przez potrzaskaną taflę lodową, sączyło się skąpe zielonawe światło. Czarny, ogromny Chrystus, rzezany w drzewie, ostro się znaczył na bielonej ścianie. Kilka siedzisk, podobnych konfesyonałom, taiło się po mrocznych kątach. Powietrze przejmował zapach pogaszonych świec woskowych i kadzideł.
Skądciś, jakby z pod ziemi, dobywały się echa dalekich śpiewań. W pękatym rogowym piecu z zielonych kafli trzaskał wesoło ogień. Siedziała przed nim jakaś persona w zakonnej sukni i, nagrzewając przezroczyste, chude dłonie, czujne baczenie dawała na parę, rozmawiającą pod oknem. Był to Radzimiński z siostrą. I snadź nie klei się im rozmowa, gdyż z rzadka padało jakieś ciche słowo, częściej natomiast wyrywały się westchnienia lub gniewne, niecierpliwe pomruki. Radzymiński czuł się nieswojo wśród tych posępnych murów i, tracąc rezon wobec hardego zachowania się siostry, coraz frasobliwej na nią spoglądał. Panna w czerni zakonnej, jeno bez welonu, jako nowicyuszka, była dorodnej postaci i wielkiej urody. Z pod kornetu, obrzeżonego białą szlarką, wysuwały się na czoło krucze sploty niesfornych włosów; nos miała wielce foremny, orlikowaty, oczy piwne, pod brwią cudnie zatoczoną, jagody zgoła pacholęco zaokrąglone. Nad wargą leciutki puszek użyczał jeszcze słodyczy ustom pełnym, nabranym krwią. Dawała ze siebie obraz stworzonej do pieszczot i całunków, czemu jednak przeczyło wyniosłe spojrzenie i brwi, spisane burzliwemi dyspozycyami duszy. Jej wdzięczną gładkość ustawicznie przysłaniały jakby chmury udręk i niepokojów, że niepodobna było wymiarkować, kiedy wybuchnie gniewem, a kiedy śmiechem perlistym zadzwoni. Z przyrodzenia małomówna, za co w domu przezywano ją milczkiem, więc i aktualnie, w materyach poruszanych przez brata, odpowiadała jeno przymuszonemi słowy. Cierpiał jej wstyd, ale stokroć bardziej palące były plejzery jej dumy. Rok przeszło upłynął od owych strasznych zdarzeń, lecz pamięć przeżytej hańby krzewiła się coraz bujniej w dzikiej żądzy zemsty. Nie pomógł klasztor, ni surowe praktyki nowicyuszek, ni nawet z rozmysłem zadawane sobie umartwienia. Żyła jeno myślą zemsty, targając się rozpacznie w bezsilności. Brat zasię zgoła inną wyciągnął konkluzyę z jej skąpych napomknień o przeszłości i z jej wzburzenia na imię Zubowa, gdyż w jakiejś chwili rzekł gniewnie:
— Na to wychodzi, jako miłujesz tego zbója!
— Jak śmierć lub ciężką chorobę! — odparła, blednąc straszliwie.
— Dam ci go za męża...
Porwała się, niby wysadzona prochami.
— Czemuż mnie pan brat odrazu nie pchnie nożem pod serce?...
— Zośka, zalim ci katem?
Tyle było w jego głosie serdecznego wyrzutu, że jeno spuściła głowę, kryjąc łzy, kapiące po twarzy.
Usadził ją przy sobie i łagodnemi słowy wykładał zamysły, wykoncypowane gwoli ratowaniu jej z hańbiącej sytuacyi.
— I na łańcuchu nie dam się zawlec do ołtarza! — wybuchnęła tak namiętnie, aż odwróciła się do nich zakonnica. Radzymiński porwał się gwałtownie.
— Toć zapowiadam: przymuszę cię choćby siłą! Skoro nie pojmujesz, coś powinna własnej czci, to ja cię tego nauczę. Winnaś mi posłuszeństwo, imieniem domu naszego przemawiam! A nie posłuchasz — zostaniesz w klasztorze. Wybieraj!
— Nie! nie! — zaprotestowała mocno i snadź zbrakło jej sił do walki, a niewieścia natura miała przewagę, gdyż zapłakała spazmatycznie. Kiedy spróbował ją uspokajać, odgarnęła precz, że nie śmiejąc się przeciwić, poszedł na konferencyę do przeoryszy. Płakała jeszcze, gdy powrócił, ale przystąpił do niej i cicho, prawie prosząco szepnął:
— Zośka, kazałem pakować twoje tłumoki, zabieram cię z sobą.
— I dasz mi wolę? — pytała, obcierając łzy.
— Spełnisz, coś powinna, będziesz panią swojego losu.
— Takiś pewny na jego zgodę?
Całą duszę włożyła w to pytanie.
— Jeśli nie zechce, to biada mnie, ale gorzej jemu...
— Jeszcze jedno — odetchnęła z widoczną ulgą. — Nie będziesz mnie przymuszał do mieszkania z nim?
— Po ślubie możesz go kazać zatłuc kijami. Nie stanę ci na przeszkodzie.
— I nie będę mogła wrócić do domu?
— Matka już oczy wypłakała za tobą. Cały dom cię wygląda. Nim się jednak wszystko na twoje dobro obróci, zostaniesz kilka tygodni w Warszawie. Zakwateruję cię u pani generałowej Mokronowskiej.
— Wolałabym zostać na twojej kwaterze.
— Gdybym miał stałą, ale ja się przytulam, gdzie mi okoliczności pozwolą, dziś, tu, a jutro indziej. Generałowa przyjmie cię, jak rodzoną córkę.
— I będzie ręce łamała nad mojem pohańbieniem! — szepnęła ponuro.
— Wie tyle, co wiedzieć powinna. Nie bój się i zakonotuj sobie, jako aktualnie najpierwszy to dom w Warszawie. Napatrzysz się tam znacznych person i spraw niemałych.
— Jakże ja się tam sprezentuję w moich lubelskich jubkach z przed roku! — zakłopotała się nie żarty. — A jak cię widzą, tak cię piszą...
— Nie frasuj się, zaradzi się temu. Pośpiesz się jeno, bo mi pilno na świat.
Rzuciła się, jak huragan, wgłąb klasztoru i, nim upłynęła godzina, stanęła już gotowa do drogi, a służki wynosiły toboły na brykę. Odbyła się jeszcze czuła scena pożegnań z matką przełożoną, która nie omieszkała napaść ją obfitym obrokiem napomnień i przestróg, pełnych troski o jej cnotę i zbawienie.
Wysłuchała cierpliwie, ale skoro się jeno za nią zatrzasnęły furty klasztorne, szepnęła z gniewem:
— Żmije! obwinią człowieka i gotowe zdusić z troskliwości o jego zbawienie.
— Egzagerujesz. Nie grzeszyłaś nigdy pokorą i wszelką powiność masz za ciężką niewolę.
— Moja noga nie postoi w żadnym klasztorze! — deklarowała wzburzona.
Wsiedli do karyolki Zaręby, powożonej przez jego Maciusia, i pojechali na Długą do pałacyku Dekerta, gdzie mieszkał generał Mokronowski, ale posuwali się noga za nogą z racyi wybojów, kup śniegu i szeregu ogromnych wozów furażowych, zapychających ulice. Powietrze przytem było nad wyraz przykre, padał śnieg gęsty, mokry i płatami wielkimi jak motyle, że przez tę pierzastą przesłonę ledwie majaczyły wysokie domy Krakowskiego i ludzie toczący się pod ścianami. Na wprost pocztamtu wozy gwałtownie zjeżdżały na stronę, dając miejsce kompanii regimentu Działyńskiego, która przy głuchym warkocie tarabanów i przenikliwych graniach klarynetów i piszczałek waliła środkiem ulicy.
— Idą zaciągać warty na Zamek i przed kwatery dygnitarzów — objaśniał Radzymiński. Przechodzili tęgim, wymierzonym krokiem i we wzorowym ordynku. Kupy ultajstwa wieszały się po bokach.
— Kompania pana kapitana Mycielskiego! Chłopy na schwał, wybrane, a jak to krok trzymają! — gadał z kozła Maciuś, jadąc trop w trop za nimi, ale koło figury Matki Boskiej, przed domem Wasilewskiego, musiał nagle skręcić w bok swoje ogiery, bowiem z pod bramy Krakowskiej wyleciała oszklona karoca na saniach, w sześć siwych koni, bogato przybranych w czerwone siatki, pióropusze i brzękadła, srogo rzegocące. Mocna eskorta kozaków w kudłatych burkach, puszczonych na wiatr, leciała przodem niby stado rozjuszonych wilków, tratując, obalając i spychając na strony, gęsto przytem kropiąc nahajami, kto w porę nie uskoczył z drogi. Podniosły się wrzaski, a tu i owdzie ktoś obatożony pięściami wygrażał, klnąc w żywe kamienie.
Karoca była Igelströma, lecz siedział w niej Zubow z Izą. Na jedno mgnienie oczy jego skrzyżowały się ze spojrzeniem Zośki, nim jednak mogli coniebądź przedsięwziąć, konie rozniosły ich w przeciwne strony.
— W Warszawie! — tyle jeno głosu zdołała wydobyć z siebie.
— A tak, na ten upadek przyszło Rzeczypospolitej, że taki rakarz, taki arcypies może bezkarnie promenować się z kochanicami po ulicach — wzburzył się Radzymiński. — A nawet znaczy on tutaj niemało. Sam król Jegomość zabiega o jego życzliwość i zaprasza na obiady. Najpierwsze damy żebrzą o jego fawory. Nawet poczciwi szukają z nim związków, bowiem głośno wyznaje się być naszym stronnikiem.
Zośka siedziała w martwem pogrążona dumaniu.
Stanęli wreszcie przed pałacykiem »Pod wiatrami«, tak zwanym z przyczyny kamiennych figur, wdzięcznie powyginanych na słupach bramy i dmuchających na wszystkie strony świata. Pałacyk wznosił się w głębi dziedzińca, za misterną kratą żelazną.
Przyjęła ich jakaś beczkowata jejmość w okularach na nosie i, biegle obejrzawszy pannę, jęła gadać:
— Jestem Liwska do usług, wojszczanka węgrowska. Waćpannie będzie u nas dobrze, jeno zapowiadam, bez fochów i fanaberyi. I żadnych amorów!... Franek, zabierajże, gamoniu, tłumoki!
I dalejże mleć językiem w stu naraz materyach; szczęściem nadeszła generałowa i, obejrzawszy pannę, palnęła prosto z mostu:
— Same, widzę, marcypany rodzą się w Lubelskiem. Strach brać takie precyozy na przechowanie: a nuż jaki złodziejaszek dobierze się do puzderka? Moja Liwska, zakwateruj waćpannę przy mnie. Idź, dziecko, i rozgość się jak u matki, zajrzę wkrótce do ciebie. A waszmościa proszę na pokoje.
Submitował się i wykręcał z racyi, że był jeno w zwykłej kurcie kawaleryjskiej.
— Nikt ci łat w szarawarach wypatrywał nie będzie — zaśmiała się rubasznie. — Zapowiedział się Madaliński, z tej przyczyny znajdziesz u mnie liczniejszą kompanię — szepnęła mu do ucha. — Przywozi regestry gotowych oddziałów kurpiowskich. Ten gotów choćby zaraz. Szalona pała. Naprzód, marsz! — skomenderowała, ruszając przodem.
Nolens-volens, musiał za nią wejść na pokoje. Było ich kilka w amfiladzie, urządzonych wspaniale, choć zgoła w staroświeckim smaku. Okna od samych pawimentów dawały widok na zaśnieżone ogrody. Posępna szarość dnia lutowego i chłód przenikał zimową aurą, że w pierwszej, największej sali wybrana kompania obsiadła ogień, buzujący się na kominie. W złotawych brzaskach występowały twarze i żywiej majaczyły z arrasów porozpinanych jakoweś mitologiczne monstra.
Generałowa zatrzymała się chwilę przy Kapostasie, który ledwie widny z fotelu, oponował komuś mądremi racyami wyższej polityki. Rozmowa jużcić szła de publicis, w materyach bieżących, jak kwaterunki, wyniszczenie kraju przez obcego żołnierza, zbliżająca się redukcya wojsk i podobne. Bowiem półkolem brali miejsca: major Czyż, Aloe, Węgierski, J. Moszyński, kasztelanic lubelski, synowiec marszałka, lecz całą duszą pomagający spiskowi, Grabowski, krajczy litewski, członek Rady a również żarliwy socyusz sprzysiężenia. Zaciekli klubiści i jawni moderanci, pod okiem jednak generałowej zgodni, jak baranki. Poszeptawszy coś na ucho Kapostasowi, pociągnęła Radzymińskiego do sąsiedniej komnaty, gdzie panowały gwary i wesołość. Roiło się tam od ślicznych panien i kawalerów. Marcin Zakrzewski prym trzymał w zabawie; dopomagała mu w pustotach cale skutecznie Terenia, wybuchając co chwila śmiechem i kręcąc się na wszystkie strony, jak cyga. Starsze damy zaległy kanapy, wpatrzone i zasłuchane w jakiegoś tłustego prałata, który z otwartą tabakierką, z twarzą jowialną i roztrzęsionym brzuchem, prawił dość trefne dykteryjki, bowiem kilku kontuszowych jegomościów dusiło się od śmiechu. Jeno Konopka samotnie podpierający piec, niecierpliwie spoglądał na zegar, wskazujący trzecią po południu. Właśnie zapalano światła, gdy, dojrzawszy Radzymińskiego, rzucił się ku niemu z radością.
— Nie wiesz waszmość, kiedy przyjdzie Madaliński?
— Pierwszy raz słyszę, że ma być tutaj — zełgał, nie wiedząc, jako generałowa powiedziała już o tem wszystkim i pod największym sekretem. — Cóż to, imieniny jakoweś, czy jaki fest familijny? — pytał, rozglądając się dokoła.
— Zwyczajne zebranie niedzielne. Zawsze tak tłumnie i zawsze, jak na owej ewangelicznej łące, baranki pasą się zgodnie z wilkami. Generałowa lubuje się w przeciwieństwach, codzień inne systemata wyznawa i innym opiniom polityki pierwszeństwo daje. W jednem tylko niezmienna: w gorącej służbie ojczyzny. I w każdym przypadku można na niej polegać.
— Poznałem ją z tej strony i uwielbiam. Pani to wspaniałego serca.
— I umysłu wielce wyćwiczonego w naukach. Nie wyklucza to przywar, właściwych jej płci, bowiem namiętnie lubi nowinki, swatania, a już zgoła mistrzynią jest w politycznych kabałach i intrygach. Woyna przezwał ją anielskim bigosem, przy którym można zdechnąć z głodu. Bo imaginujże sobie waszmość: liberalistka, mająca rozum za bóstwo jedyne, a wierna odwiecznym zabobonom; układa rymy na cześć rewolucyi francuskiej i jej bohatyrów, koncypuje pisma w obronie praw człowieka, egzageruje się wolnością miast, a pono w swoich dobrach sama wymierza basylyki poddanym, i wieczorami, wraz ze swoim fraucymerem, codziennie wyciąga godzinki. A na dobitkę daje się teraz rządzić jakiemuś mnichowi od Kapucynów ojcu Serafinowi. Dojdźże tu z taką do proporcyi!
Przymilkł, gdyż przechodziła niedaleko. Pani była już nieco w latach, ale jeszcze cale gładka i majestatycznej postaci. Nosiła się dawną francuską modą: siwe włosy, spiętrzone kunsztownie, suknia z krótkim bawetem, bufiasta w biodrach i powłóczysta; twarz barwiczkami ożywiona, szare oczy, pieprzyki koło warg wydatnych, szyja ślicznie otoczona, dawały obraz wielkiej pani: władnej i zarazem ujmującej. Uśmiechnęła się życzliwie i przeszła do następnego pokoju, gdzie generał Mokronowski, otoczony gronem dostojnych przyjaciół, czytał w głos najnowszą gazetę francuską, użyczoną przez króla.
— Imaginuj sobie waszmość, generałowa kazała nad wejściem przybić deskę z napisem:

»W tym domu polskiej mowy i wiary kwitnie kult prawdziwy.
»Wejdź, jeśliś poczciwy«.

Niemało za to przeniosła od anonimów. Zasypano ją kąśliwemi facecyami, nawet na szybach swej sypialni znajdowała nalepione karteluszki z nieprzystojnemi drwinami. Rozgniewana posądziła Woynę o autorstwo i wyrżnęła mu takie verba veritatis, aż starościc był przymuszony posłać świadków generałowi. Skończyło się na wierszowanym koncepcie, jak zwyczajnie u Woyny. Ale basta, muszę rotmistrzowi zakomunikować sprawę ważną: oto w sobotę 1 marca zbiera się Mała Rada na Reducie w pałacu Radziwiłłowskim.
— Na Reducie! — dziwił się niezmiernie.
— Pod pozorem zabawy zgromadzimy się niepostrzeżenie w dawnej loży. Już nam depcą po piętach gończe Baura. W naszem zaś pomieszczeniu u Tepera za ciasno i też niebezpiecznie. Wszyscy muszą być w przebraniach i maskach. Znak wejścia, jak na zwykłą kapitułę. Zakrzewski może dopomódz waszmości.
Przywołał Marcina i wyłuszczył sprawę, polecając jego eksperyencyi kwestyę maski i stroju.
— Doskonale się składa — gadał prędko — po tej właśnie Reducie, Zubow wyprawia kolacyę w Marymoncie. Wszyscy jego goście mają się przybrać po hiszpańsku. Będę dla siebie szukał stroju, to mogę i dla pana rotmistrza. Ma to być balik champêtre, w zaufanem gronie.
Radzymiński jął od niechcenia pytać o różne szczegóły owego baliku. Marcin wyznał, co wiedział, i poleciał do narzeczonej.
— Szaławiła być musi, ale mu z oczu poczciwie patrzy — zauważył Radzymiński.
— Bo i poczciwy, wprawdzie z rodu, o jakich w Rawskiem powiadają:
»Gdy ojciec umarł, matka za mąż poszła,
»Bo była zwykła co rok rodzić osła«.
Czwarta dochodzi. Madalińskiemu nie śpieszno, a mnie jakby kto szydłem ekscytował. Ma tutaj rotmistrz swoją kompanię?
— Samotnym, jako palec, gapia jeno tnę, pannom zaglądam w oczy, nudzę się, jak pies na uwięzi, a wedle rozkazu generałowej Madalińskiego czekam.
— A gdybyśmy tak cichaczem zrejterowali? Generałowa nie zauważy. Poszlibyśmy na hecę! Publika tam nie pachnie i nosy w palce uciera, ale...
— Dla towarzystwa dał się cygan powiesić, jestem do dyspozycyi waćpana.
— Mają tam dzisiaj wypłatać psikusa Zubowowi.
— Zubowowi? Okoliczność niepowszednia i cale nęcąca.
— Możemy się zabawić setnie. Uprzedzam, jako nie wykluczona i burda.
— Jeśli o takiego zbója chodzi, na każdy azard gotowym.
— Jakaś partikularna awersya! Ale przepraszam za niewczesne słowo — dodał prędko, ujrzawszy jego twarz przemienioną i w oczach brzaski gniewu.
— Samo to imię już mnie doprowadza do pasyi. Opowiem waści przyczyny. Zaręba radził mi się zwierzyć i szukać u waszmość pana pomocy. Nad wyraz przykra mi ta materya. Chciałem już wczoraj zaczepić waćpana. Okoliczności nie sprzyjały, boję się odmowy...
— Z góry obiecuję wszystką pomoc. W drodze możemy pomówić swobodniej, tutaj za wiele poczciwych uszu się nastawia.
Wysunęli się szczęśliwie, unikając argusowych oczu generałowej, i, nająwszy na Tłumackiem sanie, kazali się wieźć przez Krakowskie na hecę.
Mrok już był dobry na świecie i wraz z obfitym a nieustannie padającym śniegiem przytrząsał miasto. Latarnie, kołyszące się tu i owdzie na sznurach, migotały w pierzastej mgle, niby wilcze ślepia. Ruch pieszy na ulicach, snadź z racyi niesprzyjającej aury, był niewielki, natomiast dosyć sporo sań przelatywało z ostrym jazgotem dzwonków i rzegotem brzękadeł. Niedziela była karnawału, ale nie znać tego było na mieście. Jedynie na Krakowskiem, przez jakieś okna rzęsiście oświetlone dobywały się skoczne rzępolenia, spotkano też jedyną kompanię jadącą w maskach, z kapelą na przedzie i lauframi z pochodniami.
— Tak się ma latosi karnawał do dawniejszych, jak wdowa do narzeczonej — wyrzekł Konopka. — Jeszcze dwa lata temu o tej porze każdy dom huczał muzyką.
— Nie było jeszcze przegranej wojny, Sejmu Grodzieńskiego i rządów Igelströma.
— Trzeba jeszcze przyłożyć: i bankructwa bankierów!... Staszek, widzę, z szopką. Natychmiast wrócę! — zawołał i wyskoczył do szopki, stojącej na schodach przed kamienicą Roeslera, w otoczeniu gawiedzi. Zbliżył się do draba z konopną brodą, przybranego w czerwony płaszcz i złotą koroną na czapie.
— Gdzieżeście byli? Nie tropią was?
— Baurowski hycel łaził, ale Kacper go sprał przy okazyi. U Dziarkowskiego przedstawialim zaraz z południa. Publika dziw nie popękała ze śmiechu. Ale co było frantów z maistratu i urzędów, dało nogę, wylękli się. Każdy w mig rozpoznał, co za persony wystawujemy. Potem poszlim do »Indyi« i do Poltza na Podwalu. Kapnęło nam półszosta złotego i poczęstunek.
— Dał ci ks. Meier karteluszki z wierszami?
— Kuba, posiewa je gdzie można. Teraz bierzemy dyrekcyę na Nowy Świat.
— Gdzie się Kacper podziewa?
— Tam z gwiazdą na przedzie. Żeby to który z naszych panów zobaczył, jak pokazujemy!
— A do pani Barssowej idźcie pokazać, tam dzisiaj zebranie...
Konopka wrócił do sani. Dopiero wtedy, milczący jak głaz, Radzymiński wyznał pod kawalerskim parolem swoje zgryzoty i zamierzenia względem Zubowa.
Konopka, gwałtowny z przyrodzenia, słuchał jednak spokojnie, jeno ciche klątwy dawały poznać gniew wzbierający. Zbierał czas jakiś myśli, aż rzekł uroczyście, wyciągając rękę:
— Cały się oddaję do dyspozycyi. A szubienicznik, a hycel! Zaraz, Marcin wspominał o pikniku w Marymoncie. Zubow wyprawia! Szczególna okazya! Świta mi fortel nielada! Ażeby go z tej zabawy podebrać, jak wronę z gniazda. Sztych przyłożyć do gardzieli, a kańczugiem do spełnienia powinności przyniewolić. Traktament słuszny i w proporcyi położonych zasług — wrzał cały i jego płodna imaginacya przybierała już wszystko w prawdy postać akuratną. — Jakże się to widzi rotmistrzowi?
— Wykoncypowanem wspaniale. Księdzabym miał na tę okoliczność. Właśnie ów Serafin, którego mi polecał Zaręba.
— Ks. Meier zaradzi najskuteczniej przez swoje rozległe związki.
— Zubow może podnieść wrzask na całą Rzeczpospolitą!
— Pewnie, że serce straci do waszmości, ale względy wyższej polityki każą mu milczeć. Wystawiłby się na pośmiewisko. Myślę, jako prędzej chwyci się drogi układów. Zaiste, sytuacya dla przyszłego faworyta Carowej nie do pozazdroszczenia. Dałbym gardło, że nie poskąpi na rozwód i oprawę godną siostry waszmościa. Zwyczajna to rzecz między wielkimi panami i cale pospolita — rozgadał się otwarcie.
— Gardłowy to jednak azard!
— Jeśli się nie uda. Szanse jednak po naszej stronie. Wysiadajmy, ale jeśliby tu zdarzyła się jakowaś burda, niechże rotmistrz będzie zdaleka.
Na rogu Chmielnej i Brackiej stał długi, drewniany dom, osłonięty rzędem smukłych topoli. Piętrowa obszerna brama prowadziła w dziedziniec, gdzie wznosiła się okrągła budowla hecy. Czerwone latarnie pokazowały wejście, przed którem tłum przeróżnego ultajstwa kłębił się, wrzeszczał i świstał, ilekroć z głębi, od strony hecy buchnęły ujadania psów, muzyckie rzępoły, lub gdy marszałkowscy, trzymający straż, próbowały zmuszać do przystojności. Zbiegowisko przybierało coraz burzliwszą postać, bowiem przed bramę, nie bacząc na śnieg obficie padający, wystąpił jakiś drągal w kożuchu, włosem na wierzch wywróconym, i jął walić w ogromny bęben, zasię drugi, w pstrokatej hecarskiej odzieży i z gębą krągłą niby donica, pomalowaną krokoszem, zakrzyczał ze wszystkiej mocy:
— Prześwietne publicum! Odprawuje się widowisko, jakiemu trudno dać nazwisko. Szczególna okazya, zdarzająca się raz na sto lat! Walka straszliwego lwa z wściekłym krokodylem! Potem najsławniejszy hecmajster z Wiednia będzie się barował z niedźwiedziem. Potem połykacz ogni, czarodziej, pokaże swoje sztuki. Potem będą surpryzy, jakich oko nie widziało i jakich ucho nie słyszało. Śpieszcie się, jeszcze chwila i będzie zapóźno. Loże po trzy złote z motyą. Siedzenia po groszy dwadzieścia. Panny darmo, jeśli z kawalerem. Duchowny stan na borg, gemeiny dziesięć groszy. Nuże, bo zaczynamy! Miejsca dla jaśnie wielmożnych! — zaryczał naraz, dojrzawszy Konopkę. — Walek, bij w bęben! Miejsca dla jaśnie wielmożnych senatorów i wojewodów! Prezentuj broń, kulfonie! Miejsca dla hetmanów! Rozstąpić się tam, skurczybyki, sam Król Jegomość wali na hecę z całym dworem! Miejsca! — wydzierał się jak opętany, czyniąc z siebie ucieszne widowisko.
— Tenby zaszczekał wszystkich — zaśmiał się Konopka, wprowadzając rotmistrza na hecę. Wpadli jakoby w dół pełen wrzasków, psich zaduchów i czerwonego ognia pochodni, gęsto pozatykanych na słupach, dokoła niemałej areny, wysypanej żółtem piaskiem. Budynek bowiem był kolisty, piętrowy i rzędy ław zataczały się aż pod kopulasty pułap, na którym były wyobrażone farbami swawolne historye z mitologii. Pejsate muzykanty z galeryjki rzucały siarczyste obertasy. Snadź z racyi niedzieli karnawałowej prawie wszystkie miejsca były zajęte i jeszcze przybywali ludzie. Siedziały rodziny rzemieślników i przeróżnego acaństwa. Nie brakowało pańskiej liberyi, ni gemeinów z różnych regimentów, szczególnie zielone kurty kansierów rzucały się w oczy przy ślicznych warsztatniczkach. Dojrzał tu i owdzie zabłąkanego szlachcica, goloną głowę mnicha, obfite cyrkumferencye sławetnych rajców i godne ich połowice. Gwar też panował znaczny, potęgowany jeszcze głosami bab, zachwalających ciastka, obwarzanki, karmelki i orzechy, z jakimi przeciskały się wśród ciżby. Gadano głośno, niektórzy krzyczeli powitania znajomym na drugą stronę amfiteatru. Powstawały kłótnie o miejsca, to dzieci zaczynały płakać, to jakiegoś podpitego majsterka, wyrzucano za drzwi, lub nazbyt zbytkujących gemeinów poskramiano łajaniem, że nie brakowało materyi do śmiechów, dowcipów i wesołości.
Konopka z towarzyszem zajął miejsce w mrocznym kącie pobok galeryi z kapelą, ustąpioną przez gemeina z regimentu Działyńskiego, który, poszeptawszy mu coś na ucho, usunął się skwapliwie. Konopka tutaj, jak indziej, znajdował swoich konfidentów, bowiem co chwila przysuwał się ktoś nieznacznie, składał jakieś relacye i ustępował na stronę. Niektórzy mieli facies oberwanych z szubienicy, większość jednak nie narzucała się oczom niczem szczególnem. Znajdowały się bowiem między nimi persony przeróżnych kondycyi, nie wyłączając kobiet i mnichów żebrzących.
— By się waszmość dłużej nie dziwował, powiem: ma ambasador swoją policyę, ma Buchholtz swoją, ma król, więc słuszna i nam mieć takowe instrumentum. Ja jeno dowodzę bractwem z Szubienicznej Rogatki, a ks. Meier wszystkiem rychtuje. Baur ani się spodziewa, kto za tropami jego psiarni szlakuje i z jakim skutkiem. Zwłaszcza że pomaga mi wszystek lud warszawski. Nawet sobie waszmość nie imaginuje, ile w tem pospólstwie miłości ojczyzny, ofiarności pro publico bono i nienawiści do tyranów! Gdybym jeno skinął, a zobaczyłbyś waszmość takie »czerwone msze« w Warszawie, jakie się teraz odprawują w Paryżu!
Zmitygował się naraz i zamilkł.
Radzymińskiego wielce zastanowiły te słowa, lecz nim zdobył się odpowiedzieć, wcisnęła się między nich słynna z urody i rozwiązłego życia Andzia, szczególniej wielbiona przez alianckich oficyerów, przybrana jednak z taką modestyą, że dawała z siebie postać cnotliwej skromnisi. Naszeptawszy Konopce na ucho, gruchnęła perlistym, długim śmiechem:
— Ciekawe przynosi awizy, dajno waszmość ucho.
Przechylił się za plecami dziewczyny.
— Achtyrskie dragony i kijowskie grenadyery mają w tym tygodniu ściągnąć do Warszawy. Zastanawiające!
— Nie może być! Niepodobna, żeby bez ważnej przyczyny zmieniali swoje leże.
— Tak pewne, jak siedzę między waćpanami. Łgarstwami gęby sobie nie strzępię — fuknęła obrażona. — Ale w nagrodę musicie mnie dowieść do szynkowni Kobylańskiego: tam co niedziela flaki, muzyka, sztajery i bijatyki. Chce mi się dzisiaj pohulać! Już mi obmierzły moje salony i moje perfumowane amanty! Zjadłabym kiełbasy, co to się do trzeciego dnia odbekuje! Sprałabym kogo po pyskach i bo ja wiem, cobym robiła! — parsknęła znowu śmiechem, leniwie się przeciągając.
— Przy takiej dyspozycyi że cię to puścił na wolę Diwow?
— Bo głupi, jak wy wszyscy! Zamknął mnie, gemeina postawił przy drzwiach na warcie i zabronił mi się ruszać z domu. Osieł jeden! Nudziłam się jak prymasowska małpa, już miałam się, położyć, ale pomyślałam: trzeba durnia nauczyć rozumu. Dalejże traktować z żołnierzem. Cóż, kiedy ten śmierdziel na wszystkie obietnice i złotówki dawał jeden respons: — »Nielzia!« Zmiękł dopiero po kwarcie krupniku i teraz śpi, jak zabity, pod drzwiami, a jutro przepędzą go przez kije. Diwow będzie wściekły, ale niechaj sobie wybije z głowy, że kobietę można upilnować...
— Nie chciałbym ja takowej funkcyi spełniać przy asindzce — westchnął rotmistrz, pożerając ją oczyma. Wabna bowiem była: słusznego wzrostu, pulchna, lecz wielce foremnej postaci; włosów kasztanowatych, oczu niebieskich, zębów połyskliwych, niby sznur najbielszych pereł; śmieszka przytem i dysząca jurnością. Głos miała jakby nieco przepalony miłosnymi upałami, piersi nazbyt wzdęte i grzeszność wypisaną w białej, ślicznej twarzy i na czerwonych, lśniących wargach, potrafiła jednak przybierać pozór, jaki chciała i w każdej okoliczności, czem właśnie niejednego wyprowadziła w pole. Kaczanowski był ją zwabił do posług spiskowych. Oddała się im całą duszą i służyła wiernie.
— Że cię to głowa nie zaboli, co się dzieje z kapitanem? — rzucił nieostrożnie Konopka.
— Alem ciekawa, jak się miewa twoja uwędzona flądra — odpaliła z miejsca, mając na myśli Barssową, o którą była zazdrosna. — Oporządziłam ją wczoraj, długo mnie popamięta! Imaginujcież sobie, przymierzam jakąś jubkę u Łazarewiczowej, a na to przychodzi ten wyblechowany feretron, zasiada naprzeciw i dalejże mnie przez złotą patrzałkę lustrować!
— Admirowała twoją urodę — wtrącił spiesznie Konopka.
— Niech swoje krzywe kulasy admiruje! Pokazałam język i nawymyślałam jej de grubis. Uciekła, jak spłoszona indyczka. Oglądała mnie, jak zagranicznego zwierza! Świętoszka z Trębackiej!
Konopka przyczerwieniał z irytacyi, lecz dał spokój obronie, bowiem w amfiteatrze raptownie się uciszyło, wszystkie oczy zawisły na królewskiej loży wprost wejścia, przysłoniętej z wierzchu zielonym pawilonem, do której wchodziło jakieś liczne towarzystwo; złocona krata od strony widzów dawała ledwie dojrzeć obrysy postaci.
Pejsaci kapeliści jakby na ich powitanie uderzyli wrzaskliwą fanfarą.
— Zubow ze swoją kompanią! — zawołała i, nie namyślając się, wsadziła palce w usta obyczajem urwiszów i przeraźliwie zaświstała. Gdyby na sygnał, ze wszystkich ław podniosły się przenikliwe gwizdania, wrzaski i wściekłe tupoty, aż buda zadygotała i światła pochodni jęły się targać. Wyleciał na to zestrachany hecmajster i, bijąc w mosiężne blachy, oznajmiał:
— Zaczynamy! Uciszcie się! Zaczynamy! — Próbował przekrzyczeć tumulty. Jakoż dopiął swojego i, skoro się nieco uspokoiło, wypadł na arenę osieł, przybrany w brzękadła i obwieszony siatkowymi workami, pełnymi miauczących kotów. Hecmajster ekscytował go batem, bowiem tuż jego tropy nadlatywało całe stado ogromnych, rozjuszonych kundlów. Osieł gnał dokoła, jak oszalały, wymijał napastników, kluczył, niekiedy ich przeskakiwał, lecz w końcu, osaczony przez rozwścieczoną zgraję, zaczął ryczeć i bić kopytami na wszystkie strony. Uczynił się nieopisany, dziki wrzask, na środku areny powstał kłąb tarzających się w śmiertelnej walce psów i kotów, oplątanych sieciami. Sypnęły się rzęsiste brawa, a już uciecha dosięgła szczytów, kiedy ukazał się brzuchaty dryblas, wystrojony na małą dziewczynkę, w jasnej peruce, zaplecionej w warkoczyki, z lalką na ręku i jął niby to rozpędzać psy, to gonił za osłem, to przyciszał płaczącą lalkę. Przewalał się przytem co chwila i wyrabiał takie miny, że amfiteatr pokładał się ze śmiechów. Nawet odsłoniły się złocone kraty loży i dostojna socyeta nie szczędziła mu uznania i srebrnych rubli.
— Któż tam więcej siedzi z Zubowem? — pytał Konopka, nie mogąc rozpoznać.
— Szambelanowa z panią Załuską i jeszcze jakieś klępy; szambelan, Blum, ks. Gagaryn, młody Igelström i ten mój schwacony drygant, Diwow!
— Zacna kompanijka! Ale że się rozpierają w królewskiej loży!
— Gdyby Zubow zechciał na Zamku przyjmować swoich przyjaciół, królby nie śmiał się oprzeć. Zwaliłby wszystko na mus wyższej polityki! — drwił Konopka.
— Kwiczoł, sam tu! — gruchnęła na cały głos Andzia do jakiegoś franta, siedzącego na drugiej stronie amfiteatru.
— To Piotrowski — rzuciła Konopce. — Chłopak gotowy na każdy azard, abszytowany oficyer i mający liczne związki między pospólstwem. Pewny!
— A jakąż szarżę ma przy twoim dworze? Fortragujesz go coś żarliwie.
— Potrzebny mi na różne przypadki. — I roześmiała się wesoło do nadchodzącego, który prezentował się Konopce. Gadali z sobą długo i cicho, tymczasem na arenie, po uprzątnięciu rozszarpanych kotów, zaczynało się nowe widowisko. Ukazał się wiedeński hecmajster w czerwonym fraku, w białych kulotach i z harapem w ręku. Sfora czarnych, wielkich psów maszerowała przed nim we wzorowym ordynku. Przemówiwszy do publiki, czego nikt nie zrozumiał, jął egzercyrować pieski, które na jego komendę wyprawiały przeróżne ewolucye. Zasię, ku powszechnemu podziwowi, jeden wybębniał na tarabanie werbla, a drugi, z fajką zapaloną w zębach, promenował się dokoła areny.
— Po jakiemu on nimi komenduje? — ciekawił się rotmistrz.
— Po piesku, przecież z jednych stron przyjechali! — zaśmiał się Piotrowski.
Krzyk się znaczny podniósł w amfiteatrze i klaskania zerwały burzliwe.
Owo pachoły wywiodły na łańcuchach ogromnego niedźwiedzia, na co psy odpowiedziały szczekaniem, próbując mu się dobrać do skóry. Miś, jakby nie zwracając na to uwagi, zasiadł najspokojniej, podpatrywał się i, wodząc chytremi oczyma, poziewał przeciągle. Posypał się na niego grad różnych łakoci. Zebrał je na akuratną kupkę i zajadał, kłapiąc smakowicie potężnemi szczękami. Dopiero harap porwał go z miejsca i psy docierające z wściekłością. Rzucił się na nie, kilka podarł, resztę rozegnał i, dojrzawszy hecmajstra, podniósł się na tylne łapy i, zaryczawszy straszliwie, runął na niego. Zczepili się w pół, jako dwa podpite chłopy i dalejże się za łby wodzić, barować i przepierać. Raz był górą niedźwiedź, że zerwał się trwożny krzyk powszechności, to znowu hecarz miał przewagę, iż zwalili się na ziemię i taczali po żółtym piasku nierozplątanym kłębem, pokrytym kurzawą i psami, usiłującymi dosięgnąć kłami nieprzyjaciela.
W amfiteatrze uczyniła się cichość jakoby w kościele, jeno podnosiły się gorączkowe wzdychy, to »Jezus Marya!« ktoś krzyknął, to »dla Boga«. Patrzyli z zapartym tchem Zasię socyeta Zubowa, również zanimowana, stłoczyła się przy parapecie, śledząc ewenty extraordynaryjnego widowiska.
Naraz, niezauważony przez nikogo, jakiś rudy lis chlusnął na arenę; psy poczuły go natychmiast i, poniechawszy Misia, puściły się za nim w pogoń zapamiętałą. Lis, snadź stary gracz, przednio kluczył, wydzierał się im z pod samych zębów i rwał coraz prędzej dokoła areny, że trudno go było złapać oczyma.
Wkrótce ze wszystkich ław sypnęły się wrzawy szczucia i gwizdania.
Atoli lis, mając dosyć harcowań, zwłaszcza że rozsrożone psy wisiały mu już nad karkiem, ostatnim rzutem skoczył do loży, wprost na jaśnie wielmożne głowy. Pieski jużci poszły w jego tropy. Uczynił się nieopisany wrzask i tumult. Damy mdlały, kawalerowie wyskakiwali na arenę, umykając z krzykiem, zaś w loży wszystek sprzęt jął się wywracać wśród jazgotliwych szczekań, wycia i piekielnego zamętu. Grozę momentu zwiększył jeszcze Miś, gdyż, porzuciwszy hecmajstra, jął gonić uciekających dygnitarzy. Publika porwała się z miejsc, trwoga ogarnęła wszystkich, już tu i owdzie powstawały popłochy, ucieczki a przerażone wrzaski, gdy po chwili gruchnął śmiech powszechny; ludzie aż przysiadali brali się za boki, pokładali po ławach i ryczeli z uciechy w niebogłosy, niepowstrzymanie, spazmatycznie, bowiem z loży wyskoczył pies z lisią skórą w zębach, a boczkiem, skromnie przebierał się pudel, wesoło kręcąc ogonem i dysząc ze zmęczenia.
Kąśliwe docinki, niby grad, posypały się na Zubowa i jego kompanię.
— Rycerz jucha, przed pudlem zmiatał — krzyczeli, nie krępując się niczem.
— A niech ci Carowa nowe portki kupi, na nic teś zapaskudził!
Nic tu już po nas! — dał cichy rozkaz Konopka.
Śmiech słychać było jeszcze w bramie; jak burza, wylewał się na ulicę.
— Zubow dostanie ze złości kolki, a hecmajster kije.
— To im obu ulży! Ale któż to sprawił? — zdumiewał się rotmistrz.
— Są, których się trzymają takie psie figle — śmiała się Andzia.
— Imaginujcież sobie ich powrót z hecy!
— Boże, omal nie pękłam ze śmiechu! Zubow się oganiał wachlarzem! Ha! ha! Dopiero wezmą ich na ozory! Szambelanowa pokazała nogi po pas! Ha! ha!
— Cicho, siadajmy w sanie i umykajmy. Tylko patrzeć, jak się tutaj zjawi Baur ze swoimi pachołkami. Nie trzeba dawać nawet pozoru.
— Ale ten uczony pudel wart, ile zaważył — unosił się rotmistrz.
— Hej! sałata, wal na Stanisławów — do gospody Kobylińskiego!
Konopka chciał do »Indyi« na Podwale, lecz Andzia kładła mu w uszy swoje racye, aż w końcu ustąpił.
— Tam się zbierają dezarmowani, tam mają kwaterę werbownicy moskiewscy i zbiera się różne pospólstwo. Warto ich przy okoliczności zlustrować.
— Tylko jedna przeszkoda — wziął niespodzianie głos Piotrowski. — Waszmoście przybrani jakby na dworskie ansamble, a tam lepiej dawać pozór obiboków lub zgoła ultajów.
— Racya! Jedźże na Stare miasto! — zdeterminował prędko Konopka. — Znajdę w domu odpowiednie szaty na taką uroczystość.
Mieszkał w Rynku, na wprost Ratusza, w Barsowej kamienicy, na czwartem piętrze. Wpadli tam, i Andzia, znalazłszy się w zacisznych stancyjkach, niepomiernie się zdumiała. Ani bowiem mogła się spodziewać naleźć taką czystość i porządek. Przeglądała kwaterę w najdrobniejszych szczegółach, dając wyraz coraz większemu zdziwieniu.
— Mieszka, tak kleryk, albo panna na wydaniu!
Zasłony przy oknach w niebieskie paski, takiż pawilon nad łóżkiem, kobierce, garnczki z kwiatuszkami na oknach, kanarek w klatce, na ścianach, obitych tyftykami, kolorowe kopersztychy, wystawujące tkliwe sceny berżerów, sprzęty w schludnych pokrowcach, na kominie i stolikach pełno różnych cacek; znalazła nawet w jakimś schowku cukry, któremi zaczęła się łakomie opychać. Wreszcie wsadziła ciekawy nosek między stosy książek.
— To nie przy mnie pisane! — odrzuciła ze wzgardą jakieś francuskie dzieło i, dojrzawszy na ścianie bałabajkę, wzięła na niej brzdąkać i przyśpiewywać, z czego przeszła raptownie na wściekłego kozaczka.
Wyszli na to już przebrani zgoła nie do poznania.
— Konopka, masz minę zakrystyana od fary, a rotmistrz patrzy w tej czui pstrokatej na świniarza z Węgrowa! — zdecydowała, wybuchając śmiechem.
W drodze, zjeżdżając Bednarską, szepnęła nieśmiało do Konopki, jechali osobno.
— Przyjdę do ciebie... Masz taką śliczną kwaterę! — Wparła się w niego lubieżnie.
— Owszem. A jeśli mnie nie zastaniesz, klucz zawsze leży pod słomianką — odparł nie bacząc na jej umizgi. Używał jej na posługi sprzysiężenia i cenił wysoko, lecz na jej urodę, inklinacyę i osobę patrzył z wyniosłą awersyą człowieka dalekiego od przygodnych amorów.
— Z Kaczanowskim to człowiek wiedział czego się trzymać! — wybuchnęła rozżalona. — Waćpan jesteś, jak ten śnieg — biały i lodowaty.
— Dajmy spokój dziecinnym dyskursom, toć się znamy, jak łyse konie. Powiedz mi o Piotrowskim — zajrzał jej w oczy. — Tylko wesołość zdobi cię prawdziwie. Uwielbiam cię taką.
Udobruchana, jęła dawać prawdziwy konterfekt Piotrowskiego, z czego zrozumiał, jako to człowiek o burzliwej przeszłości, nie bez plejzerów na swojej reutacyi, a zarazem zabijaka, gotowy na każdy azard i awanturę, kostera i pijus.
— I cieszy się szczególnym mirem między alianckimi oficyerami. W zręcznych obrotach i fortelami przeszedł Kaczanowskiego.
— Rada wspominasz kapitana, ugrzązł ci w pamięci?
— Pewnie! A jak mi obmierznie swoboda, to się machnę za niego i basta.
— Powiadają: on był z Płocka, ona zaś też jeno trzy nitki na krzyż miała!
— Niech cię głowa nie boli! Da on sobie radę w każdej przygodzie: to prawdziwy chłop, nie takie Bóg wie co, jak drudzy — zdeklarowała wzgardliwie.
— Bija co dnia, jeść dawa raz w niedzielę, a co nockę przypuszcza do łaski! — drwił.
— A niechby nawet bijał! Milszy mi taki od wszystkich! — pofolgowała sobie, wylewając w podrażnieniu potok nieprzystojnych epitetów na swoich gachów.
— Fortunna to dla mnie okoliczność, żem ci nic nie winien — szepnął przy wysiadaniu.
Mimo wczesnej pory, gospoda Kobylińskiego zdała się już być przepełniona. Widno i rojno było w ogromnem domostwie, świeciły wszystkie okna, huczała muzyka, tańce i wesołe pokrzykiwania.
— Piotrowski! bierz waćpan komendę i prowadź — rozkazał Konopka.
Ruszyli do wielkiej izby, pełnej czerwonych brzasków ognia, gwaru i ludzi. Na ogromnym kominie w rogu, pod zwisającym okapem buzował się tęgi ogień, obracały się rożny, nadziane całemi ćwierciami mięsiw, i skwierczały patelnie wśród garów i saganów. Zapach kapusty i prażonych kiełbas brał nad wszystkiem górę. Na bocznej ścianie, za szynkwasem, okratowanym aż po pułap, widniały beczki, antały, miedziane konwie do piwa, stosy cynowego sprzętu i zwoje kiełbas. Królowała tam jejmość o tubalnym głosie i obwisłem licznemi kondygnacyami obliczu. Przy długich stołach było już gęsto i niezgorzej przedzwaniano kieliszkami. Gospodarz, o gębie krągłej i jakby zrumienioną tłustością oblanej, usadzał gości, czasem z kimś przepijał i zarazem dawał baczenie na kuchtów i stołowe panny, roznoszące jadła i napitki. Oto miał niechybne i prędkie objęcie, gdyż, mimo przebrania wchodzących, potraktował ich wyróżniająco, zapraszając do paradnej sali. Częstował nawet izbą na pięterku.
— Karnawałowych emocyi pragniemy zażywać! — wymówił się Piotrowski i, zająwszy miejsca w kącie za sporym stołem, kazał podać regestr półmisków.
Sala, w której zasiedli, pomimo wielkości, była przepełniona ludźmi, gwarem i tańcami. Na galeryjce, przyczepionej do ściany, rżnęli muzykanci. Kilkanaście par tańcowało zapamiętale pod okiem metra, starego pijaczyny w kusym fraczku, brudnej peruce i z nosem grzecznie rozkwitłym, który, wywijając białą laseczką, czuwał nad przystojnością manier, nauczając zarazem.
— Nieostrugany drągal z aspana — strofował, nie przebierając w słowach — przypinasz się do tancerki jakby do ssania. Jezu Nazareński, dryga pośladkami, jak na ten przykład cielę! Z życiem, mości panowie, a godnie! Z życiem!
I, poirytowany ich nieudolnością, wyrwał jakąś pannę z miejsca, puścił się z nią na czele i, bijąc hołubce pałąkowatemi nogami, zaśpiewał ogniście:
— Rach, ciach, ciach, od komina! Nogi w łapciach, durna mina! Rach, ciach, ciach!
— Właśnie mi tego dzisiaj brakowało! — wyznała Andzia, pociągając do tańca Konopkę.
— Cale zastanawiające facies — ozwał się rotmistrz, wskazując kawalerów, stojących modnym obyczajem w kole tańczących zwartą plecami ścianą.
— Mogę ich nazwać waszmości — proponował Piotrowski, bowiem, jak się pokazało, znał prawie wszystkich. Były to zgoniny z całego miasta, złożone z co najlepszych fryzyerów, kupczyków i towarzyszów cechowych. Wystrojeni odświętnie w modne fraczki, obwieszeni łańcuszkami, w stożkowych kapeluszach, po wargi obwinięci w chusty i z laskami w rękach, pokazywali pierwszych elegantów.
— Lichego wątku tałałajstwo — wycedził wysłuchawszy relacyi. — Jak to pozory zwodzą! Rozumiałem, młódź z urzędów i palestry, goniąca za przygodami. I bądźże tu mądry i rozeznaj, kiedy szewczyk trzyma się jednakiej mody z wojewodzicem!
— Każdy pan za swoje dwa grosze.
— Ale przez to niema być zatracona różnica urodzenia — porwał się naraz i, pokazując Andzię, wykrzyknął:
— A niechże ją, jak to wierzga siarczyście!
— Pryncypalna tanecznica wszystkich redut i balików kawalerskich.
— Sporo ślicznych buziaków, a te przy niej to coś extraordynaryjnego.
— Chce rotmistrz dojść z niemi do bliższej konfidencyi?
— Żeby tak można przy zdarzonej okoliczności...
— One na to jak na lato! Ta czarnuszka na przedzie, niby to robi kornety i całe dnie przesiaduje na wystawie swojego sklepu na Długiej, ale rada przyjmie zaproszenie na wiejską kawę; zaś druga wydaje się za wdowę, przybiera się w czarne kwefy i przesiaduje po kościołach i na modnych kazaniach. Admiruje stan duchowny, lecz i na oficyerów łaskawa.
— Anibym śmiał sobie imaginować.
— Będzie tu takich więcej — zaśmiał się — poznajomię rotmistrza. Kupić nie kupić, potargować można! — dodał cynicznie.
Ale nie doszło do tego, gdyż Andzia, porwawszy rotmistrza, hulała z nim, nie wypuszczając z opieki.
Konopka zaszył się w ciżbę i, swoim zwyczajem, wytężał uszy, bacznie penetrując między ludźmi. Nie napotkał jednak znajomych, mimo że pełno było wszędzie, a panny stołowe ledwie nadążyły roznosić konwie, flachy i półmiski z daniami. Od nieustających gwarów i muzyki aż trzęsły się w pająkach rurkowe łojówki i trudno było co dosłyszeć z osobna. Wrażał się jednak w pamięć tenor rozmów pryncypalny: narzekania na biedę i panów. Nie brakowało i cichszych dyskursów de publicis. Przysiadał do niektórych kompanii. Czasem w porę postawiona kwarta miodu rozwiązywała języki, że niejeden podekscytowany upałami majsterek otwierał serce, powstając na przemoc Moskalów; niejeden ronił łzę nad niedolą ojczyzny, wygrażając na zdrajców. Nazwisko Kilińskiego wzbudzało w nich uwielbienie. A w jakiemś gronie dostatniej przybranych jegomościów wręcz mu powiedziano, jako Kościuszko sposobi się do wojny z panami o wolność dla wszystkiego narodu. Ale kiedy chciał w tej materyi głębiej języka zasięgnąć, omal go nie pobito, biorąc za szpieguna.
Nasłuchał się i niestworzonych bajęd o przewagach pruskich nad rebeliantami francuskimi, które mu akuratnie wykładał jakiś napity pontonier. Dojrzał wśród młodzieży jakieś tajne znaki porozumiewań. Jakiś kowal, z którym się napił gorzałki, zwierzył mu tajemnice, jako w Saskiej kuźni, na rogu Królewskiej kują noże na Moskali, trzy ćwierci łokcia długie. Ktoś mu znowu naplótł, że po cechach i klasztorach zbierają ołów i beczki prochów, że wszystka czeladź zaprzysięgła u Świętego Jana, przystąpić do insurekcyi. Nasłuchał się i ordynaryjnych materyi, gorzałka bowiem dawała nieśmiałym czuciom głos wymowny i na nic nie baczący. Prędko też zdeterminował konkluzyę, jako na tem dnie ludzkiem, burzy się i coś wzbiera; jako w tej szarej społeczności rodzą się myśli, ogarniające wszystką powszechność. Troską o Rzeczpospolitą wynosiły się te dusze ponad swój stan i sposobność. Uważał mizeraków, którzy słowo »ojczyzna« wymieniali ze strzelistym afektem pacierzy. Słyszał wyrazy zastanawiającej trafności. Niektórzy w opiniach swoich pokazywali się być mężami in statu. Jużci, że wśród tej zbieraniny nie rzadko i zawiść syknęła. I prawieczny głód przemówił głosem żądnym odemsty. I poniżenie rozkrywało swoje niezagojone krzywdy. Każdy przemawiał językiem swoich bolączek.
Szczególniej kobiety dawały folgę narzekaniom na biedę, zaczem dostało się królowi, pani Grabowskiej, królewskim siostrom i wielkim damom. A już na wyższe towarzystwo, zabawiające się z Moskalami, powstawano zgodnie z najżywszem wzburzeniem. Pokazało się, że ten tłum na wszystko bacznie patrzy, wszystko widzi i wszystko surowo osądza.
— Balują sobie psiekrwie, jak za najlepszych czasów! — zakrzyczał jakiś pisarz mostowy. — Co noc pijatyki, zabawy i rozpusta.
— I pytam się, skąd mają na takie ekspensa? — podjął gwałtownie człowiek w zielonej, strzeleckiej kurcie, o suchej, jastrzębiej twarzy.
— A naród zdycha z głodu i zimna! — wypadł głos z jakiegoś kąta.
— Zamilczałbyś jeden z drugim — przykarcił ktoś poważniejszy. — Ciągnij dratwę, kpie jeden, a panom rozumu nie sprzedawaj.
— Bo gotowi kijami za takie nauki zapłacić — ostrzegał drugi.
Podniosły się protestacye i sprzeczki, zajątrzone particularnymi docinkami.
Konopka wrócił do sali tańców. Kapela rżnęła bezprzestannie, hołubce trzaskały dziw się dom nie rozwalił i kawalerowie dokazywali cudów. Spocony metr, z peruką na bakier, zachrypnięty, korygował niezmordowanie uchybienia i, wzmacniany kieliszkiem, to złotówką, prowadził tańce z niesłabnącym animuszem. Bawiono się, aż szyby brzęczały, zasię po sali jakoby różnobarwny rój motyli, porwany szalonym wirem, migotał i, taczając się od ściany do ściany, wił się nieskończonym korowodem, że jeno można było złapać oczyma rozwichrzone sukienki, rumiane twarze, pasiaste fraki, białe pończoszki i rozpuszczone, niby bicze, warkocze.
Konopka nie znalazłszy Andzi z rotmistrzem, którzy się gdzieś zapodzieli, szukał ich w sąsiedniej izbie, gdzie stał bilard, lecz tam zabawiali się jeno fabrykanci z Kobyłek, Francuzi ze swojemi pannami. Zajrzał jeszcze do bokówek, w których zazwyczaj zbierały się szulerskie kompanie, albo przyjeżdżały gruchać rozamorowane pary. Wreszcie, zgniewany daremnemi poszukiwaniami, przeniósł się na drugą stronę domu, do szynkowni dla pospólstwa, mającej osobne wejście od strony Wisły.
W ogromnej, nizkiej izbie było mroczno. Kilka łojówek, przyczepionych do poczerniałych ścian, dawało skąpe światło. Przez okna zaglądała zaśnieżona noc. Komin w rogu, wysoki pod pułap, przyczyniał nieco ciepła i światła. Pod nogami, mimo drewnianej podłogi, chlupało błoto. Nieznośny fetor przemiękłych kożuchów, parujących od ognia, niemiłosiernie wiercił w nozdrzach.
Ławy i stoły, z gruba ociosane i obiegające izbę, były gęsto okryte narodem, reszta najprzeróżniejszego pospólstwa ciżbiła się, gdzie mogła, szczególniej się cisnąc do szynkwasu, tak gęsto okratowanego, że ledwie dojrzał w półmroku nastożone antały.
Wrzało, niby na jarmarku. Co chwila zawiązywały się sprzeczki, wybuchały klątwy, gdzie nawet dobierano się sobie do kudłów; kogoś spitego parob wywłóczył do sieni. Wygłodniałe psy gryzły się pod stołami. W najciemniejszym kącie, za kominem, gamratki gziły się z jakimiś ultajami, że co trochę brzękały szkła i rozlegały się piski. Suchy jak tyka dziad z zielonym daszkiem na oczach, w kapeluszu, obwiedzionym muszelkami, z białą brodą, w plugawej sukni, przepasanej zakonnym sznurem, z laską zakrzywioną pielgrzyma z Ziemi Świętej i z tykwą przy niej, obwieszony różańcami, łgał kupie krupnych bab niestworzone bajędy o swoich przygodach i świętych miejscach, sprzedając zarazem relikwie i owe cudowne wody, skuteczne na wszelkie choroby. Tuż za niemi, pod ścianą, paru gwardyaków, przy zapalonym stoczku, azardowało się w kości, pobrzękując dla przynęty jakby dukatami, a co pewien czas któryś z gapiów rzucał pieniądz, przegrywał i odchodził, przeprowadzany kpinami. Pobok, jeno w cieniu, paru chłopów w baranich czapach i kożuchach z kołnierzami do pleców pojadało ze swoich kobiałek, groźnym pomrukiem opędzając się od zagadujących filutów.
Zasię w pobliżu, jeno w kącie, przysłonięta ścianą ściżbionych przy graczach, siedziała gromadka zdezarmowanych żołnierzy, o zbiedzonych wielce twarzach i w łachmanach, ledwie wydających pozory mundurów. Kręcił się przy nich werbownik moskiewski, gruby brodacz, z rudawą, wypasioną gębą i chytremi, rozbieganemi oczkami, żarliwie zachęcając do picia i jadła. Dolewał im nieustannie i, bił się w piersi, żegnał i na wszystkie świętości przysięgał.
— Ja czestny człowiek. Co powiadam, prawda serdeczna. A w tej hramocie stoi napisane, czytajcie — podsuwał im jakiś papier pod oczy: — »Każdy dobrowolnie wstępujący do służby Najjaśniejszej Imperatorowej Imć — przeżegnał się i pocałował papier — odbierze dla polepszenia swojej sytuacyi dziewięćdziesiąt złotych«. Gruby grosz, a? Matuszka rodzona nie dałaby więcej! — wykrzyknął z namaszczeniem — »z czego przy wstąpieniu na służbę, choćby jeszcze dzisiaj, wypłacone mu będzie złotych 12; przy wstąpieniu w granice Rosyi 18 złotych, a resztujące 60 w regimencie, do którego będzie naznaczony. Oprócz tego, rachując od dnia wejścia na służbę, będą wydawane każdemu lenungi i na prowiant po zł. 3 albo 50 kop. na tydzień«. Jak przeczytam na końcu, to się wam niebo otworzy. Słuchajcież. »Kto przesłuży dwanaście lat, weźmie w nadgrodę grunta z pomieszkaniem i wolność«. Miodu ja wam nalał w duszę, a? Pijcieno, kamraty!
— Grunta z pomieszkaniem i wolę! — szeptali z rozbłysłemi oczami.
— Sama Najjaśniejsza napisała, a co tu napisane, święte, niczem ewangelie. Pomieszkanie i gruntu, ile sobie wybierzesz! Poprosisz, a żonkę też ci kazna wyznaczy i wianem opatrzy. Dochowasz się dziatek, i o nie Carowa kłopotać się będzie. I jeszcze coś dołożę: toć wojna żołnierza żywi, i kiep ten, który z niej wraca z pustemi rękoma. Mało to dobra u was po dworach i miastach? Naczalstwo nie przeszkodzi: oddasz, co mu się z prawa należy, a na ręce ci nie patrzy. Niejeden bogaczem wrócił do domu. Grzechu w tem niema, nie posmakujesz, drugi za ciebie użyje, albo i ogień strawi. Służba ważna rzecz, ale zasłużysz się, wpadniesz w oko starszemu, to i kreścik złapiesz i sam możesz postąpić w naczalstwo. U nas wszystkie Polaki starszyzna!
— Żeby to jeno prawdę powiadał ten papier — przerwał mu któryś.
— Sama Najjaśniejsza podpisała! Rozum straciłeś czy co? — zdumiewał się.
— Każden ocyganić gotowy.
— Jakże, swoich porzucić, wiary się wyrzec i zaprzedać obcemu...
— I jeszcze pomagać do uciemiężenia ojczyzny!
— Przeciw królowi stawać i rodzonym bratom życie brać! — podnosiły się ciche, wylękłe głosy. Sumienia jęły się budzić i targać, wątpliwości gryzły, że, mimo wypitej gorzałki i serc zatwardziałych w niedoli, ogarniała ich jakaś zgroza.
— Ja was nie ciągnę — podjął prędkim głosem. — Ja czestny człowiek i co postawiłem, zapłacę, niech wam idzie na zdrowie. Nie usłuchacie rady, wasza wola! Ale mnie was serdecznie żal. Tak jak nie wrócicie dobrowolnie do swoich panów, to oni was poszukają, kto wie, może jutro powędrujecie w dybach do nich. Namiestnik się ucieszy, do gnoju postawi, a batem, niby wołu, poganiać będzie. Dałeś krew za króla, swój honor żołnierski miałeś, a teraz będziesz tylko dziedzicową sobaką. Takie twoje jutro, zdezarmowany żołnierzu! Cóż, kiedy ratować się nie chcesz, i jak przekładam, jako Carowa z panami prowadzi wojnę, by ukrócić ich swawolę a chłopstwu dać swobodę, to mojemu słowu nie wierzycie. Ja czestny człowiek — zapewniał, bijąc się w piersi. Kręcił na różne sposoby, podrwiwał, litował się, nawet łzom popuścił nad ich zaślepieniem, nie zaniedbując przytem dolewać gorzałki i sławić służby u Carowej, że możeby i pomyślny skutek wzięły jego zabiegi, gdyby jeden z chłopów, siedzących najbliżej, nie był się przysunął i nie wywarł na niego pyska.
— Nie wierzta, mu chłopcy, ten kobyli syn łże, jako pies! My go dobrze znamy! Którego Carowej dostawi, sto złotych bierze zapłaty. Judasz, ścierwo! Przyjaciel, taki samiuśki, jak i te jego kamraty, ciągnące teraz do Warszawy, że za nimi wstawa jeno płakanie i ruina! Morowa zaraza nie gorsza! My tu właśnie ze skargą na nich przyjechali do króla Jegomości. Strach, co te zbóje wyprawują!
Zgłuszył jego mowę wrzask i rumor, jaki się był nagle uczynił. Ciżby zakołysały się gwałtownie w tył, uderzone nową falą ludzi, cisnącą się drzwiami.
— Ustąpić tam! Miejsca dajcie! — wrzeszczano od progu. — Jasełka!
Wraz też buchnęła kolęda o Betlejem, »nie bardzo podłem mieście«, i ukazała się we drzwiach złocista, kręcąca się gwiazda, prowadzona przez czterech dryblasów, przybranych za pasterzów, w kożuchach, czapach i z długimi kijami, potem srokatą kozę wyprowadził na powróśle Kuba od Działyńskich, za żydowskiego bachora przebrany dla śmiechu; zaczem na ostatku wyniosła się ogromna, pułapu sięgająca szopka, w kształt kopulastego kościoła uczyniona i wszystka w sutych pozłotach, farbach i światłach. Trzej królowie w koronach, powłóczystych płaszczach a różnej cery stanęli przed nią, pokłon oddali, w trąby uderzyli, jeden zaś z gwiaździarzy na piszczałce tkliwie wyciągał. Wtedy przysłona się rozdarła, ukazując wnętrze stajenki, gdzie ze żłóbka Dzieciątko Jezus rączki podawało, gdzie była Marya, gdzie Józef stał frasobliwy, i gdzie bydlątka w kornej postaci klęczały. A ledwie tego oczy dotknęły, gdy wszelkie stworzenia w powinnym hołdzie głos swój grzmiący podniosły: zaryczał osieł wraz z wołem, rżały konie, szczekały pieski, pobekiwały owce, ptakowie cudnie świergolili, koza wyprawowała ucieszne skoki, a pasterze, klęknąwszy półkolem, śpiewali mocno i uroczyście.
Szynkownia tak nagle rozgłośniała, iż zbiegali się ludzie ze wszystkich stancyi, przylecieli nawet tanecznicy, włazili na ławy, zajmowali stoły, cisnąc się jeden przez drugiego i dziwując owym głosom udanym.
W jakiemś mgnieniu zrobiło się cicho i na przodzie stajenki, jakoby na teatrum, jęły się pokazywać łątki, wyobrażające przeróżne persony. Staszek, ukryty pod spodem, wyprawiał niemi różne brewerye, za każdą innym głosem przemawiając. Jasełka odprawowały się składnie i czyniło się coraz ciszej, publicum bowiem nie mogło się połapać w przedstawianych historyach i osobach. Wszystko pokazowało się niby jak zawsze, jak co roku, te same niby Herody, Małgorzatki, Dyabły, Żydy i Węgry z olejkami — a zarazem jakieś zgoła inne, i chociaż ucieszne a wielce do myślenia dające. Słuchali też z zapartym oddechem i wytrzeszczonemi oczyma, głowiąc się nad wyrozumieniem. Exemplum, zaraz po hołdzie Dzieciątku jawiła się na owem teatrum łątka, udająca królowę; złotą koroną świeciła i płaszcz miała w znaki narodowe aftowany; twarz, zroszona łzami, wyrażała boleść; szła, utykając i brzęcząc jakby kajdanami, zaś kolędnicy zaśpiewali na znaną nutę:

»W mękach leży — któż pobieży
Salwować!
Zbrakło panów i rycerzy,
Zbrakło serca — ratować.
Cni chłopkowie, przybywajcie,
Kosy na sztorc obsadzajcie
Matka woła was!«

I nim ochłonęli, a jaki taki zmiarkował o co sprawa, wleciała Małgorzatka z huzazem, a za niemi dyabeł z widłami; Staszek zaś zaśpiewał:

»Za górami, za lasami
Tańcowała Katarynka z Orłowami.
Król malutki grał jej w dutki
I rzewnie płakał...
— Nie płacz, Stasiu, potańcuję;
Tron ci potem zaborguję...
Byleś mnie słuchał«.

Głuchy pomruk przeleciał po tłumach, ktoś głośno zaklął, gdy wystąpiła cała kompania: gruby proboszcz, kobieta z dzieckiem, pijany organista i Żydek z koszem cytryn; wiedli między sobą jakiś spór zaciekły, przyczem ksiądz kropił lachą na prawo i lewo, kobieta lamentowała, dzieciak wrzeszczał, Żydek się przewracał, fajtając nogami, a organista, pociągając z flachy, śpiewał sprosne piosenki o proboszczowej gospodyni, z czego uczynił się taki wrzak, jakoby w istocie żywe osoby miały z sobą sprawę.
Staszek tak trafnie oddawał głosy a nawet sposoby mówienia każdej z figur, że cała powszechność zatrzęsła się od śmiechów. Posypały się klaskania i krzyki kontentacyi; zaś Andzia cisnąca się w pierwszym szeregu z rotmistrzem, rozbawiona do łez, rzuciła kolędnikom garść srebrnych rubli i najgłośniej aplauzowała.
Jeszcze było nie zupełnie przycichło, kiedy na teatrum pokazała się nowa osoba. Wielu ją rozpoznało z twarzy ogromnej, wspartej na podbródkach i z wielkiego brzucha; za nią posuwał się Herod, przypominający Igelströma, i sznur żołnierzy z karabinami. Przystanęła w pośrodku i kiedy orszak padł jej do nóg, przemówiła z ruska i grzmiąco:

»Leć mi zaraz do Polski!
Weź żołnierzów, harmaty,
Weź dla króla dukaty,
Weź dla panów tytuły, ordery i wstęgi.
Niechże za to wydają, co najlepsze mają:
Swój honor, swą ziemię i wojsk swych potęgi.
I, co nad wszystko wolę —
Ukrainę, Wołyń i Podole.
Kto się oprze, kto wzbroni,
Tego kozak niech goni
I w dalekie popędzi Sybiry!
A kto sławę przyniesie, kto zarobi wawrzyny,
Posmakuje mej laski i mojej pierzyny«.

Na to wyskoczył z przeciwnej strony dziad, obwieszony torbami, z twarzą jakoby z talerów obitą, i jękliwym, proszalnym głosem zaskrzeczał:

»Dziadek ci ja, dziadek,
Nagi mam pośladek
I puste torbeczki.
Gdzie spocznie ma głowa,
Gdzie ja co uproszę,
Skądż wezmę trzy grosze,
Jeśli nie wesprze Carowa?«

Po nim Herold jął się bzdyczyć, tupać i wykrzykiwać wielkim głosem:

»Gdzie nogą stąpię, krew, łzy i groby,
Bom ja zwierciadło Carskiej osoby.
Kto mnie nie słucha, weźmie nahaje,
W sybirskie ześlę go kraje!
Przy mnie kozacy pędzą, jak ptacy.
Precz mi, Polacy!«

Snadź dosyć było tego nawet Belzebubowi, gdyż, wyskoczywszy z widłami, wolał:

»Gamratko wściekła, ciebie do piekła!
Przy tym Herodzie w siarczanym smrodzie
Utopię...
A ciebie, dziadku, choć na ostatku
W najgorszym skąpię ukropie!«

Na takie dictum nikt się nawet nie zaśmiał, dziwna cichość oprzędła szynkownię, spozierano jeno po sobie w niemem poruszeniu. Niejednym luty strach zjeżył włosy, pobudzając zarazem do ciężkich westchnień. Wraże nazwiska krążyły z ust do ust, wzmagały się szepty, tysiące przypomnień stanęły naraz w pamięci, słuszny gniew zaczynał targać trzewiami. Pospólstwo, ślepe zazwyczaj na sprawy powszechności, zdawało się spostrzegać jakąś prawdę groźną nawet dla swoich mizerackich sytuacyi, że troska zasępiała czoła i kładła się niepokojem na sercach, lecz Staszek, nie dopuszczając dłuższych deliberacyi, znowu pokazał królowę; sunęła, tak samo brzękająca kajdanami, na bladych licach lśniły zastygłe łzy, a boleściwy, żałosny głos przemawiał:

»Sierota jestem, opuszczona nieboga,
Dola mnie spotkała sroga:
Opadli mnie morderce, złodzieje!
Pomóżcie, jaśni panowie dobrodzieje!
Ratujcie, szlachta, wielmoże,
Ratujcie, duchowne stany!
Na nogach wlokę kajdany,
Przeszyły mnie ostre noże,
W sercu mam okrutne rany
I śmiercim haniebnej blizka.
Wesprzyjcie, jaśni panowie dobrodzieje!
Ratujcie, szlachta, wielmoże,
Zerwijcie ze mnie obrożę!
Obroń mnie, ludu kochany!

Śmiertelne sposobią mi łoże
I z ran już mdleję...«

Na ten rzewliwy, rozdzierający głos krzywdy, pierwsza Andzia zaniosła się płaczem, zawtórowały jej liczne szlochy i poruszone wielce publicum jęło wykrzykiwać, burzyć się, bić pięściami w stoły, że niewiadomo na czem byłoby się skończyło, gdyby Staszek nie był pociągnął uwagi nowemi jasełkami. Pokazał bowiem chłopa w białej sukmanie, z kosą w ręku, który zaczął lamentliwie prawić

»Ubogim, nieszczęsny,
Przez wszystkich wzgardzony,
Przez wszystkich krzywdzony,
Przez wszystkich deptany.
Ale na wiosnę,
Niech jeno w siłę podrosnę,
Niech jeno kosę na sztorc obsadzę,
Taką ja łaźnię sprawię,
Że król zadrży w Warszawie!
I wszyscy moi ciemięzcy
Zapłacą krwawie!«

Po nim zaczął jakiś urwisz śpiewać na nutę »Chciało się Zosi jagódek«, gdy powstał nagły wrzask, bowiem niespodzianie wtargnęli marszałkowscy. Kacper ze swoimi zagrodził im drogę, dając czas na rejteradę Staszkowi, czem rozsrożone pachoły chciały ich aresztować. Powstała sroga bijatyka i kotłowanina, że ani można rozpoznać, kto bił i kto był bity.
Konopka, wyprowadziwszy bocznem wyjściem Andzię z rotmistrzem, rzekł:
— Idźcie na moją kwaterę. Za jaką godzinę przylecę. Mam ja tu jeszcze swoje różne sprawy.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.