Błękitno-purpurowy Matuzalem/Część czwarta/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Błękitno-purpurowy Matuzalem
Podtytuł Powieść chińska
Część czwarta
Rozdział Wodą i lądem ku Ha-nan
Data wydania 1927
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der blaurote Methusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Wodą i lądem ku Hu-nan

Pod pokładom robiło wiosłami osiemdziesięciu I majtków po dwóch przy każdym, wiośle. Okręt mknął szybko, korzystając z pomyślnych wiatrów.
Zapytano Matuzalema, czy woli jeść na pokładzie czy w kajucie. Noc była pogodna i ciepła; Matuzalem polecił nakryć na pokładzie. Grubas, dowiedziawszy się o rychłej wieczerzy, nie mógł powstrzymać się od okrzyku:
— Świetnie! Bosko! Odczuwam piekielny głód! Muszę coś przekąsić. A pan, panie Turnerstick?
— Oczywiście — odpowiedział zapytany. — Trzeba zawsze pamiętać o posiłku, zwłaszcza po a ich przejściach, jakich niedawnośmy doznali.
— Jeśli pan nazywa poważnem przejściem krótki odpoczynek w więzieniu, to wyrażam panu współczucie, aczkolwiek nie zasłużył pan na nie — odezwał się Godfryd.
— Co, nie zasłużyłem? — zawołał kapitan.
— Kto zawinił w tej głupiej maskaradzie? Pan sam, i nikt inny! Gdzie pana zaswędziło, żeś musiał się wypiąć, jak bałwan w świątyni?
— Nie swędziło mnie nigdzie, zrozumiano! huknął kapitan. — Zapamiętać to sobie, że mnie wogóle nigdy i nigdzie nie swędzi. Proszę sobie zmiarkować! Frick Turnerstick i swędzenie! To istna obraza majestatu!
— Taaak? Wyglądałeś pan bardzo majestatycznie, kiedy się mocowałeś z Chińczykami. Gdyby znowu miały panu strzelić do głowy takie pomysły, to lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli natychmiast wrócimy do domu.
Turnerstick zamierzał osadzić pucybuta, lecz właśnie Matuzalem wdał się w ich kłótnię.
— Nasz Godfryd ma świętą słuszność. Wystawił nas pan i siebie na wielkie niebezpieczeństwo. Bogu należy dziękować, żeśmy wyszli cało. Muszę pana prosić, abyś na przyszłość nie wpadał na podobne koncepty. Zamierzałem palnąć przyzwoite kazanie. Ale co się stało, już się nie odstanie, a poza tem pańskiej przygodzie zawdzięczamy nader szczęśliwe zdarzenie, wobec tego puszczę panu przewinę płazem.
— Szczęśliwe zdarzenie? Jakie? — zapytał kapitan, poczuwszy wiatr przyjazny.
— Poznaliśmy pewnego pana, spokrewnionego z naszym poczciwym Liang-ssi.
— Ze mną? Któż to taki? — odezwał się szybko Chińczyk.
— Ten oto mandaryn, który nietylko pozwolił was uwolnić, ale i osobiście zamierza towarzyszyć nam do Niemiec.
— Do Niemiec? — zapytał zdziwiony Liang-ssi. A to poco?
— Zapytaj go pan sam — odpowiedział student. Zapytaj go przedewszystkiem o nazwisko!
Mandaryn nie rozumiał po niemiecku. Ale z utkwionych w siebie spojrzeń domyślił się, że to mowa o nim. Na zapytanie Liang-ssi, odparł:
— Jin-tsian.
Liang-ssi cofnął się o parę kroków i zawołał:
— Jin-tsian! Ja nazywam się Liang-ssi.
— Liang-ssi! — krzyknął mandaryn. — Tak się nazywał mój brat, który zaginął.
Przez kilka chwil oglądali się badawczemi spojrzeniami. Ale zaraz potem zwarli się w gorącym uścisku.
— Co to znaczy? — zdziwił się kapitan.
— To bracia. Okazuje się, że nasz mandaryn jest drugim synem Ye-Kin-Li, — odparł Matuzalem.
Okrzykom zdumienia i radości nie było końca. Otoczono szczęśliwych braci i wyrażano im gorące powinszowania po niemiecku, holendersku i chińsku. Godfryd objął ich obu długiemi rękami i przycisnął z całej mocy do siebie.
— Niech was uścisnę, — krzyczał — synowie mego ulubionego kitajca! Mijnheer. uściśnij ich pan z drugiej strony!
— Owszem, — odpowiedział grubas, starając się z drugiej strony objąć Chińczyków, — ook ik ben gelukkig. Ja również chcę ich objąć z całej siły i przycisnąć do piersi! Poprostu płakałbym ze wzruszenia!
Istotnie, łzy toczyły się po tłustych policzkach. Nosek na swój sposób wyrażał wzruszenie. Po chwili mijnheer siedział na krześle i ronił łzy w swoją olbrzymią zakdoek — chustkę.
Matuzalem zaś i Ryszard zdaleka przyglądali się wzruszającej scenie. Obaj bracia podeszli wkrótce do swego dobroczyńcy, aby wyrazić mu wdzięczność. Tymczasem poproszono wszystkich do stołu.
Pokład był uroczyście oświetlony mnóstwem lampjonów. Ho-tszang za pozwoleniem Matuzalema przysiadł się do stołu, aby uważać na służbę. Nie widać było komendanta okrętu, ani poborcy podatków.
Na niebie jasno płonęły gwiazdy. Księżyc przed chwilą ukazał się nad widnokręgiem. Noc była cicha i pachnąca. Jednostajnie rozlegały się uderzenia wioseł i pluskanie wody. Do stołu podawano wyłącznie płody morza, jakby się wyraził Włoch, przyrządzone po chińsku. Była to istna uczta, godna podniebienia mandarynów. Najbardziej przypadła do smaku grubasowi. Zapomniał o wzruszeniu, stłumił łzy, i tylko od czasu do czasu z ust wyrywało mu się westchnienie błogości, lub krótki okrzyk radosnego zdumienia. Kiedy już nic nie pozostało na talerzu, mlasnął językiem i orzekł:
Dat was goed, więcej niż dobre, wyśmienite! Czy zawsze będą nas tak żywić? Czy jutro rano również?
Tymczasem „tysiąconóg“ przebył już długą przestrzeń. Mijał właśnie wyspę, zwaną przez Chińczyków Lu-tsin, a przez Europejczyków z Kantonu — „rajem“, odgrywającą dużą rolę w podaniach i baśniach tego kraju.
Wkrótce po kolacji pasażerowie rozeszli się do kajut. Niebawem rozległy się poświsty i chrapanie mijnheera, niczem przedśmiertne jęki całej gromady konających.
Długo w noc czuwali obaj bracia, opowiadając sobie w małej kajucie smutne dzieje swego życia.
Najwcześniej obudzili się Matuzalem i Ryszard. Na pokładzie przywitał ich z najgłębszą czcią ho-tszang. Zaprowadził cudzoziemców do stołu, gdzie podano im wnet gorącej herbaty.
W nocy jeszcze dżonka wpłynęła na Pe-kiang, czyli „Rzekę Północy“, zwaną tak ze względu na swój prostolinijny niemal kierunek północno-południowy.
Podczas śniadania ukazał się wreszcie poborca i podatków. Zamierzał poprzednio jechać do Ing-te, ale teraz oświadczył, że musi wysiąść już tutaj, aby stąd udać się do Se-hoei. Nietrudno było się domyślić, że ambitny urzędnik nie czuje się w swej skórze na „tysiąconogu“ i że woli czekać na inną sposobność. Dobito zatem do lądu i wysadzono na brzeg kłaniającego się gorliwie urzędniczynę.
Co się tyczy Szeu-pi, właściwego komendanta okrętu, to nie ukazał się na pokładzie niemal przez cały czas podróży. Matuzalem dowiedział się, że kapitan jest namiętnym palaczem opjum.
Pasażerowie w dzień nic opuszczali pokładu, przyglądając się pejzażom nadrzecznym, z początku zresztą bardzo jednostajnym. Ciągnęła się dookoła gładka równina. Rzeka toczyła fale między polami ryżowemi, nawodnionemi przez liczne kanały. Tu i owdzie widać było strzechy wiosek. Gdzie niegdzie strzelała ku niebu wysoka pagoda.
Później miejscowość stała się górzysta. Pejzaże były żywsze i ładniejsze, przypominające widoki z nad Renu. Brakowało tylko ruin zamkowych i winorośli.
Pasażerowie podziwiali ciężki trud wioślarzy. Mimo skąpego posiłku pracowali bez przerwy w dzień i w nocy. Dopiero w Ing-te zarządzono kilkogodzinny postój, aby umożliwić pasażerom obejrzenie miasta. Napróżno! W tem mieście bowiem nigdy jeszcze nie widziano cudzoziemców. Ledwo pasażerowie wylądowali, otoczył ich tłum Chińczyków, tłum coraz bardziej wzrastający. Nie zachowywano się wrogo, wręcz przeciwnie, z najgłębszym szacunkiem przyglądano się dziwnie ubranym przybyszom. Wszystkie głowy schylały się kornie. Przecież było tych głów i tułowi tyle, że ani myśleć o przebrnięciu naprzód. Trzeba więc było wracać na okręt, co zresztą okazało się niemniej utrudnione.
Piątego dnia wieczorem podróżni ujrzeli Szao-tszeu, miasto położone u stóp wzgórza Nanling. Tu musieli rozstać się z dżonką, ponieważ dalsza żegluga na rzece była niemożliwa.
Przed wylądowaniem Matuzalem wręczył ho-tszangowi przyzwoitą sumkę, ale marynarz nie przyjął jej, powołując się na surowy zakaz swego zwierzchnika ho-po-so. Zapewniał zresztą, że dostojny mandaryn wynagrodził go już zgóry. Matuzalem rozdał więc sumę pomiędzy marynarzy i żołnierzy. Nie spodziewali się datku. Natrętnie otoczyli pasażerów, całując skraj surduta Matuzalema.
Dowiedział się nasz student, że najwyższy urząd w tem mieście sprawował mandaryn piątej klasy, do której zaliczają się burmistrze miast drugiego rzędu, cesarscy medycy przyboczni i cesarscy astronomowie. Odznakę tej rangi stanowi kryształowa kulka na czapce. Degenfeld zamierzał udać się wprost do tego dostojnika. Zamówił więc odpowiednią ilość palankinów.
Miasto było minjaturową podobizną Kantonu, tylko wybrzeże wąskiej rzeki — bardziej górzyste. Ulice niczem się nie różniły od kantońskich, podobnie jak 1 sklepy, domy i ludność.
Tragarze zatrzymali się pod pałacem, ale pasażerowie nie wysiedli odrazu. Matuzalem, zaopatrzony w paszport cesarski, nie mógł pierwszy składać wizyty mandarynowi piątej klasy. Tylko Liang-ssi udał się do burmistrza, aby mu zameldować o przybycia tak dostojnych gości. Na dowód wziął ze sobą kuan.
Burmistrz nie omieszkał zjawić się po chwili; przywitał gości z należnym szacunkiem i zaprosił ich do swego mieszkania.
Jakże się zdumiał, skoro goście wysiedli z palankinów. Nigdy jeszcze nie widział tak ubranego człowieka, jak Matuzalem. Twarz jego wyrażała najwyższe zdziwienie, powieki schowały się niemal pod czapką, a usta rozwarły się do krzyku. Podobnem oszołomieniem tchnęły oblicza licznie zebranej służby.
— No, — szepnął po niemiecku Godfryd — czego tak gały wyłupili. Czy mam zapalić fajkę, czcigodny Matuzalemie?
— Tak, zapal ją, — odpowiedział student. — Kłóci się to ze zwyczajem kraju, ale spotęguje szacunek dla nas.
Godfryd spełnił polecenie. Matuzalem ujął ustnik i pociągnął z całej mocy. Dopiero po wypuszczeniu dymu odpowiedział z godnością na powitanie mandaryna.
Ten zaś ukłonił się jeszcze niżej i zaprosił dostojnych gości do mieszkania. Newfundlandczyk zrozumiał gest gospodarza. Powolnemi krokami skierował się ku drzwiom, za nim szedł Matuzalem, za którym znowu kroczył Godfryd, trzymając fajkę i obój. Żaden z nich nie raczył nawet spojrzeć na świtę burmistrza, śród której znajdowali się mandaryni niższych rang. Turnerstick szedł z rozwiniętym wachlarzem, prowadząc pod rękę mijnheera, który trzymał otwarty parasol. Potem szli obaj bracia i wreszcie pochód zamykał Ryszard Stein.
Mandaryn nie wiedział, jak się zachować. Godność zabroniła mu iść za gośćmi, Poprzedzać ich, a więc kroczyć przed psem, — to również nie licowało z jego wysokim urzędem. Usiłował więc znaleźć się między zwierzęciem a Matuzalemem. Atoli Newfundlandczyk zatrzymał się i wyszczerzył kły. Mandaryn przeraził się i cofnął, zdecydowany iść wtyle. Potrząsał głową i starał sobie przypomnieć, czy w literaturze zwyczajów i ceremonij przepisany jest sposób zachowywania się w stosunku do dszi-ngan, t. zn, ekscelencji-psa.
Przeszli przez obszerny podwórzec i następnie po szerokich schodach weszli na górę. Pies, nie wiedząc, czy ma skręcić na prawo, czy na lewo, zatrzymał się. Z tych samych względów zatrzymali się przybysze, dzięki czemu mandaryn mógł wystąpić naprzód i wskazać na lewo, gdzie w tej samej chwili służący rozwarł szeroko drzwi i runął plackiem na ziemię.
Newfundlandczyk zrozumiał mandaryna. Stąpając we wskazanym kierunku, wszedł do dużego pokoju przyjęć, rozejrzał się uważnie, następnie rozciągnął się na kanapie, pokrytej żółtym jedwabiem. W domu na pewno otrzymałby cięgi, ale tutaj, w Chinach, Degenfeld patrzał na samowolę psa przez palce. Sam podszedł do innej kanapy, — wiele ich było dookoła — siadł z powagą, podczas gdy Godfryd stanął za nim jako wierny giermek. Pozostali rozmieścili się równie wygodnie. Zabrakło miejsca dla mandaryna. Stał pośrodku pokoju tak zaskoczony, że goście ledwo się powstrzymali od śmiechu. Szybko jednak opanował się i zapytał, czy goście czogoś sobie nie życzą.
Degenfeld pociągnął mocno z fajki, poczem rzekł:
— Jedziemy do prowincji Hu-nan. Dopóki nie przygotujemy się do drogi, będziemy zmuszeni zabawić u pana. Mam nadzieję, że będziemy mogli zameldować, iż byliśmy u pana mile widziani!
Prawdopodobnie rzecz miała się wręcz przeciwnie, lecz urzędnik odpowiedział pokornym tonem, głęboko się kłaniając:
— Niegodny sługa oświadczył już, że pozostawia do rozporządzenia wysokich rozkazodawców cały swój dom. Każdy z pańskich rozkazów będzie równie szybko wykonany, jakgdyby pochodził z moich ust.
— Tego spodziewam się bezwzględnie. Z mego kuanu może się pan przekonać, że jestem tu obcy i że powinien mi pan udzielić najlepszych informacyj. W jaki sposób ludzie naszej rangi mogą podróżować do Hu-nan?
— Tak dostojni panowie mają do wyboru konie, albo palankiny. Wszystko, czego trzeba, dam panom, więc dobrych przewodników, a także każę któremuś z najdzielniejszych poruczników eskortować czcigodnych moich opiekunów aż do samej prowincji, gdzie dostaną inną eskortę.
— Wojskowa eskorta całkowicie odpowiada naszej randze, ale chciałbym wiedzieć, czy jest konieczna.
— Wczoraj otrzymałem meldunek, że kuei-tse[1] wtargnęli z Kwéi-tszou do Hu-nan. Aczkolwiek nie wierzę, aby się zapuszczali aż do granicy naszej prowincji, to przecież uważam, że lepiej będzie zabrać ze sobą straż.
— Nie lękam się tych kuei-tse, lecz przystaję na pańską propozycję. Jak długo potrwają przygotowania do drogi?
— Wielce dostojni panowie będą mogli dziś jeszcze wyruszyć w drogę. Natychmiast postaram się o odpowiednie zapasy żywności.
Gorliwość jego dowodziła, jak bardzo chce się pozbyć gości. Atoli Degenfeld odezwał się:
— Pośpiech jest zbyteczny. Dzisiaj zostaniemy tutaj; wyruszymy jutro, jeśli wszystko będzie przygotowane.
— Będzie, wysoki łaskawco. Z samego rana dostaną znakomici goście wierzchowce i konie pociągowe. Czy posiadacze długich rodowodów będą jeść razem, czy też każdy zosobna?
— Nie rozstaniemy się, póki nie pójdziemy spać.
— W takim razie wskażę już teraz czcigodnym starcom ich pokoje. Następnie zbiorą się wszyscy panowia w jadalni. Chciałbym tylko wiedzieć, jakich potraw życzą sobie łaskawi panowie?
— Zostawiam to do pańskiego uznania. Ale proszę przygotować wykaz potraw, abyśmy moglije załączyć, gdzie należy, na dowód, ze tu w Szao-tszeu szanuje się kuan Syna Niebios.
Czytelnik zapewne docenia dyplomatyczny wykręt studenta. Dzięki niemu mógł być pewny doskonałej wieczerzy. Mandaryn skłonił się nisko, skierował ku kanapie, na której spoczywał pies, schylił się głęboko I zapytał:
— Czy mam wskazać osobny pokój czworonożnej ekscelencji?
— Nie — odpowiedział z całą powagą, wstrzymując wybuch śmiechu, Matuzalem. — Ta ekscelencja jest moim przyjacielem i będzie mieszkać i spać u mnie.
— Jakie potrawy zechce jeść?
— Będzie jeść razem z nami i to samo, co my.
— Jeśli sądzić z jej niezwykłych rozmiarów, posiada ekscelencja duszę jakiegoś znakomitego praprzodka. Prawdopodobnie należy tej ekscelencji okazywać głęboki szacunek?
— Tak, przywykła do poważnego i pełnego szacunku traktowania. Jest bardzo niezadowolona, kiedy nie spotyka się z odpowiednim szacunkiem.
— Będzie ze mnie zadowolona, gdyż będę dbał o to, aby życzeniom tej ekscelencji zadość się działo.
Wycofał się, twarzą zwrócony w stronę gości. Zanim znikł, złożył przed każdym z obecnych, nie wyłączając psa, głęboki ukłon. Po kilku chwilach do pokoju weszła służba. Było jej tyle, ilu gości. Każdy sługa otrzymał polecenie wskazania przybyszom wyznaczonych im pokojów.
Matuzalema zaprowadzono do bardzo wystawnie urządzonego pokoju. Stało tu już jedno łóżko. Drugie wnieśli dwaj służący. Na zapytanie Matuzalema odpowiedzieli:
— Łóżko to jest przeznaczone dla praprzodka, machającego frendzlami, aby nie mógł się użalać na pana domu.
Poczciwi ludzie starali się uniknąć obraźliwych słów „dżi“ i „kiuen“, oznaczających poprostu psa; pragnęli też okazać swój szacunek czworonożnemu wcieleniu jakiegoś potężnego praprzodka. Degenfeld uznał to za rzecz zupełnie naturalną. Nie miał nic przeciwko temu, aby jego ulubieniec przespał się raz w przyzwoitem chińskiem łóżku.
Wskazano gościom szereg przyległych pokojów. Niebawem wszyscy zebrali się w pokoju kapitana.
Każdy trzymał w ustach fajkę.
— Myśli pan może, że tylko pan jeden ma prawo kurzyć fajkę? — rzekł Turnerstick do Matuzalema. — Wie pan, służący mnie nie zrozumiał, kiedy kazałem mu przynieść tytoniu. Zdaje się, że mieszkańcy tej prowincji posługują się jakąś skażoną chińszczyzną. Dopiero Liang-ssi musiał temu hultajowi wytłumaczyć, czego żądam. Jak się panu tutaj podoba?
— Bardzo, chociaż nie są nam szczególnie radzi. Ale nie można mieć o to pretensji do mandairyna.
— Ba, jesteśmy tu na cesarskiem utrzymaniu. Czy uwierzy mi pan, że zdarza mi się to po raz pierwszy w życiu? Cieszę się jednak najbardziej z wierzchowców, które mamy jutro otrzymać. Muszę panu wyjaśnić, że jestem namiętnym amatorem konnej jazdy. Zdaje się, że wszyscy jeżdżą konno. Tylko mijnheer robi nieszczęśliwą minę...
— Czemu to, mijnheer van Aardappelenborsch? — zapytał Godfryd.
Grubas złożył ręce na brzuchu, spojrzał wgórę, w kierunku niebios, i odpowiedział:
— Jeśli będę zmuszony jeździć konno, to... umrę.
— A to co znowu?
Omdat ik niet ruiten kann. — Nie umiem jeździć.
— Ba, nauczymy pana.
— Mnie? Mijn Good en Heer! Jestem nieszczęsnym hipopotamem!
— Banialuki! — Siedzi się w siodle, nogi wkłada się w strzemiona i pozwala się koniowi mknąć naprzód.
O wee! — O biada! Jeśli pozwolę koniowi pomknąć, to ja sam znajdę się na matce ziemi, i to odrazu.
— Musi pan w każdym razie spróbować.
— Nie! Dziękuję bardzo! Nie chcę spaść!
Nic nie pomogły namowy Matuzalema i innych.
— Zamknijcie usta! — krzyknął z wściekłością. — Nikt mnie nie zmusi do konnej jazdy! Nie chcę łamać sobie karku, rąk i nóg. Jestem mijnheer Willem van Aardappelenborsch, i nie mam zamiaru dosiadać ani konia, ani małpy, ani słonia, ani żadnego innego bociana. Nie zamierzam jechać na żadnem zwierzęciu, wyjąwszy moich własnych pantofli i butów!
Gestykulował tak żywo i energicznie, że wszyscy zrezygnowali z perswazyj. Grube krople potu na czole świadczyły o strachu.
— No cóż, trzeba będzie pana nieść, — rzekł Degenfeld!
— Tak, — skinął grubas — weźmiemy ze sobą dwóch kulisów, którzy mnie będą nosić.
— O tem pan niech nie marzy. Kulisowie nie dotrzymają kroku koniom. Będziemy musieli zawiesić pana między parą koni.
— Jakżeto będzie?
— Palankin będzie przytroczony z obu stron do siodeł.
— A więc mam wisieć między dwoma końmi?
— Tak.
Ik dank zeer. Przedni będzie mnie bił kopytami, tylny — kąsał. Nie pozwalam się ani kopać, ani kąsać!
— Przecież będzie pan siedział w palankinie!
— Coo? Będę siedział w palankinie? To co innego; owszem, na to się godzę!
Naraz wszedł służący i podał każdemu z obecnych kartkę na dwa łokcie długą i pół łokcia szeroką. Byto to zaproszenie na obiad, którego przy stole używało się jako serwetki.
W jadalni przywitał ich mandaryn w gali. Porozsadzał wszystkich przy stole. Osiem krzeseł oczekiwało siedmiu gości. Ósme wolne krzesło przeznaczone było dla gospodarza, który stanął pod ścianą, aby doglądać służby.
Kiedy wszyscy już siedzieli, mandaryn wskazał na psa i rzekł:
— Czy praprzodek nie usiądzie na krześle, które jest dla niego przeznaczone?
Degenfeld starał się zachować powagę. Na jego skinienie Newfundlandczyk wskoczył na puste krzesło i obejrzał zaproszenie, które położył przed nim służący. Wyglądało to tak komicznie, że Turnerstickowi już się policzki wydęły do śmiechu. Wporę powstrzymał go zakaz Matuzalema.
Przyniesiono pierwsze danie — doskonałą zupę rybią. Pies obwąchał talerz. Jarzyny nie smakowały mu, ale na rozkaz swego pana musiał wszystko zjeść.
To samo powtórzyło się przy następnych daniach. Pies był dobrze wychowany i już oddawna musiał się przyzwyczaić do wiktu, nie odpowiadającego smakowi psów. Skoro wzdragał się skosztować jakiejś potrawy, znacząco spoglądał na swego pana, ale, gdy ten podnosił palec, pałaszował wszystko.
A więc Newfundlandczyk nie przepuścił ani jednego dania. Obsługiwano go, jakgdyby był mandarynem najwyższej rangi. Czy było to szyderstwo ze strony gospodarza? Nie obchodziło to Matuzalema. Nic nie zakłócało powagi i godności tej wieczerzy, powagi i godności, do której pies dostroił się znakomicie.
Po wieczerzy mandaryn wręczył Matuzalemowi menu i zapytał, czy goście są zadowoleni. Otrzymał odpowiedź potwierdzającą, zresztą zupełnie szczerą. Następnie poprosił o pozwolenie odejścia, ponieważ uważał się za niegodnego towarzystwa tak oświeconych ludzi.
Po oddaleniu się mandaryna przyniesiono grzane wino, przyrządzone z ryżu. Niebyło smaczne. Niebawem goście opuścili jadalnię i udali się na spoczynek.
Newfundlandczyk nigdy jeszcze nie miał takiego posłania. Na skinienie swego pana skoczył posłusznie na łóżko z wyrazem zdziwienia w mądrych ślepiach.
— Tak, — rzekł Godfryd, który krzątał się jeszcze w pokoju Matuzalema, — dzisiaj dobrze ci się powodzi, bo jesteś czworonożnym przodkiem. Ale w domu wszystko się odmieni. Będziesz nadal spał na słomie, a jeśli ci się przyśnią Chiny, to oberwiesz cięgi. Śpij więc w spokoju i obudź się wcześnie, bo wczesnym rankiem wyruszamy z tego gniazdka! Dobranoc panu, stary Matuzalemie! Muszę dziś jeszcze oczyścić fajkę, abyśmy jutro mogli wywrzeć dobre wrażenie w Szao-tszeu.
Zgasił lampę i wyszedł. Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy zbudził nazajutrz swego pana. Zameldował mu, że na dole stoi już przeszło tuzin koni, — mandaryn pragnął się pozbyć nieproszonych gości jak najwcześniej.
W jadalni podano gorącą herbatę. Zjawił się sam mandaryn, aby sprowadzić nadół panów „posiadaczy długich rodowodów“. Degenfeld przeliczył na dworze piętnaście koni: sześć wierzchowców, dwa silne rumaki, przeznaczone do palankinu mijnheera, a reszta — ciężarowe konie.
Degenfeld obejrzał wierzchowce. Były to drobne brzydkie zwierzęta, które jednak później okazały się bardzo wytrzymałe i podatne. Uprząż była znośna, lecz siodła miały niewygodny kształt, a strzemiona były ciężkie i niezgrabne.
Matuzalem dosiadł kuca, aby go wypróbować. Zwierzę, chociaż nie zapoznało się z tresurą, szło posłusznie.
— Czy nie zechciałby pan jednak spróbować? — zapytał Turnerstick grubasa.
Ik? — odpowiedział zagadnięty z gestem przerażenia. — Ja? Nigdy, przenigdy!
Sprzęt podróżny był już zapakowany, a więc żywność, kilka flaszek raki i znaczna ilość kołder z najrozmaitszych materjałów.
Mandaryn wyprowadził gości na ulicę, gdzie już oczekiwał porucznik z dwudziestoma kawalerzystami. Oficer nosił na piersiach łatę w kształcie wojennego tygrysa, lecz wygląd jego bynajmniej nie miał w sobie nic tygrysiego. Drobny, wątły, siedział na kucyku o kędzierzawej grzywie, która go upodobniała do pudla. Zato „sarras“, wiszący u boku. był imponująco wielki. Z prawej i lewej strony sterczały z kieszeni olbrzymie pistolety; mimo rozmiarów znać było po nich. że pudłują, ilekroć zależy na celnym strzale.
Podobne wrażenie robił cały oddział. Umundurowanie i uzbrojenie było różnorodne. Ten trzymał długą pikę, ów — strzelbę o lufie kręconej jak korkociąg. Trzeci trzymał dziwaczną broń, przypominającą z wyglądu łapkę na myszy; czwarty — maczugę z zardzewiałemi igłami; piąty miał łuk bez kołczanu, a szósty — kołczan bez łuku. Pozostali mieli podobne uzbrojenie. Najbardziej wojownicze były ich miny, oraz napis na plecach. Wyraźnemi literami każdy miał napisane: „ping“, t. zn. żołnierz.
— Na wszystkich bogów! Co to za wywłoki? — zawołał Godfryd.
— Żołnierze — wyjaśnił Matuzalem.
— I ci mają nam towarzyszyć?
— Tak.
— W jakim celu?
— Aby nas bronić.
— No, chyba nie?
— Ależ dlaczego?
— Wygląda mi raczej na to, że oni szukają naszej opieki. Co tam mają napisane na grzbietach?
— Słowo „żołnierz“.
— Aha, to takie buty! Co to za dowcipnisie!
— W jakim sensie?
— Nie rozumie pan? Otóż zamiast walczyć, zamiast bronić się, wystarczy im rejterować, pokazując wrogom tył. Odczytają wrogowie siejące lęk słowo „żołnierz“ i z przestrachu czem prędzej zaczną wyrywać. W ten sposób odniesie się wspaniałe zwycięstwo zapomocą obopólnej ucieczki. Trzeba sobie zapamiętać ten doskonały pomysł i wykorzystać go w ojczyźnie. Prawdopodobniej dostanę za to największy order z najprawdziwszemi brylantami.
— Tak, ludzie ci więcej nam zaszkodzą, niż się przysłużą. Ale trudno, trzeba ich zabrać, jak wymaga nasza ranga.
— Ale, cóżby to pomyśleli o naszej randze u nas w kraju, gdybyśmy wrócili w tak godnej kompanji! O Chiny, jakże się na was zawiodłem! Twoi kucharze spisują się nieźle, ale twoi żołnierze, — pożal się panie Boże!
Wbrew tyradzie pucybuta, mandaryn pewnym siebie tonem zagadnął Degenfelda:
— Czy w kraju oświeconego rozkazodawcy znajdą się tak dziarscy żołnierze?
— A czy oni są dziarscy? — zapytał student.
— Ponad wszelką miaręl Nie lękają się nawet tygrysa, ani nosorożca, ani dzikiego słonia.
— Mam nadzieję, że w drodze przekonam się naocznie o ich męstwie?
— Taki dowód męstwa składa się kosztem krwi wielu nieprzyjaciół. — Kiedy wielmożni panowie życzą sobie wyjechać z naszego niegodnego miasta?
— Kiedy wszystko będzie przygotowane do drogi.
— Wszystko już gotowe. Zechcą jednak czcigodni opiekunowie spożyć u mnie poranny ryż.
„Poranny ryż“ oznacza śniadanie. Składało się z mniejszej ilości dań, niż wczorajsza wieczerza. Mandaryn nie chciał zatrzymać długo gości. Był bardzo zadowolony, że jedzą niewiele; lecz spojrzawszy na mijnheera, sposępniał. Ten rozsiadł się na dobre i pałaszował z taką gorliwością, jakgdyby oczekiwał go tygodniowy post.
Wreszcie zamknął nóż, schował go do kieszeni i rzekł:
Zoo! Dziś rano jem po raz ostatni, ale zastrzegam sobie spożycie przyzwoitego obiadu.
Nie trzeba było płacić za gościnę. Co więcej, obeszło się bez napiwków, gdyż wyższy chiński urzędnik nie powinien wynagradzać za usługi, które mu się z rangi należą. Kuan zwalniał także od zapłaty za eskortę, za konie i zapas żywności.
Matuzalem starał się skrócić czas pożegnania, co zresztą było na rękę mandarynowi. Student podziękował za gościnę i przyrzekł wspomnieć o niej, gdzie należy. Mandaryn wyraził ubolewanie z powodu zbyt krótkiego pobytu znakomitych protektorów. Wreszcie podróżni dosiedli koni.
Prócz grubasa wszyscy byli obeznani z konną jazdą. Ryszard nauczył się jej pod kierunkiem wuja Matuzalema. Można było spokojnie wyruszyć, bez obawy blamażu wobec mieszkańców Szao-tszeu.
Palankin zawieszono między dwoma rumakami według wskazówek błękitno-purpurowego. Holender wsiadł. Godfryd zapalił fajkę, poczem oddział ruszył, odprowadzony aż do bramy przez kłaniającego się nisko mandaryna i jego podwładnych.
Na ulicy zgromadził się gęsty tłum. Przybycie cudzoziemców nie było wielką sensacją z tej racji, że mało kto o niem wiedział. Lecz wkrótce rozeszła się fama o znakomitych mandarynach z odległych krain, którzy zawitali do burmistrza. Na wieść o wyjeździe mandarynów mieszkańcy miasta zbiegli się zewsząd, aby zaspokoić swoją ciekawość.
Mandaryn przewidział manifestację i przedsięwziął odpowiednie środki. Policjanci torowali drogę, wprawiając w żywy ruch laski i nie szczędząc uderzeń. Utworzyli z obu stron kordony, otaczające cudzoziemców.
Powoli przebyli podróżni ulice i uliczki miasta, i wreszcie po godzinie dojechali do wschodniej bramy. Stąd prowadziła wzdłuż rzeki droga do Szin-hoa, celu dzisiejszej jazdy.
Przed bramą policjanci rozstali się z oddziałem; natomiast obywatele miasta w znacznej liczbie długo jeszcze nie rozstawali się z dziwnymi gośćmi z zagranicy.
Porucznik przybrał minę i gesty przewodnika i obrońcy powierzonych jego opiece dostojników. Wydał szereg zupełnie zbytecznych rozkazów, nieraz wręcz sprzecznych, ubiegł oddział o kilkaset kroków, aby upewnić się, czy droga jest bezpieczna, i pozostał wtyle, aby zbadać, czy niema jakiejś zasadzki. Stale alarmował swoich ludzi, chcąc dać dowód jaśnie oświeconym gościom, że całkowicie odpowiada trudnej i odpowiedzialnej misji, jaką go obarczono.
Droga to biegła pod górę, to spadała ku rzece. Była znośnie utrzymana. Chińskie władze bardziej się zajmują systemem kanałów, niż drogami lądowemi, jednakże naogół jest wiele dobrych traktów. Czasem nawet cudzoziemiec, uprzedzony do chińskich urzędników, musi szczerze podziwiać doskonałość szlaków i mostów, które przetrwały wieki, tem bardziej godnych podziwu, że wykonanych w odległych czasach, gdy u nas drogi były jeszcze bardzo prymitywne.
Co dziesięć li, t. zn. co pięć kilometrów, napotykano strażnice wojskowe o wysokich wieżach. Z każdej wieży można było się porozumieć z dwiema sąsiedniemi zapomocą flag na wysokich masztach. Celem ich jest przedewszystkiem szybkie przesyłanie wiadomości o buntach, tak często wybuchających w ogromnym kraju Niebios.
W równie prawidłowych odległościach rozstawione są domy odpoczynku, gdzie podróżni, zwłaszcza urzędnicy, znajdują gościnę na koszt państwa.
Wpobliżu każdego z tych budynków stoją trzy słupy, odpowiadające naszym drogowskazom.
Porucznik minął pierwszy dom odpoczynku, nie zwracając nań żadnej uwagi; ale przed drugim osadził konia i rzekł:
— Tu jest bardzo ładne sië-kia; polecam łaskawym opiekunom zatrzymać się tutaj.
Mówiąc to, zsiadł z konia, a wślad za nim żołnierze.
— Kto powiedział, że tu mamy odpoczywać? — zapytał student.
— Ja — odparł oficer, strojąc głupią minę.
— Czy pan jest zmęczony?
— Tak.
— W takim razie niech pan rozsądniej jedzie, niech pan oszczędza siły żołnierzy i koni! Nie mam zamiaru zsiadać tutaj.
— Ale, łaskawi dobroczyńcy, zwyczajem tutejszym jedzie się dwadzieścia li, a później się odpoczywał
— Nie podoba mi się ten zwyczaj.
— Mamy żywność ze sobą — możemy tu jeść i pić. Mamy także maty, na których można wygodnie spocząć!
— Jeśli zgodzę się z panem, nie dotrzemy do celu nawet za dziesięć dni.
— Czy musimy się śpieszyć? Przecież mamy wiele czasu!
— Wy, owszem, ale my — nie. Jak daleka z Szao-tszeu do Szin-hoa?
— Sto li.
— Musielibyśmy więc zgodnie ze zwyczajem tutejszym cztery razy odpoczywać. Dotarlibyśmy da Szin-hoa dopiero pojutrze. Ja zaś chcę tam być jaszcze dzisiaj.
— Nie może to być, wysoki praprzodku!
— Dowiodę panu. Odpoczniemy tylko raz jeden, mianowicie w połowie drogi, po przebyciu pięćdziesięciu li.
— Zmęczymy się bardzo. Konie padną z wyczerpania. Już się chwieją na nogach.
— Tak się panu tylko wydaje. Jeśli pan chce tu zostać, niech pan zostanie. Ale my jedziemy dalej!
Puścił konia galopem; za nim wszyscy jego towarzysze, a także konie ciężarówe, mimo że nie miały przewodników.
Porucznik stracił głowę. Nic podobnego w życiu nu się nie zdarzyło. Wskoczył na konia i wraz z całym oddziałem żołnierzy ruszył za dostojnikami. Odtąd zaniechał wszelkiej brawury i spokojnie jechał ztyłu.
Koło południa oddział dotarł do miejsca, gdzie się rzeka rozdwaja: jedna odnoga płynie ku Szi-hing, druga — w kierunku Szin-hoa. Podróżni pomknęli w tym kierunku. Okolica stawała się coraz bardziej górzysta. Dotychczas wyżyny były pokryte łąkami; stąd zaczynały się lasy. Zbliżono się więc do właściwych gór Nanling.
W połowie drogi zatrzymano się w gospodzie. Gospodarz, niechlujny tłuścioch, wyszedł powitać przybyszów z niezbyt przyjazną miną. Prawdopodobnie z doświadczenia własnego przekonał się, że na żołnierzach chińskich nie można wiele zarobić. Ujrzawszy przecież cudzoziemców, zmienił wyraz twarzy. Szeroko otworzył usta i wraził zdumione spojrzenie w przybyszów.
Godfryd zeskoczył z konia, zbliżył obój do ucha gospodarza i wydał tak przerażające tony, że Chińczyk, głośno krzycząc, umknął co tchu.
— Załatwione! — roześmiał się pucybut. — Wejdźmy do przybytku gościnności!
Dom był przegrodzony na dwie nierówne części. Mniejsza stanowiła mieszkanie gospodarza, większa była przeznaczona dla gości. Zajrzawszy do mniejszej, Godfryd cofnął się czem prędzej.
— Tfu! — zawołał. — Co za pajęczyna! Z rąk tej madonny nicbym nie jadł!
— Jakto? — zapytał Turnerstick.
— Matka siedzi przy garnku, trzyma na kolanach młodą lady i grzebie w jej głowie, jak to zwykły wzajemnie czynić sobie małpy. Zajrzyjmy więc do drugiej połowy!
Była to pusta izba. Stół i dwie ławki stanowiły całkowite umeblowanie. Żołnierze przynieśli maty i chusty. Okryli niemi meble. Kilka mat rozłożono na podłodze, poczem przyniesiono żywność, którą Matuzalem podzielił na porcje.
Dostojnicy jedli przy stole, a żołnierze na ziemi, na rozesłanych matach. Ponieważ Chińczyk niższego stanowiska nie powinien oglądać swego zwierzchnika podczas jedzenia, więc żołnierze usiedli tyłem do cudzoziemców, na znak szacunku, a nie lekceważenia, jakby się Europejczykom mogło wydawać.
Posiłek trwał pół godziny. Mimo, że Matuzalem nakazał wymarsz, żołnierze się ociągali. Matuzalem chciał wynagrodzić gospodarza; Liang-ssi poszedł go odszukać, ale wrócił z niczem. Lęk przed obojem wygnał z domu Chińczyka, to też napiwek wręczono jego żonie.
Jechano przez długie i wąskie przesmyki, przez zbocza gór i doliny. Napędzano konie, aby przed zmierzchem dotrzeć do celu. Żołnierze byli zmuszeni dotrzymywać kroku cudzoziemcom. Droga była pusta; nigdzie oddział nie spotkał wędrowca. Od czasu do czasu mijał jakąś drobną osadę, lub dom na ustroniu. Mieszkańcy zaciekawionem spojrzeniem oprowadzali dziwacznych podróżników.
Matuzalem jechał na przodzie; przez cały dzień był dziwnie milczący. Natomiast jego towarzysze rozmową skracali sobie czas podróży. Spostrzegli, że student bacznie przypatruje się miejscowości i rozgląda się, jakgdyby czegoś szukając.
Minęło popołudnie, zapadał wieczór, gdy wjechali na ostatnie wzgórze. Stąd widać było miasto Szin-hoa nad brzegiem wąskiej rzeki. Degenfeld kazał oficerowi pomknąć przodem, aby oznajmić przybycie okaziciela cesarskiego kuanu.
Teraz powoli zjeżdżali z góry. Słońce ukryło się za wzgórzami, które rzucały coraz to gęstsze i dłuższe cienie. U stóp góry podróżników oczekiwały skutki poselstwa porucznika. Zapewne rozgłosił wiadomość o przybyciu gości wszem wobec na ulicach. Wskutek tego ogromny tłum wyległ na szosę. Galopem dojechano do wrót miejskich, gdzie czekał oficer, aby zaprowadzić przybyszów do domu mandaryna. Wzdłuż drogi stali gęstym szpalerem obywatele miasta. Mrok już tak zgęstniał, że nie widać było nic z odległości paru kroków. Nie płonęły latarnie, gdyż nie było jeszcze odnośnego polecenia.
Mandaryn przyjął gości przed drzwiami, przywitał ich z szacunkiem i zaprowadził do wnętrza. Całodzienna jazda zmęczyła podróżnych, nieprzywykłych do długiego przebywania w siodle. Ryszard ledwo mógł wyprostować nogi. Starał się jednak zamaskować swój aż nazbyt sztywny krok.
Gorzej było z mijnheerem. Jęczał był przez cały czas jazdy, atoli nikt nie zwracał nań uwagi. Teraz jęki były głośniejsze. Twierdził, że nie czuje własnego ciała. Nie mógł wysiąść z palankinu o własnych siłach. Musiało mu pomóc trzech służących mandaryna. Stanąwszy na nogach, zachwiał się, i runąłby, gdyby go wporę nie podtrzymano. Na szczęście, pokój przyjęć znajdował się na parterze — nietrudno go tam było zaprowadzić. Posadzono go w fotelu. Westchnąwszy głęboko, wymamrotał powoli:
Ik ben dood; nie żyję. Moja dusza jest po tamtej stronie, zostało tu tylko ciało. Dobranoc, o zły świecie!
Rozmieszczono gości po pokojach. Grubasa zaniesiono do jego izby i położono na łóżku. Przez cały czas miał zamknięte oczy.
Ze względu na powszechne zmęczenie, Matuzalem zamówił kolację na późniejszą godzinę. Każdy szukał spoczynku; nikt nie troszczył się o mijnheera. Kiedy wreszcie zebrano się w jadalni, zabrakło grubasa. Godfryd poszedł do niego i zastał go w łóżku.
— Mijnheer, śpi pan? — zapytał pucybut.
Nie było odpowiedzi.
— Mijnheer, podnieś się pan! — wołał Godfryd, potrząsając śpiącego.
Ik ben gestorven — Umarłem — odpowiedział Holender.
— Czy naprawdę pan umarł?
— Tak, słowo honoru!
— A więc musimy pana pochować.
— Tak, trzeba mnie pochować.
— Szkoda, wielka szkoda! Umrzeć, gdy właśnie na stole pachnie pasztet z wątrobą i pudding z ryżu.
— Pasztet z wątrobą i pudding z ryżu! — krzyknął grubas, zrywając się na równe nogi z łóżka. — Ik ga met, idę szybko!
Uchwycił Godfryda za ramię i wyciągnął go zą drzwi. W ten oto sposób dusza grubasa wróciła do swej cielesnej powłoki. Cudu dokazały dwa zwykłe słowa: pasztet i pudding.
Miasto Szin-hoa nietylko terenem ustępowało miastu Szao-tszeu; wszystko było tu skromniejsze. Pałac burmistrza był mniej okazały; sam burmistrz nosił zwykłą złotą kulę na czapce i nie posługiwał się wykwintnemi zwrotami. Wieczerza składała się z mniejszej ilości — i skromniejszych — dań a tylko dwaj Chińczycy usługiwali gościom. Burmistrz nie śmiał nawet asystować przy wieczerzy.
Gościom było to na rękę. Czuli się swobodniej, aczkolwiek musieli przez wzgląd na obecność służących pamiętać o powadze. Skoro tylko obaj Chińczycy, przyniósłszy raki, opuścili jadalnię, Godfryd raczył swoich towarzyszów opowieścią o wskrzeszeniu mijnheera. Wszyscy śmieli się do rozpuku. Sam Holender najżywiej podzielał wesołość towarzyszów.
— Jesteś pan nieśmiertelny, mijnheer! — podziwiał go pucybut.
Ik? istotnie?
— Tak. Skoro pana śmierć łapie za czub, wystarczy przynieść pieczyste, albo serdelki, aby cię wyrwać z ramion Kostusi. Stanie się pan drugim Żydem Wiecznym Tułaczem. Z całym spokojem, nie lękając się śmierci, będzie pan mógł jutro wsiąść do palankinu.
— O, dziękuję bardzo! Nie chcę palankinu. Chcę jechać na koniu.
— Pan? Jechać na koniu? A wczoraj jeszcze zapewniał pan, że umrzesz, skoro dosiądziesz konia.
Dat is ook zoo. Na koniu umrę, ale w palankinie też umrę; wolę zatem śmierć na koniu.
— Ma pan słuszność, — wtrącił Matuzalem — przynajmniej umrze pan na świeżem powietrzu. Dostaniemy tutaj świeże wierzchowce. Wybiorę dla pana dobrego bieguna.
— Zwalę się na ziemię, ledwo ruszę z miejsca!
— Wybiorę cierpliwą szkapę.
Ik gelou an geen paard! — Nie ufam żadnemu koniowi!
— No, to przywiążemy pana do siodła. Nic panu złego nie może się stać.
Dat is goed! — To mi się podoba! Przywiążecie mnie mocno? W takim razie chętnie pojadę.
Incydent z grubasem rozweselił kompanję. Wcześnie postanowiono udać się na spoczynek, ponieważ nazajutrz wypadło spory szmat drogi ujechać. Matuzalem polecił służącemu życzyć dobrej nocy mandarynowi, który się gościom nie pokazywał.
Nazajutrz Godfryd obudził studenta. Porucznik postarał się już o zamianę zmęczonych koni na wypoczęte. Degenfeld wybrał dla Holendra silnego ogiera, którego wiek dawał rękojmię bezpiecznej i spokojnej jazdy. Osadzono początkującego jeźdźca na siodle i kilkakrotnie poprowadzono dookoła podwórza Jeździec jednak wyglądał tak nieszczęśliwie, że nie można go było pokazać obcym ludziom. Postanowiono więc wieźć go w palankinie aż za miasto.
Żegnana przez zadowolonego burmistrza, kompanja ruszyła w drogę. Podobnie jak wczoraj, tłumy gapiów odprowadziły ją aż do wrót. Droga biegła stromo pod górę. O kilkaset kroków od wrót miejskich spotkano kulisów, którzy, ubiegłszy wraz z mijnheerem oddział, zatrzymali się pośrodku drogi. Holender stał z otwartym parasolem, ze strzelbami, skrzyżowanemi na grzbiecie, i z torbą pełną rozmaitych ziół leczniczych.
— Już dawno gwiżdżę i wołami — krzyknął, ujrzawszy jeźdźców. — Maakt snelst! — Prędzej! Chcę dosiąść konia.
— Trochę cierpliwości! — odparł Godfryd. — Będzie dosyć czasu, aby siedzieć w siodle i być z niego wysadzonym.
Zatrzymano się przy grubasie. Niełatwo było umieścić go na koniu, zważywszy jego wagę i niezaradność.
Wreszcie siedział na koniu, ale w jaki sposób! Matuzalem poradził mu zamknąć parasol — bez skutku. Holender twierdził, że nikt nie pozna jego rangi, jeśli parasol będzie zamknięty. A zatem z deszczochronem w lewej, a cuglami w prawej ręce rozpoczął niefortunną jazdę, z początku nader powoli. Poradził sobie w ten sposób, że przywiązał cugle do guzika na siodle i trzymał się napiętego rzemienia prawą ręką. Pawjan na koniu nie wyglądałby komiczniej od mijnheera.
— Tak jest dobrze — rzekł zadowolony. — Jestem urodzonym jeźdźcem.
Rozradowany, że odkrył w sobie zdolności hipiczne, odważył się na żywszy ruch i... odrazu zgubił strzemiona. Koń zaś, snać zadowolony z tych manewrów, wspiął się, zwalając jeźdźca na ziemię. Na szczęście, ogier nie miał ognistego temperamentu. Odwrócił się, aby obejrzeć swego „kierowcę“, i nie ruszał z miejsca.
— Na miłość Boską, mijnheer, — odezwał się Degenfeld zaniepokojony — czy nic złego pan sobie nie wyrządził?
— Ja? A jakże! — odpowiedział z jękiem mijnheer, trzymając wciąż kończyny w powietrzu. — Ten głupi hipopotam zgubił mnie ztyłu. Ik ben dood. Bezwarunkowo nie żyję!
— Niech pan więc przynajmniej złoży ręce i nogi na ziemi!
Dat kann ik niet. — Nie mogę. Umarłem!
— Spróbujemy wrócić panu siły. Znajdzie się między zapasami butelczyna raki. Natrzemy pana tym trunkiem.
Ale grubas stał już na nogach i wołał:
— Raki? Gorzałka? Nie, nie pozwolę się gorzałką nacierać! Gorzałkę chcę wypić. Wypita lepiej działa, niż wtarta. Gdzież jest ta flaszka?
Dostał ją i pociągnął takiego hausta, że zaniepokoił widzów. Matuzalem wyrwał mu butelkę z ręki i rzekł:
— Chwilowo wystarczy. Widzę, że zmartwychwstał pan jako tako. Ale jak tam będzie z daiszą jazdą?
— Jeśli mi dacie do ręki flaszkę, będę lepszym jeźdźcem od najlepszego kawalerzysty.
— Dobrze, zobaczymy! Ale pod warunkiem, że butlę będzie pan trzymał nie w ręce, lecz w kieszeni. Nadto, jakeśmy poprzednio postanowili, przytroczymy pana do siodła.
Dostał flaszkę i schował ją do kieszeni. Wsadzono go na koń. Pod brzuchem konia przeciągnięto powróz i owiązano nim nogi jeźdźca. Czuł się pewniej i stwierdził to z miną zadowoloną:
Noo, nu is het goed. — No, teraz już dobrze. Będziemy mknąć niczem wiatr.
Aczkolwiek nie było tak dobrze, jak sądził mijnheer, zawszeć poszło lepiej, niż poprzednio. Tem bardziej, że zrezygnował z parasola. Humor jego poprawiał się z każdą chwilą, nawet podczas galopu. Śmiał się na całe gardło i uważał się za najlepszego jeźdźca, niezrażony bynajmniej częstą pomocą Godfryda i Turnersticka, kłusujących u jego boków.
Słońce nie piekło mocno. Było tu nawet na wzgórzach dosyć chłodno, a jednak pot skroplił czoło mijnheera. Sapał jak astmatyk, ale nie tracił humoru.
— Ta jazda świetnie wpłynie na pana zdrowie. Łącznie z potem wydzieli się niezdrowa, zła krew.
Het bloed? — Krew? Czy to mnie nie osłabi? Czy nie dostanę żółtaczki, albo apopleksji?
— Wręcz przeciwnie. W żyłach pana będzie krążyła zdrowa i jasna krew, i będzie się pan czuł o wiele lepiej.
— Czy utyję?
— Mam nadzieję.
— Tak? A więc naprzód! Choćby na skraj świata!
Pod wpływem radości uderzył parasolem wierzchowca, który natychmiast puścił się w galop. Mijnheer nie to miał na myśli. Wydając przeraźliwe okrzyki, uchwycił się grzywy konia, gubiąc w drodze czapkę, parasol i torbę z ziołami.
Help, help! — Na pomoc, na pomoc! Przewidziałem, przewidziałem! Bądź zdrowa, moja Holandjo! O biada mi, wylatuję w powietrze!
Pozbierano zgubione rzeczy i osadzono wreszcie ogiera. Mijnheer oprzytomniał ze strachu, wytarł pot chustką, włożył czapkę, wziął do ręki parasol, polecił przywiązać torbę do strzelb, poczem zapytał:
— Hola, moi panowie, czyż nie była to próbka holenderskiej odwagi i dziarskości? Czyż nie jestem niezwykłym jeźdźcem?
— Tak, — odpowiedział przez śmiech Godfryd — szczęście dla pana, żeś był przywiązany i że trzymałeś się mocno grzywy, inaczej byłbyś na pewno runął. Nie radzę panu nadal dawać próbki holenderskiej odwagi i dziarskości. Nie potrafi pan jeszcze galopować.
— O, ja muszę tak jeździć, ja muszę utyć!
— Otóż to, jest pan na całkiem fałszywej drodze. Naskutek szybkiej jazdy tylko się chudnie. Natomiast powolna jazda dodaje wagi ciału.
Zoo? Werkelijk? — Tak? Istotnie? W takim razie będę jeździł powoli.
Po tej przygodzie był ostrożniejszy; starał się dotrzymać kroku towarzyszom, a nie wyprzedzać ich. Okazało się, że lepiej znosi konną jazdę, niż siedzenie w palankinie. Po godzinie trzymał się już dosyć znośnie, co w znacznej mierze było zasługą cierpliwego i spokojnego wierzchowca.
Matuzalem nie zalecał takiego pośpiechu, jak dnia poprzedniego. Natomiast przyglądał się uważniej okolicy.
Krajobraz stawał się coraz bardziej górzysty. Przebywano wąskie doliny, zalesione chojarami, stepy, na których wznosiły się wysokie skały. Jechano pod górę, aby, po osiągnięciu znacznej wysokości, zjeżdżać wdół nieraz bardzo stromą ścieżką.
Mijano gospody, ustawione w określonych odległościach. Oficer eskortujący nie śmiał ponawiać wczorajszej propozycji. Lecz w południe sam Matuzalem zatrzymał się przed sië-kia, aby dać ludziom i koniom godzinny odpoczynek. Z posiadanych zapasów przyrządzono obiad.
Gospodarz nie był tchórzliwy jak jego wczorajszy kolega. Usługiwał gościom. Degenfeld rozpytał szczegółowo o drogę. Dowiedział się, że za cztery godziny dotrą do granicy prowincji. Gospodarz wspomniał także o prastarym słynnym moście łańcuchów, po którym będą musieli przejechać.
Żywności zabrano ze sobą tyle, te została jeszcze połowa. Niewiadomo było, poco się Matuzalem obarczał. Wogóle obejście jego wydawało się Godfrydowi zagadkowe. Skoro wyruszono w drogę, zapytał:
— Słuchaj pan, stary Matuzalemie, wygląda mi pan na meksykańskiego poszukiwacza złota. Od wczoraj przygląda mi się pan zbyt uważnie chińskiej przyrodzie. Czy mogę panu służyć obojem dla większej parady?
— Kpisz sobie, a jednak niebardzo mijasz się z prawdą. Na górze leży zakopany majątek naszego Ye-Kin-Li.
— Jezus Marja! I dopiero teraz opowiada pan?
— W jakim celu miałem rozgłaszać tę wiadomość? Trzeba zachować środki ostrożności. Ryszarda wtajemniczyłem jeszcze wczoraj, ale nie życzę sobie, aby chwilowo kto inny o tem wiedział, słyszysz? Nawet synowie Ye-Kin-Li! Staniemy u celu dziś jeszcze przed wieczorem. Noc spędzimy w najbliższej gospodzie.
— Aha, dlatego zabrał pan tyle żywności! — Tak, dlatego. Ye-Kin-Li dał mi dokładny plan. Sądzę więc, że znajdziemy łatwo kryjówkę, a w niej — mam nadzieję — złoto.
— Czy naprawdę złoto?
— Sztaby złota i srebra, jakie dotychczas kursują w Chinach.
— Ile tego jest? — Bardzo wiele. Na europejskie pieniądze, około pół miljona franków.
— Na wszystkie dobra duchy! Ye-Kin-Li był tak bogaty?
— Tak. Ukrywał to bogactwo, gdyż mandaryni zdzierają z bogaczy, ile się tylko da. Starczy na porządny ładunek dla jednego konia jucznego. — —
Droga wypadała teraz przez skalisty wąwóz, długi ną godzinę jazdy. Stąd wjechano na płaskowzgórze pozbawione roślinności. Wreszcie zatrzymano się nad głęboką bezdenną przepaścią, ściany skalne spadały zupełnie prostopadle. Nie było drogi objazdowej, ani z prawej, ani z lewej strony. Droga wiodła prosto przez most, przerzucony nad przepaścią, ten, o którym opowiadał gospodarz sië-kia.
Był to most łańcuchowy we właściwem znaczeniu tego słowa. Sześć mocnych równoległych łańcuchów żelaznych było przytwierdzonych do skał z jednej i z drugiej strony. Leżały na nich poprzecznie drewniane belki, stanowiące niebezpieczne przejście. Łańcuchy, z powodu ciężaru, nie mogły być naciągnięte dobrze. Zwisały pośrodku przepaści dosyć znacznie. Belki były wytarte i stare. Utworzyły się w nich przegniłe otwory, przez które nierozważny podróżnik mógł oglądać przyprawiającą o zawrót głowy głęboką przepaść.
Matuzalem zatroskanem spojrzeniem oglądał niebezpieczny most. Godfryd zaś, przesuwając czapkę po głowie, rzekł:
— Mamy tędy przejechać? Chciałbym zobaczyć budowniczego tego świetnego mostu!
— Poco? — zapytał Ryszard.
— Kazałbym go zakwasić i wyterpentynować. A ponieważ nie ujrzę go nigdy, więc na wszelki wypadek życzę mu, aby jego duch przebiegał po tym moście tam i zpowrotem każdej nocy między godziną dwunastą a pierwszą. Cóż on sobie myślał, że jesteśmy akrobatami, czy linoskoczkami!
Tusnerstick przesuwał okulary po nosie i mruczał:
— Łaziłem po niejednym maszcie, ale po takim moście jeszcze nigdy. Za lada wietrzykiem zwalimy się w przepaść. Co pan powie o tem, mijnheer?
Ik bid, mij aftebinden. — Proszę, abyście mnie odwiązali.
— W jakim celu? — zapytał kapitan, spełniając jego prośbę.
— Jestem mijnheer van Aardappelenborsch, mężny Holender. Nie umiem jeździć konno, ale zato umiem przyzwoicie biegać. Pójdę pierwszy.
Ujął konia za cugle i wprowadził na most. Towarzysze chcieli pójść za nim, ale Matuzalem powstrzymał ich:
— Stój, nie za wielu naraz! Przypuszczam, że most kołysze się. Ja pójdę z dzielnym mijnheerem. Skoro znajdziemy się po drugiej stronie, przejdą dwaj następni.
Ujął za uzdę własnego konia oraz wierzchowca Ryszarda, aby ułatwić mu przeprawę. Most miał prawie cztery metry szerokości. Była to jednak szerokość niedostateczna, zważywszy głębię otchłani, wynoszącą niespełna dwadzieścia pięć metrów, zły stan belek i brak poręczy.
Mijnheer szedł mężnie na przodzie. Koń jego stąpał powoli i z namysłem; był zapewne obeznany z takim terenem; przed każdem stąpnięciem Próbował ostrożnie kopytem drewnianej drogi. Degenfeld szedł tuż za Holendrem.
Aczkolwiek posuwali się bardzo ostrożnie, most rozkołysał się w obie strony.
— Czy nie odczuwa pan zawrotu głowy, mijnheer? — zapytał student.
— Nie — odpowiedział Aardappelenborsch — wiem przecież, jak się należy zachować.
— Mianowicie?
— Zamykam jedno oko, a drugiem patrzę wprost przed siebie. Niech pan to samo robi!
W ten sposób unikał widoku przepaści. Matuzalem poszedł za jego przykładem. Wreszcie szczęśliwie wydostali się na trwały ląd.
Następnie przeszli Godfryd i Ryszard, a za nimi Turnerstick i Jin-tsian. Liang-ssi kłócił się z oficerem. Okazało się, że żołnierze żądali zapłaty za przejście na drugi brzeg. Kiedy Liang-ssi odmówił kategorycznie, naradzali się dosyć długo. Wkońcu pomknęli ostrym kłusem przez most, który chwiał się i kołysał na wszystkie strony. Prawdopodobnie nieraz już przebyli tę drogę, jak zresztą przypuszczał Liang-ssi. Na drugim brzegu oficer ponowił prośbę wynagrodzenia, ale Matuzalem ofuknął go.
— Dostanie pan kom-tsza nieprędzej, aż staniemy u celu. I to tylko w tym wypadku, jeśli będziemy z panów zadowoleni. Nie zapominaj o posłuszeństwie, któreś nam winien.
Droga teraz biegła ku lasowi. U skraju wznosił się budynek gospody. Degenfeld kazał się tam zatrzymać.
— Na dzisiaj dosyć już jazdy. Przenocujemy W tej gospodzie.
Chińczycy zeskoczyli na ziemię, wypędzili konie łąkę i weszli do budynku.
Nieco dalej droga prowadziła przez krótki most kamienny, przerzucony nad wąską, ale głęboką donną. Wskazując w tym kierunku, Matuzalem szepnął Godfrydowi:
— Wpobliżu mostu ukrył swoje skarby Ye-Kin-LL Teraz jest godzina czwarta, a dopiero o ósmej się ściemnia. Mamy więc sporo czasu na poszukiwania. Skoro się oddalę, ty i Ryszard pójdziecie za mną. Spotkamy się pod wielką choinką, której wierzchołek wznosi się tam ponad inne drzewa. Powiem naszym przyjaciołom, że idę zbierać miejscowe rośliny.
Głośne gniewne okrzyki dobiegały z budynku. Matuzalem wszedł do izby i ujrzał niewesołą scen?: trzej żołnierze przyciskali do ziemi jakiegoś człowieka. Pozostali żołnierze otoczyli ich kołem, a oficer wyciągnął swój sarras i uderzał płaską klingą błagającego o litość nieznajomego.
— Cózto się dzieje? — zapytał Degenfeld. — Co wam zawinił ten człowiek?
— Czy nie widzi dostojny rozkazodawca, co to za człowiek? Czyż nie nosi na ubraniu półksiężyca?
Ów powalony na ziemię był to mężczyzna leciwy o typowych chińskich rysach twarzy. Na ubraniu miał naszywkę w kształcie półksiężyca. Broni nie posiadał. Dwaj żołnierze przytrzymywali go za ręce i nogi, a trzeci ciągnął za warkocz.
— Widzę ten znak — odpowiedział Matuzatem. — Cóż oznacza?
— Że jest to kuei-tse[2], którego musimy zakatrupić.
— Cóż wam złego uczynił?
— Nam? Nic. Ale należy wytępić wszystkich kuei-tse.
— Kto tak rozkazał?
— Cesarz, który jest Synem Niebios i Światłem Rozumu.
— No dobrze! Czy Syn Niebios ma prawo cofnąć rozkaz?
— Tak. Kto mógłby mu zabronić? Syn Niebios jest wszechwładny.
— A gdzie nie może osobiście rozkazywać, tam udziela prawa swemu pełnomocnikowi. Mój kuan stanowi tego rodzaju cesarskie pełnomocnictwo. Rozkazuję wam puścić tego człowieka!
Trzeba wiedzieć, hoei-hoei[3] prowincji Yun-naa przy okazji powstania Thai-ping usiłowali wywalczyć dla siebie wolność kultu. Ale rozgromiono ich i tysiąc dusz wytępiono. Wówczas, zorganizowawszy się dla wspólnej obrony, zdobyli główne miasto Yun-nan-fu i utworzyli własne państwo. Nazywają siebie pan-tse, przeciwnicy zaś zowią ich kuei-tse, synami djabła.
Uciskani przez wszystkich, pod wodzą dzielnych przywódców napadali na sąsiednie prowincje, aby odbić sobie straty. W owym czasie widziano ich gdzie niegdzie w sąsiedniej prowincji. Studenta ten konflikt miejscowy nie obchodził. Poprostu chciał ocalić napadniętego.
Oficerowi nie poszło to w smak. Potrząsał głową i rzekł:
— Jesteś pan wysokim urzędnikiem, ale obcym. Skoro chodzi o kuei-tse, nie jesteśmy zobowiązani do posłuchu.
— Tak? Istotnie? — zapytał groźnie błękitno-purpurowy.
Ten syn djabła wpadł w nasze rece i — — —
Umilkł, spojrzawszy na Matuzalema, który przysunął się doń groźnie. Ustąpił wraz z żołnierzami. Muzułmanin podniósł się tymczasem. Zbliżył się do Matuzalema, schylił głowę i rzekł:
— Allah niech błogosławi czyny twoich rąk i kroki twoich nóg, wielki rozkazodawco. Uratowałeś mnie. Nie odmawiaj mi nadal swej łaski — pozwól mi się oddalić!
— Czy jesteś pewny, że po drodze nie wpadniesz w podobną opresję?
— Przyszedłem tutaj, aby wypocząć. Ale zamiast wypoczynku znalazłem groźbę śmierci. Lecz dalej nic mi już nie grozi.
— A więc idź sobie z Bogiem i unikaj podobnych spotkań!
Kłaniając się do ziemi, muzułmanin wymknął się z gospody. Nie widzieli żołnierze, jak wychodził, gdyż ukryli się za węgłem domu. Nie ośmielili się pokazać przed oczy dostojnikom, póki ich Liang-ssi nie zapewnił, że nie narażą się na gniew. Oficer uświadomił sobie, jak wielką popełnił przewinę wobec cesarskiego kuanu. Prosił o wybaczenie, które też otrzymał po odpowiedniej reprymendzie.
Kompanja zajęła się przyrządzeniem wieczerzy, tymczasem zaś Matuzalem oddalił się, aby wrzekomo zbadać florę kraju. Wnet potem ulotnił się Godfryd, a za nim Ryszard. Spotkali się ze studentem pod umówionem drzewem. Trzymał w ręku papier-plan kupca Ye-Kin-U i porównywał go z miejscowością. — — —



Przypisy

  1. „Synowie djabła“ — tak zwano w Chinach muzułmanów.
  2. Syn djabła.
  3. Mahometanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.